Drzewo Wisielców

Prolog

Biegłam najszybciej jak tylko umiałam. Konary drzew utrudniały mi drogę, przez które wciąż się potykałam. Wystające gałęzie zaczepiały resztki czegoś, co niegdyś było mundurem. Powoli brakowało mi tchu. Wiedziałam, że już długo nie dam rady i będę musiała się zatrzymać. Podświadome stanięcie oznaczało dla mnie tylko niechybną zgubę. W końcu zaczynałam dostrzegać kraniec lasu, starałam się przyspieszyć. Wmawiałam sobie, że gdy tylko uda mi się opuścić zagajnik będę bezpieczna. Nagle poczułam jakby ktoś pociągał mnie w tył, niewidzialna siła sprawiała, że zamiast zbliżać się do końca, oddalałam się. Moja noga zahaczyła o coś. Upadam. Silny ból w plecach zmusił mnie do otwarcia oczu.

I

Ku mojemu zaskoczeniu zamiast drzew widziałam ściany pokoju. Odetchnęłam z ulgą, jednocześnie zdając sobie sprawę, że ból jest prawdziwy. Wsunęłam dłoń pod plecy i poczułam metalową część paska od munduru. Przeklęłam się w duchu, że go tam rzuciłam. W tym samym momencie odezwała się Stella, której łóżko znajdowało się koło mojego.

- Oszalałaś! ? niemal krzyczała ? Myślałam, że nas atakują, strzelają! Za chwilę byłabym gotowa cię zabić.

- Przepraszam, miałam zły sen ? odpowiedziałam.

- Każdy, powtarzam każdy z nas ma koszmary, ale nikt oprócz ciebie nie zlatuję z łóżka z wielkim trzaskiem!

Miałam już coś odpowiedzieć, ale uprzedził mnie głos dobiegający z przeciwnej strony pokoju.

- Jeżeli zaraz obie się nie zamknięcie, to ja z nieukrywaną przyjemnością wam w tym pomogę i ostrzegam zawczasu, że nie będzie należało to do tych miłych rzeczy ? słowa zostały wypowiedziane szeptem, ale wyraźnie można było wyczuć w nich złość.

Nie udało mi się rozpoznać dokładnie tego głosu, mimo że byłam już zupełnie rozbudzona. Ból w kręgosłupie i nie dawno przeżyty nocny koszmar, doszczętnie mnie obudziły. Wiedziałam, że już nie zasnę, sprawdziłam godzinę. Dochodziła piąta. I tak niedługo musiałabym wstać ? pomyślałam. Postanowiłam się przejść.

Baza wojskowa Organizacji Młodzieży Umundurowanej była bardzo pilnie strzeżona. Mogłoby się wydawać, że niemal każde wyjście jest pilnowane i nawet mała myszka się nie przedostanie. Nie można tu wejść ani wyjść bez okazania wcześniej specjalnej przepustki. Nikt jednak nie wpadł na to żeby zabezpieczyć sporych rozmiarów okno w spiżarce obok kuchni, z którego korzysta niemal połowa młodzieży. Drogę z sypialni dziewcząt do stołówki miałam opracowaną w najmniejszym szczególe. Doskonale umiałam przemieścić się nie robiąc przy tym zbędnego hałasu, toteż udało mi się nikogo nie spotkać przez całą trasę. Wślizgnęłam się do schowka i jednym cichym ruchem otworzyłam okno. Noc była bezchmurna i ciepła. W końcu był lipiec. Mieszkając w Bazie nie sposób było pamiętać o tak nieistotnych sprawach jak miesiąc i dzień. Usiadłam na dużym pniu, który leżał tam, od kiedy tu przyjechałam. Wpatrywałam się w górę, tak samo jak kiedyś robiłam to z bratem. Tata uczył mnie o gwiazdach, od najmłodszych lat. Kiedy niektóre dzieci starały się utrzymać równowagę na rowerze z dwoma kołami, ja bez problemu potrafiłam wskazać kierunki za pomocą tych małych złotych plamek na niebie.

