Druga strona ekranu

W podręcznikach do historii ten dzień nazwano Dniem Zrozumienia. Zupełnie niepotrzebnie, a nazwa, moim zdaniem, prosiła się o pomstę do niebios. Oczywiście, nie chcę umniejszać jego rangi, był przełomowy w historii świata. Religie masowo upadały, inne przeżywały rozkwit. Ludzie szaleli; starali się zaakceptować nową rzeczywistość, bądź szukać dowodów aby móc jej zaprzeczyć. Słowem – świat stanął na głowie.

 

Ale wtedy, kilka tygodni wcześniej, nikt nie potrafił przewidzieć konsekwencji naszych poczynań. Ani tym bardziej tego, jak wiele one zmienią.

 

*

 

Życie jest niesprawiedliwe, myślałam, patrząc na dzieci grające w piłkę. Zawsze zastanawiałam się jak to jest biegać. Czujesz wiatr we włosach, zmęczenie w mięśniach, kłucie w płucach? Kiedyś podobno to robiłam, ale nie potrafię udzielić odpowiedzi. Chociaż biegać to może za dużo powiedziane, ale chodziłam na własnych nogach, nawet jeśli przez chwilę, bo potem przesiadłam się na wózek.

 

Problemy zaczęły się, gdy miałam dwa lata. Inne dzieci poruszały się już sprawnie, ja zawsze byłam w tyle, ledwie stawiając kroki. Mama mówiła, że byłam "wiotka". Ze mną i tak nie jest najgorzej. SMA3 to stosunkowo łagodny objaw rdzeniowego zaniku mięśni. Miałam szczęście, moi rodzice zareagowali szybko. Terapia genowa nie naprawiła wyrządzonych szkód, jednak zatrzymała rozwój choroby. Wiem, że już nigdy nie wstanę, jednak pocieszam się myślą, że potrafię sama siedzieć, jeść czy oddychać.

 

Odwróciłam wzrok od roześmianej gromadki dzieci i ruszyłam dalej. Mój przyjaciel nie mieszkał daleko, a ja lubiłam do niego jeździć. Obserwować po drodze ludzi zajętych sobą, ich małe katastrofy. Ktoś obok mnie zatrąbił klaksonem; rowerzysta, pokazując środkowy palec, szybko skręcił na bok jezdni. Jakiś chłopczyk głośno płakał, szarpiąc matkę za spodnie. Młoda dziewczyna starała się wepchnąć przechodniom ulotki. Mnie jakby nie widziała.

 

Skręciłam w bok, wjechałam po kładce przed drzwi bloku i zadzwoniłam domofonem. Na szczęście budynek miał windę. Chwilę potem byłam już w przedsionku małego mieszkania Patryka.

 

– No wreszcie. – Uśmiechnął się na mój widok. Wyglądał jeszcze gorzej niż zwykle, ciemne sińce znaczyły jego oczy, a bluzka zwisała z ramion. – Właź szybko, muszę ci coś pokazać.

 

– Kiedy ostatnio spałeś? – spytałam, gdy koła wózka przekroczyły próg. Nigdy się nie witaliśmy i nigdy nie żegnaliśmy. Nie wiem skąd się to wzięło, ale lubiłam ten zwyczaj. Jakbyśmy nie rozstawali się na tyle długo, by było warto to mówić, chociaż prawda prezentowała się zupełnie inaczej. Mojego przyjaciela widziałam po raz pierwszy od miesiąca. Ostatnimi czasy za bardzo zajmowała go nauka.

 

– Sen jest nieistotny w kontekście tego, co udało mi się zrobić. – Patryk zamknął drzwi wejściowe i popędził korytarzem, by zrobić miejsce na przejazd. – Promotor padnie z wrażenia, od razu awansują mnie na doktora. Ha, co ja mówię, będę profesorem!

 

– Profesorem? Za nisko się cenisz – mruknęłam, wjeżdżając do jego pracowni. Parsknęłam, marszcząc nos. Wszędzie dookoła walały się puszki po energetykach, stosy brudnych kubków oraz talerze z przyschniętym jedzeniem.