Wspomnienia zaczęły powracać. Realistyczne jak nigdy dotąd. Poczułam ucisk w gardle, nagle nie wiadomo, dlaczego miałam ochotę wybuchnąć płaczem. Nie zdarzyło mi się to przecież już od kilkunastu dni. Spędziłam w Bazie już około półtora miesiąca, ale nadal przed oczyma miałam obraz, gdy wsiadałam do pociągu i widziałam zapłakane twarze rodziny. Nigdy wcześniej nie czułam czegoś takiego - żalu przemieszanego ze smutkiem i niepohamowaną złością. Nie rozumiałam wówczas, dlaczego mam zostać żołnierzem, pomimo tego, że jestem dziewczyną i mam dopiero siedemnaście lat? Po co mam brać udział w wojnie, w którą nie wierzę? I z jakiej racji to JA mam bronić kraju, którego w głębi serca coraz bardziej nienawidzę? Życie w Bazie nauczyło mnie przede wszystkim jednej bardzo ważnej zasady. Obojętnie, co by się nie działo, w wojsku nie ma żadnych pytań. Trzeba wykonywać polecenia bez słowa sprzeciwu, inaczej można zapłacić za to nawet własną głową.

II

Poranek był bardzo parny i słoneczny, czuło się nadciągającą burzę. Pierwsze zajęcia, jakie miałam były przeze mnie znienawidzone. Nie tylko dlatego, że trener był totalnym sadystą o zerowym poczuciu empatii, który przy każdej możliwej okazji musiał znęcać się nade mną słowami. Chodziło mi bardziej o fakt, że bieganie w 30 stopniowym upale, w pełnym umundurowaniu, z pięciokilowym wyposażeniem na plecach i ciągłym wysłuchiwaniu, że znów ?zasilam szare końce? nie specjalnie mnie bawi. Gdy tylko te dwugodzinne tortury dobiegły końca, czekała mnie lekcja historii. Lekcja była tylko raz w tygodniu i za każdym razem przebiegała identycznie. Ciągle wałkowaliśmy jeden jedyny temat. Generał na emeryturze, którego włosy były już w całości siwe, nie umiał rozstać się z wojskiem. Przydzielili go do nauki historii. Za każdym razem, kiedy wchodził do klasy, stawał przy mapie i zaczynał swój monotonny wykład, którego zdążyłam się już nauczyć na pamięć: ?W 2135 roku, kiedy kontynenty na całym świecie postanowiły zlikwidować wszelakie granice i jednocześnie każde oddzielne państwo. Został utworzony nowy porządek świata. To kontynenty stały się krajami, a ludzie o różnym pochodzeniu byli jednakowymi obywatelami swoich narodów. W 2140 Ameryka Północna i Południowa postanowiła jeszcze bardziej się ujednolicić stwarzając ze sobą nową ojczyznę Amerykę Spokojną. Pięć lat później Europa i Azja także postanawiają połączyć swoje siły. Niestety z braku porozumienia zaczyna się źle dziać na granicach obu kontynentów. Pod koniec jesieni 2146 wybucha wojna. W całej Europie zostają stworzone specjalne organizacje młodzieży, które zostają przygotowane do walki. To w Was, młodzieży, cała Europa pokłada nadzieję, że uda nam się zwyciężyć ten straszliwy konflikt zbrojny i wywalczyć spokój?.

Zajęcia popołudniowe były już bardziej znośne. Uczyliśmy się o różnych rodzajach broni i tym jak można się przed nimi chronić. Następnie czekała mnie lekcja geografii precyzyjnej i ćwiczenia psychologiczne, które jak na razie polegały na rozwiązywaniu różnych testów z pytaniami o największe głupoty świata. Gdy mieliśmy czas wolny spędzaliśmy go w pokoju wspólnym, zalegając na starych fotelach i rozmawiając o bardzo dziwnych rzeczach:

- Zastanawiałyście się kiedyś, jak to wszystko się skończy? ? spytała Ismena, jednocześnie przeczesując swoje krótkie czarne włosy ręką. Była moją najlepszą przyjaciółką w Bazie. Zawsze starała się być pogodna i wspierać inne dziewczyny. Jednocześnie niepokojąco interesowała się możliwym wznieceniem buntu przeciwko władzy. Pomimo zakazu ozdabiania mundurów, wciąż przypinała do niego różne plakietki z przekleństwami i obraźliwymi wyzwiskami. Czasami zastanawiałam się jak to się stało, że zostałyśmy przyjaciółkami. Poprawiłam opadający na twarz rudy kosmyk włosów i powiedziałam:

- Pewnie wojna się skończy i wrócimy do domów.

- Ale chodziło mi bardziej o to, kto ją wygra ? ciągnęła.