 

– Śmiej się póki możesz. Zaraz zobaczysz moje cudeńko – powiedział, podchodząc do stojącego na biurku monitora.

 

Spojrzałam na ekran z ciekawością. W gęstym lesie biegały ludziki, fizjonomią i ubiorem przypominające jaskiniowców. Wyglądały tak realistycznie, mogłabym przysiąc, że to nagranie z jakiejś kamery. Widziałam jak grupka kobiet rozmawiała między sobą, podczas plecenia koszy z długich traw, czy oprawiania zwierząt. Wokół biegały dzieci, a mężczyźni szykowali się na polowanie.

 

– Zrobiłeś grę? – zapytałam.

 

– Lepiej. – Patryk z dumą usiadł na wysłużonym gamingowym fotelu, chwycił myszkę i przeciągnął obraz, tak że widziałam całą krainę z lotu ptaka. – Zrobiłem symulację. I to jaką! Przedstawiam ci Ziemię2.0. W końcu się kompiluje. Żadnych błędów, nie wywala wyjątków, tylko kilka warningów, ale kto by się przejmował? Cud miód kodzik, a co najlepsze, działa!

 

– Nieźle. – Wpatrywałam się w monitor. Każdy mały detal wyglądał jak prawdziwy, od rozłożystych drzew, aż po kolonię mrówek. Całość wydawała się idealnie współgrać, aż niedowierzałam, że za wszystkim stoją linijki znaków kodu.

 

– Ale nie to jest najlepsze. Zobacz, mogę zmieniać parametry, chociaż z tym to ostrożnie. Da się też coś stworzyć, wywołać burzę, ba! Nawet sterować jednostkami.

 

Patryk włączył konsolę, wpisał kilka poleceń i nad jedną z wiosek zaczął padać deszcz. Zdziwione ludziki natychmiast pouciekały do chat.

 

– Od czasu do czasu wywołuję jakąś katastrofę czy zarazę. Sztuczna inteligencja musi mieć nowe bodźce, by się rozwijać. Podstawą uczenia maszynowego jest dostarczanie nowych próbek. Wiesz, jakichś zagrożeń z którym poradzi sobie tylko kilka obiektów. I właśnie one będą prawidłowe, reszta to odstępstwa. I tak nie dałyby sobie rady.

 

Chcąc potwierdzić własne słowa, przeciągnął myszką na pole obok. Plemię, które mi pokazał, było prawie wymarłe. Na skraju obozowiska leżały gnijące trupy, przyciągając padlinożerców. W środku przy ognisku siedziało kilka osób, wychudłych, ale żywych.

 

– Mają gen, który pomaga im przetrwać – wyjaśnił Patryk. – Dzięki temu uczą się jak przeżyć katastrofy, walczyć o siebie. Muszą się stale rozwijać, inaczej wymrą. Najlepsze jednostki zostają, te gorsze odpadną. Sztuczna inteligencja się uczy, sama przebudowuje swój kod!

 

Patryk spojrzał na mnie, dumny z osiągnięcia. Z uznaniem pokiwałam głową. Ci, którzy przeżyli w obozie, już wytwarzali broń, by walczyć z drapieżnikami. Zacięcie w ich oczach zdradzało desperacką chęć życia.

 

– Nauczyłem ich wytwarzać narzędzia i uprawiać rolę dzięki stworzeniu potrzeby – kontynuował, z uśmiechem na ustach. – Ich celem jest się rozmnażać, przekazywać kod dalej. Chociaż pod względem ilości osobników gatunku pszenica wygrała, to ludzie też mają się nieźle. Powoli przechodzą na osiadły tryb życia. Jest ich coraz więcej, ale komputer wytrzyma. Obciążenie CPU jest potężne, dlatego część obliczeń wykonują inne urządzenia. Zrobiłem apkę, pobierasz i twój komputer przejmuje niektóre procesy, a w zamian za to od czasu do czasu robię streama z postępów. Stronka powoli się rozrasta, ludzie chętnie oglądają Ziemię2.0.

 

– Nieźle – powtórzyłam, wychylając się z fotela. – Nie bardzo rozumiem, ale oni będą budować miasta? Jak normalni ludzie?

 

– Powinni – przytaknął Patryk. – To się jeszcze stabilizuje, czasami muszę ingerować, ale w przyszłości mam zamiar ich zostawić. Wiesz, oni naprawdę myślą. Chwilowo przybieram postać bogów, żeby nie szaleli, ale jak zmądrzeją będzie mi gorzej. Wyobraź sobie, że teraz ktoś tworzy w środku miasta wielki głaz. Ludzie by powariowali. Ale kiedy nie ma internetu ani mediów, można wszystko, informacja nie poniesie się daleko, a i tak nie będzie ciekawsza niż to, co sami wymyślą. No wiesz, zginie w tłumie innych plotek.

 

– Ale skoro symulacja jest w czasie rzeczywistym, miną stulecia, zanim dotrą tak daleko – zauważyłam. – Zestarzejemy się zanim tamci zrobią coś ciekawego.

 

– O to się nie martw, z czasem to przyspieszę, jak tylko dojdzie mi chętnych do pomocy. Na razie procesy były dość proste, więc do czasu ewolucji małp w ludzi, leciałem na ogromnej prędkości. U nich minęły już miliony lat, teraz tylko jest zastój, bo zaczęli się rozmnażać i dużo myśleć – parsknął, pusząc się jak paw.

 

– No, tym razem zaskoczyłeś. – Nie mogłam oderwać wzroku od monitora. Obraz zatrzymał się na skraju polany. Jakieś wielkie zwierzę właśnie jadło coś, co pewnie kiedyś było sarną. Nie tylko ludzie potrzebują rozwoju, ruch to życie, stagnacja to śmierć.

 

– Jest jeszcze lepiej – rzucił, ponownie wpisując coś w konsolę. – Można się całkiem nieźle bawić. Zobacz, to moje ulubione plemię. Jako ich bóg, kazałem składać krwawe ofiary. Teraz za każdym razem jak kogoś porwą, rąbią na kawałki i oddają mi w darze. Jeśli nie dopełnią obowiązków, zsyłam im klątwy. A to wyślę jakiegoś zwierza, a to deszczu nie dostaną przez kilka tygodni. Można nakarmić wewnętrznego diabełka – zaśmiał się. – Trochę jak w tej grze, "Black and White", jesteś dobrym bogiem albo złym.

 

– Nie kusi cię, żeby sprawić sobie jakiegoś fantastycznego chowańca? Smoka, na przykład? – zażartowałam.

 

– Nie, nie, wykluczone. Ma być jak najbliżej naszej rzeczywistości. Chciałbym, żeby ostatecznie symulacja nie różniła się zbytnio od świata w którym żyjemy. Nawet kontynenty przeniosłem takie same.

 

Mruknęłam jedynie na zgodę, zapatrzona w rodzącą kobietę. Po chwili na świat przyszedł nowy człowieczek. Zlepek pikseli na ekranie monitora, ciąg zer i jedynek.

 

*

 

– Niemożliwe, co to się na świecie dzieje – westchnęła matka, wpatrując się w telewizor.

 

Wokół reportera leżało pełno śmieci, blaszanych części czy kawałków muru. Drzewa złamały się wpół, a strażacy uwijali się jak w ukropie. Ocaleni siedzieli, okryci kocem; starszy pan ze łzami w oczach ściskał małe kocię. Jakaś kobieta zawijała sobie podartą bluzką ranę na głowie.

 

Huragan, nawet nie wiem jaką nadali mu nazwę, zniszczył kilka miast – oczywiście tam, gdzie ledwie wiążą koniec z końcem. Pomoc już wysłana, zdjęcia do kamery zrobione, zapłakane dzieci wcinają obiad. A potem sprawa przycichnie, zrobi się nieaktualna, i kto wie co się dalej stanie? A kogo to zresztą obchodzi? Będą nowe katastrofy, pilniejsze, ciekawsze.