- Czy to ważne i tak nikt nie będzie się nami przejmować ? odrzekła Stella, wciąż miałam wrażenie, że jest na mnie zła o poranne, dosyć gwałtowne przebudzenie ? nieważne, która strona polegnie i tak nic nie zmieni się w naszej warstwie społecznej. Taki już nas los. Powinnaś bardziej się przejmować tym, czy w ogóle uda ci się przetrwać do końca wojny. Znam sporo osób, których myśli krążą bardziej wokół tego jak chcieliby zginąć.

- To trochę ... chore ? odparłam ? przecież nie wiesz, kiedy znajdziesz się po tamtej stronie.

- Nie przesadzaj, jakiś wpływ na to masz. Przecież gdybyś chciała zginąć teraz, to mogłabyś spokojnie to zrobić. Albo, kiedy zamarzy ci się zgrywanie bohatera i podczas akcji rzucisz się na ratunek, to też wybierasz śmierć. Życie to ciągłe wybory. Czasami mogłoby się wydawać, że są dziwne, niespotykane, ale na wszystko ma się wpływ. Nawet na umieranie. Dlatego dąb koło jeziora nazywają Drzewem Wisielców. Jeżeli ktoś nie chce już żyć to wybiera śmierć. ? Stella skończyła i przeniosła wzrok z nas, poczym utkwiła oczy wypatrując czegoś za oknem.

Umilkłyśmy, zatapiając się w swoich myślach. Nie wiem dokładnie ile z tego jest prawdą, ale chodzą pogłoski, że już sporo osób, nie wytrzymujących presji, popełnia samobójstwa wieszając się na drzewie. Wydaję mi się to bardzo ? trudno dobrać odpowiednie słowa, ale chyba intrygujące.

Nigdy nie zastanawiałam się jak chciałabym umrzeć, ale pomimo wszystkich wydarzeń, z którymi przyszło mi się spotkać, nie wiem czy zdecydowałabym się na tak odważny krok. Spędzając z ludźmi wiele czasu można dojść do dwóch stwierdzeń. Po pierwsze każdy mając na horyzoncie własną śmierć myśli zazwyczaj o tym, co następuje po niej. Chrześcijanie wierzą w niebo i piekło i to chyba jest najpopularniejsza wersja. Chociaż nie jedyna. Mamy jeszcze przecież buddyjską reinkarnacje i mityczny Hades. Są jeszcze tacy, co nie wierzą w nic, sądząc, że po tym jak już zostanie się zakopanym w piasku ogarnie nas ciemność. Osobiście uważam, że pierwsza wersja jest najbardziej prawdopodobna, ale czy najlepsza? Nie wiem. Po drugie nikt nigdy nie rozmawia o tym jak chciałby zginąć, a wszelakich samobójców uważa się za osoby z poważnymi problemami. Każdy sposób na to żeby stracić życie wydaję się zły i niezbyt odpowiedni, biorąc pod uwagę, jakie niezwykle ciekawe jest życie.

III

Lato tak szybko jak przyszło, tak też zaczynało odchodzić. Słońce coraz częściej ustępowało miejsce deszczowym chmurą. Jesień zaczynała być wszechobecna, taka sama jak zawsze - chłodna i ponura.

Zajęcia fizyczne zostały przeniesiona na salę gimnastyczną. Chyba nawet nasz twardy trener nie lubi stać i moknąć. Mogłoby się wydawać, że w Bazie wraz z nadejściem nowej pory roku zagościła nuda. Nic bardziej mylnego.

Początek jesieni oznaczał przede wszystkim rok od rozpoczęcia wojny. Z frontów coraz częściej dochodziły do nas wieści o przegranych bitwach. Zaczynało się dziać coraz gorzej. Często przyjeżdżały do nas wojskowe karetki z rannymi żołnierzami. W polowych szpitalach, brakowało miejsca, więc osoby z najcięższymi urazami trafiały do nas. Młodzież chodziła na zwiady, żeby po oględzinach rannych, móc mniej więcej ustalić jak tragicznie przedstawia się sytuacja. A nie było dobrze. Coraz mniej rozmawialiśmy, nikt nie miał ochoty na przyjazne ploteczki czy rozmowy o wojnie. Unikaliśmy tego jak ognia, jednocześnie notorycznie słuchając radia z informacjami prosto z obszarów pochłoniętych działaniami zbrojnymi. Baliśmy się. Doskonale każdy z nas wiedział, że jeżeli sytuacja się nie poprawi, to nastanie dzień, kiedy to my weźmiemy udział w akcji. Nikt jednak nie mówił tego głośno. Aby w jakiś możliwy sposób zapomnieć o nieubłaganej przyszłości, spędzaliśmy czas na nauce i bezsensownej paplaninie o pogodzie i jedzeniu. W atmosferze czuło się napięcie, które każdego kolejnego dnia się pogłębiało. Kłótnie były na porządku dziennym. Przeważnie chodziło o drobnostki nieadekwatne do hałasu, jakie wyrządzały.