 

Spuściłam głowę, wpatrując się w talerz. Na mnie też była zbiórka. Udała się, więcej od losu wymagać nie mogę, mam dług wobec tylu ludzi. Chwyciłam widelec, o mało nie wypadł mi z rąk. To nic, można się przyzwyczaić, zwłaszcza nie znając innego życia.

 

– Huragany często nawiedzają tę strefę. Tak bywa – powiedział tata, kończąc kotleta i spokojnie popijając wodą. – Nie mamy na to wpływu.

 

– Jakbym mogła, to bym zatrzymała te katastrofy. – Mama wciąż wpatrywała się w ekran. – Jakbym tylko miała taką moc.

 

– Działalność człowieka – wyjaśnił tata, inżynier z krwi i kości. Zawsze widział sprawy w praktyczny sposób. – Inny klimat. Szkoda mi ich, ale mają pecha. Po prostu.

 

Mają pecha, pomyślałam. Niczyja wina, tak się po prostu dzieje, nikt nie jest pewien jutra, nikt nie wie, kiedy będzie mieć pecha. Próbowałam podnieść szklankę, zamiast tego, potrąciłam ją i wylałam na obrus. Mama wstała bez słowa i poszła po ścierkę. Bardzo chciałam jeść sama, więc przyzwyczaiła się już do zabrudzonych ubrań, czy lepiących się od soku mebli. Czułam się winna, ale nie chciałam rezygnować z tej namiastki samodzielności.

 

– Przepraszam – wymamrotałam pod nosem, swoim zwyczajem. Poczułam uścisk i pocałunek w czoło. Uśmiechnęłam się gorzko. Nigdy nie dam sobie rady sama, i nie wiem co będzie, kiedy ich zabraknie, albo nie będą w stanie mi pomagać.

 

Czy wtedy, także będę mieć pecha?

 

*

 

– Zobacz jak się rozwinęli! – rzucił Patryk. Po pikselowym porcie uwijała się chmara ludzików. Małe, metalowe statki podskakiwały, kołysane falami. Nieznane mi miasto zasnuwały opary dymów, wydobywających się z wielkich, fabrycznych kominów. Pociągi mknęły po torach, zasilane parowymi silnikami. Komputerowy świat właśnie przeżywał rewolucję przemysłową.

 

– Przepisałem nieco kodu do assemblera – mruknął. – Okropny język, ale jak wszystko przyspiesza.

 

Faktycznie, minął ledwie jeden dzień, by cyfrowa cywilizacja rozwinęła się gwałtownie.

 

– W takim tempie niedługo dobrniesz do naszych czasów – zauważyłam. – A co będzie potem?

 

– Przewidzimy przyszłość! – stwierdził pół żartem, pół serio, przecierając oczy. Wyglądał okropnie i cudownie jednocześnie. Nigdy nie widziałam, by czymś tak się ekscytował. Zawsze trzymał się na uboczu, może to właśnie nas do siebie zbliżyło. Oboje byliśmy gdzieś poza społeczeństwem, z tą tylko różnicą, że on z wyboru, ja z przymusu.

 

– Swoją drogą, nieźle przybyło mi patronów. – Wyraźnie dumny Patryk szybko poklikał myszką i moim oczom ukazała się imponująca lista nazwisk. – A wiesz co im się podoba najbardziej? Ach, zresztą, pokażę ci.

 

Wstukał kilka komend w klawiaturę i kamera popędziła w stronę samotnie płynącego statku, prawie na samym środku morza.

 

Na konsoli wywołał funkcję obiektu Weather, jako argumenty podając kilka parametrów. Zaraz na morzu wezbrały fale, a ciemne chmury przysłoniły widok. Patryk przybliżył kamerę, tak, że mogliśmy swobodnie obserwować statek.

 

Ludziki zaczęły w panice biegać po pokładzie, desperacko starając się ratować życia. Nie mieli żadnych szans, pierwsza fala zmyła kilku marynarzy. Usłyszałam ich krzyki, przebijające się przez wściekłe wycie wiatru, gdy Patryk włączył głośniki. Uśmiechnął się, zadowolony z efektu. Wiedziałam, że to tylko symulacja, ale ciarki mnie przeszły. Oto na moich oczach ginęli ludzie, nieważne, że sztuczni.

 

– Przestań – powiedziałam, jeszcze zanim zdążyłam się nad tym dobrze zastanowić. Przypomniałam sobie dzisiejsze wiadomości. No tak, marynarze także mieli pecha.

 

– No co ty? – Patryk spojrzał na mnie z mieszanką zdziwienia i rozczarowania. Wzburzone fale porywały coraz więcej osób, wyglądało na to, że statek całkowicie zatonie. – Spokojnie, to nie jest prawdziwe. Nigdy nie usuwałaś simom drabiny z basenu?

 

Zamilkłam, speszona, nie wiedząc co odpowiedzieć. W końcu mój przyjaciel miał rację, oni tak naprawdę nie żyją, to obraz na ekranie. Realistyczny, ale wciąż obraz.

 

– Dobra, poszukajmy czegoś innego. – Patryk znowu dorwał się do konsoli, przenosząc nas na zatłoczone ulice brudnego miasta.

 

Setki wypłowiałych robotników zmierzało tam we wszystkie strony. Co chwila ktoś uskakiwał przed konnym powozem. Jakiś dzieciak wył wniebogłosy, starając się sprzedać gazety. Inny, z przejęciem pucował buty. Zauważyłam coś jeszcze, czającego się w cieniu bocznej uliczki, przykrytego brudnymi szmatami.

 

Człowiek, bardzo niski. Kulił się pod ciężarem garba, a jedną rękę, podejrzanie małą, przyciskał do siebie.

 

– A to co? – spytałam, wskazując na niego.

 

– To? – Patryk zaszczycił uwagą szafę, byle tylko nie patrzeć mi w oczy. – No wiesz, żeby kod się rozwijał, kilka razy musi zabrnąć w ślepą uliczkę. – Zamilkł, ważąc słowa. – Zmiana osobników występuje na ślepo, więc kilka będzie udanych, a kilka nie.

 

Teraz już widziałam wyraźnie, że spogląda na mnie, niezręcznie drapiąc się po karku. Znałam ten gest, Patryk zawsze wolał udawać, że nie zauważa mojej choroby.

 

– Ja tak muszę, to inaczej nie pójdzie do przodu. To jedyny sposób – tłumaczył, zupełnie niepotrzebnie. – No wiesz, to tylko taki projekt…

 

– Wiem – przerwałam mu. – Wiem dobrze.

 

*

 

Przez kilka dni nie rozmawiałam z Patrykiem. Nie byłam na niego zła, rozumiałam. Jednak to wciąż bolało. Mam pecha, życie musi się rozwijać, choćby metodą prób i błędów.

 

Raz weszłam na jego stronę. Nie było ciężko ją znaleźć, Ziemia2.0 zyskała już popularność w sieci. Stąd wiedziałam, że symulacja nieźle się rozwinęła, i była na najlepszej drodze do czasów współczesnych. Patryk już prawie wcale nie ingerował w jej życie, na stronie pisał, że stawała się stabilna. Świętował sukces.

 

Wydawać by się mogło, że już nic nie zaburzy jego zadowolenia, nic go nie zaskoczy, w końcu symulacja była gotowa.

 

Było późne południe, gdy do mnie zadzwonił. Przez długi czas milczał, jakby zastanawiał się czy powinien mi o tym powiedzieć, mnie jednak zżerała ciekawość. Nie dałam za wygraną, aż w końcu pękł.

 

– Dobrnąłem do czasów współczesnych. Jest bardzo podobnie jak u nas, z małymi tylko różnicami – wymamrotał Patryk, po czym znowu zamilkł na dłuższy moment.

 

– I co? – dopytywałam.

 

– Zrobiłem streama, ludzie bardzo chcieli pooglądać postępy, a ja nie mogłem zawieść sponsorów. Pokazywałem im więc miasto, różnych ludzi, no, takie tam. I coś zauważyłem… – znów zamilkł, jakby zbierając się w sobie.