IV

Na nasze nieszczęście nadeszła informacja o udziale Organizacji Młodzieży Umundurowanej w wojnie. Za równy tydzień mieliśmy zjawić się w różnych wyznaczonych obszarach. Baza, w której teraz mieszkaliśmy miała zostać przeniesiona bardziej na południe by zabezpieczyć ją na wypadek poszerzenia się frontu. Ostatni tydzień był ciężki. Chociaż? Szczerze mówiąc odpowiadało mi to. Nie było czasu by myśleć o tym jak mi tutaj źle. Na zajęciach fizycznych ćwiczyliśmy dwa razy intensywniej niż zwykle. Musieliśmy udowodnić, że jesteśmy przygotowani do prawdziwej walki. Lekcje geografii miały pokazać nam, na jakie tereny będziemy prawdopodobnie zesłani. Największe zmiany zaszły jednak na zajęciach psychologicznych. Z teorii przeszliśmy do praktyki. Wchodziliśmy do pomieszczeń i mieliśmy imitować, co zrobimy, kiedy znajdziemy się w sytuacji zagrożenia. Nie wiedziałam czy to realne zdarzenia, ale zaczynałam rozumieć, po co nam były takie zajęcia. Mieliśmy możliwość zobaczenia czy damy sobie radę w ekstremalnych warunkach.

Pod koniec tygodnia czekał nas najważniejszy egzamin po całym pobycie w Bazie. Egzamin naszej odporności psychicznej. Wszyscy podopieczni mieli znaleźć się w dużym holu koło sali punktualnie o godzinie siódmej. Kolejność zdawania zależała od numeru, który został przydzielony na początku służby. Mój numerek był jednym z ostatnich. Na początku bardzo mi to odpowiadało. Byłam pewna, że uda mi się wyciągnąć informacje od każdej osoby, która już zaliczyła test. Moje rozczarowanie, było ogromne. Zdałam sobie sprawę, że każdy, kto skończy, już tu nie wraca. Zaczynałam się denerwować. Minuty czekania zamieniały się w godziny. Godziny w niepohamowaną wieczność. Koło dziesiątej zorientowałam się, że w korytarzu zostałam tylko ja, chłopak mierzący prawie dwa metry wzrostu wypatrujący czegoś za oknem, jakaś chuda blondyna skulona na krześle i Dean. Tego ostatniego znałam bardzo dobrze jeszcze z czasów przed Bazą. Wychowywał się w domu niedaleko mojego, kiedy byliśmy dziećmi szczerze się nie lubiliśmy. On straszył mnie wymachując mi dżdżownicami przed oczyma, a ja za to rozdeptywałam mu babki z piasku. Usiadłam obok niego.

- I jak ... boisz się? ? spytałam. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę jak głupio to zabrzmiało.

- Szczerze? Bardziej niż tego testu boję się wojny i tego, że mógłbym tam zginąć. ? odpowiedział, spoglądając mi prosto w oczy. Zmienił się od czasu, kiedy ostatni raz z nim rozmawiałam. Był inny. Przepełniony smutkiem i lękiem. Pokiwałam głową, dobrze wiedziałam, dlaczego tak mówił. Jego ojciec zginął, gdy ten miał niespełna 14 lat, od tego czasu przejął funkcję żywiciela rodziny. Matka była chora, a jego dwójka rodzeństwa była od niego sporo młodsza. Gdyby umarł, rodzina nie poradziłaby sobie. Już teraz, gdy on przebywa w Bazie podobno ledwo wiążą koniec z końcem.

- Nie myślę o tym, że mogłabym nie dożyć osiemnastki. Wiem jednak, że mało kto wraca do normalnego życia. ? rozejrzałam się po korytarzu, chuda blondynka zaczęła obgryzać paznokcie.

- Lili, słuchaj. W razie jakbym poległ na froncie? A gdyby udało ci się wrócić do domu, a na pewno ci się uda. Proszę powiedz mojej mamie, że?.- zaczął Dean.

- NUMER 1256 PROSZONY O ZJAWIENIE SIĘ NA SALE EGZAMINACYJNĄ. NUMER 1256.

To mój numer. Przerażenie wzmogło się we mnie dziesięciokrotnie. Poczułam drżenie rąk. Spojrzałam na jego twarz.

- Nie wolno ci tak mówić, rozumiesz? Wrócisz. Oboje wrócimy. Nikt z nas nie zginie. Obiecuję.

Wstałam i weszłam do pomieszczenia. Odchodząc ścisnął moją dłoń bardzo mocno. Posłałam mu coś w rodzaju uśmiechu, a on wypowiedział nieme ,,powodzenia?.

Na początku nic szczególnego nie przykuło mojej uwagi. Byłam w dużym pokoju, imitującym teren otwarty. Stałam na środku, obserwując dokładnie każdą ścianę. Spodziewałam się, że zaraz coś wielkiego wyskoczy na mnie. Nagle usłyszałam cichy świst, który robił się stopniowo coraz głośniejszy. Z różnych stron zaczęli wybiegać żołnierze, strzelając i krzycząc. Dźwięk sięgnął zenitu. Miałam wrażenie, że moje bębenki zaraz wybuchną. Jakaś postać obok mnie upadła i zaczęła mocno krwawić. Podeszłam do niej i obróciłam jej ciało ku sobie. Moje zaskoczenie było ogromne. Twarz była cała we krwi i bliznach. Jednak wszędzie rozpoznałabym te wielkie ciemne oczy. Ta twarz była twarzą mojego brata.

- Aaron! NIEEEEEEE! Tylko nie ty, proszę! Nie zamykaj oczu! ? zaczęłam płakać, nie mogąc wydusić z siebie żadnego słowa. Nie wiedziałam już czy to wszystko to tylko imitacja czy prawda. ? Braciszku, proszę, nie odchodź. Nie możesz umrzeć, nie masz jeszcze ośmiu lat?

W tym momencie chwyciłam broń leżącą obok niego i zaczęłam strzelać gdzie tylko mnie poniosło. Wiedziałam, że muszę pomścić jego śmierć. Nagle ? wszystko zgasło. Zamiast całego pola bitwy pojawiła się wszechogarniająca biel. Ujrzałam swojego mentora od psychologii: - Test zakończony. Proszę pokieruj się tymi drzwiami do wyjścia. Zdałaś - rzekł kończąc wypowiedź grymasem, który prawdopodobnie miał byś uśmiechem.

Wyszłam z sali oszołomiona całym tym wydarzeniem. Doszłam do pokoju wspólnego i usiadłam na swoim starym miejscu. Przejechałam wzrokiem po innych. Nikt nie rozmawiał. Każdy był pogrążony we własnych myślach i nikt nie zwrócił uwagi, że weszłam do pomieszczenia. Spojrzałam na Stelle, która uważnie śledziła ruch wskazówek zegara. Ismena z całej siły ściskała poduszkę, jakby się bała, że zaraz ktoś ją jej zabierze.

- Tobie też uśmiercili kogoś bliskiego? ? spytał szeptem Dorian

- Tak. ? obróciłam się by spojrzeć na niego.

Popatrzył na mnie chwilę, po czym wyszedł z sali. Przemieścił się tak cicho jak cień.

Epilog

Wszystkie egzaminy dobiegły końca. Byliśmy gotowi, aby wyruszyć na front. Każdy z nas otrzymał wojskowy plecak, aby zmieścić w nim potrzebne rzeczy. Cała młodzież została podzielona na grupy po dwanaście osób, po kolei przylatywały samoloty i zabierały zespoły w różne miejsca. Byłam w grupie oznaczonej cyfrą 5 razem z Deanem.

Czekaliśmy w niedużym korytarzu obok wyjścia na dach, skąd mieliśmy lecieć w nieznane. Kiedy, wyczytali kolejny numer nogi się pode mną ugięły. Pożegnałam się ze Stellą, Ismeną i paroma innymi osobami, które były w pobliżu. Weszłam po schodach prowadzących na dach by po chwili poczuć zimny wiatr, który skutecznie mnie orzeźwił. Staliśmy w szeregu, przypatrując się dużych rozmiarów spodkowi