 

– No mówże wreszcie o co chodzi! – ponagliłam go.

 

– Oni… stworzyli symulację. Taką samą jak moja.

 

– Nie rozumiem… – mruknęłam, próbując połączyć wątki. – Symulacja zrobiła symulację?

 

– Tak. I wiesz co to oznacza? Skoro oni byli w stanie ją zrobić, to skąd pewność że… no wiesz, że sami nie jesteśmy… w rodzaju takiej pętli…

 

Przez chwilę mnie zatkało, chociaż w głowie już układałam plan. Bo jeśli to prawda, jeśli jest szansa, choćby najmniejsza. W końcu Patryk robił z ludzikami co zechciał, z łatwością mógł zmienić im kod, przeprogramować, ulepszyć.

 

Zrozumiałam, że mogło być dobrze. Że to wszystko, cały ten świat, nie musi tak wyglądać, wystarczy tylko odrobina dobrych chęci.

 

– Hej, jesteś tam? – Przerwał mi rozmyślania Patryk. – Jest jeszcze coś. Odkryłem to na streamie, oglądało mnie tysiące osób. Już wybuchła panika, na razie tylko w internecie, ale to przecież kwestia czasu, zanim nagranie trafi do telewizji. Wiesz, co to może oznaczać?

 

Nie wiedziałam, ale czas pokazał, że i on nie miał pojęcia. Potem, nazywali ten dzień Dniem Zrozumienia, a Patryk stał się ważną osobą, tylko co z tego, skoro nic już nie wyglądało jak dawniej?

 

*

 

Biurowiec na skraju miasta był najwyższym budynkiem, na który dało się wejść. Nie zdołałam znaleźć większego, ten musiał wystarczyć. Widziałam stąd morze świateł, rozświetlających nocne drogi. Miałam przy sobie kilka fajerwerków, tyle musiało wystarczyć, by zwrócić ich uwagę. Jeśli w ogóle ktoś jest i jeśli akurat patrzy.

 

Nie interesował mnie wywołany odkryciem chaos. W takich chwilach, każdy zajmował się sobą.

 

Nikomu nie powiedziałam co planuję. I tak by mnie wyśmiali, mimo całego absurdu sytuacji. Najciężej było samemu sporządzić tabliczki z wiadomością, napisać ją wyraźnie. Robiąc to, czułam się idiotycznie, ale co mi szkodzi? Widziałam w telewizji osoby, postępujące głupiej na wieść o odkryciu Patryka, mimo iż eksperci zapewniali, że nie ma żadnej pewności, nie wiadomo czy teoria jest prawdziwa. Ciekawe, na ile chcieli uspokoić tę burzę, a na ile przekonać samych siebie. W gąszczu dezinformacji prawda nie miała znaczenia, albo nawet nie istniała. Liczyło się tylko to, co każdy uważał za słuszne.

 

Wiatr zawiał mocniej, rozwiewając moje włosy. Odetchnęłam głęboko.

 

Odpalenie knota okazało się dużo trudniejsze niż myślałam, kilka z fajerwerków upadło i już nie zdołałam ich podnieść. Trudno, zajęłam się tymi które pozostały. Patrzyłam jak strzelają w górę i wybuchają na niebie, skrząc się kolorami, jakby chciały dosięgnąć adresatów. Wiedziałam jak bardzo jest to absurdalne, jednak głupia nadzieja każe robić rzeczy bezsensowne, byle tylko trzymać się iluzji. Kiedy ostatni z ogni zgasł na niebie, podniosłam jak najwyżej mogłam duży karton, z odręcznym napisem. Da się żyć szczęśliwie, można to wybłagać. A jeśli nie, to może chociaż nogi. Chociaż nogi.

 

Żeby wstać i biegać, jak reszta.

 

Może tym razem, zamiast pecha, będę mieć szczęście.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (11)

  • Domenico Perché 9 miesięcy temu
    Fajny pomysł z tą symulacją.

    5
  • cos_ci_opowiem 9 miesięcy temu
    Tak sobie właśnie wyobrażam boga, jeśli istnieje. 5.
  • Gruszeł 9 miesięcy temu
    Hej, fajnie że wpadliście, i że tekst się spodobał ^^
  • Dekaos Dondi 9 miesięcy temu
    Gruszeł↔Bardzo ciekawy pomysł. Tak "filmowo" przedstawiony. Z tą symulacją symulacji, też. Dzieję się. Jeżeli właściwie zrozumiałem, to Ona miała nadzieję, że Tamci, po drugiej stronie, coś zmienią "w programie"i będzie mogła chodzić.
    Lub jakoś "przeniesie się" to tamtej rzeczywistości, gdy bieg się zrówna.
    Światy jakby "równoległe" lecz niedokładnie takie same. A być może , ktoś stamtąd, odzyska wzrok np.
    Możliwości wiele. Takie jakieś skojarzenia me. Warto by może, drugą część?
     Wiele Dobrego w 2022→tam i tu☺️.
    Pozdrawiam:)↔%c☺️
  • Gruszeł 9 miesięcy temu
    Hej Dekanos! ;) Tak, chodziło jej o "naprawienie" jej ciała, ale można interpretować różnie. Druga część opowiedziałaby to, co ma zostać w domyśle, trzeba wiedzieć kiedy zejść ze sceny ;P
    Dzięki za życzenia, nawzajem ^^
    Pozdrawiam!
  • Trzy Cztery 9 miesięcy temu
    Dobrze się czytało, chociaż szybko domyśliłam się, jaki jest zamysł całości. Jednak ostatnia scena bardzo podciągnęła tę historię (całkiem dobrą, lecz nieco przewidywalną). Robi się na końcu wzruszająco. I ładnie to podałaś. Wspiąć się na biurowiec. Odpalić fajerwerki. Tyle wysiłku, żeby jeden ludzik wraz z jego marzeniami, stał się widoczny.
  • Trzy Cztery 9 miesięcy temu
    A w ostatnim zdaniu zamiast "mieć" lepiej wyglądałoby słowo "miała":
    Także dlatego, że wyżej masz: "wstać i biegać". Po prostu byłoby bardziej melodyjnie, mniej kanciasto. Dwa razy twarde "ć", a raz miękko, płynąco, rozmarzenie: będę miała... "Będę miała szczęście".
  • Gruszeł 9 miesięcy temu
    Trzy Cztery Masz rację, zdecydowanie "miała". Dzięki! Co do historii... no nie jestem z niej najdumniejsza, to jeszcze nie to ;P Właśnie jak mówisz, opowiadanie przewidywalne, a główna bohaterka zbyt mało zaangażowana w akcję. Ale mam nauczkę na przyszłość, czego nie robić. Dzięki za komentarz i rady!
  • Trzy Cztery 9 miesięcy temu
    Gruszeł, o, nie! Czytało się dobrze, akcja była kolorowa, zaciekawiała, mimo tej całej przewidywalności, dialogi i emocje naturalne, poruszające zakończenie. Tą przewidywalnością się nie martw. Zresztą - każde opowiadanie jest inne, i tak.
  • Gruszeł 9 miesięcy temu
    Trzy Cztery wiem wiem, ale dążę do perfekcji i staram się wyciągnąć coś z każdego opowiadania ;P Zawsze mogło być lepiej, dlatego każdy tekst to nowa lekcja na przyszłość ^^
  • radosczpisania 5 miesięcy temu
    Świetny tekst! Motyw już znany, ale opowiedziany w nowy i świeży sposób.
    Szukam ciekawych opowiadań do e-zinu "Radość z pisania" (radosczpisania.pl) i chętnie opublikowałbym Twoje ;)
    Jeśli jesteś zainteresowany, to napisz na adres: kontakt@radosczpisania.pl
    P.S.
    A dla wszystkich zainteresowanych nadsyłaniem prac do e-zinu, info tu ->https://www.radosczpisania.pl/nabor-tekstow/

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania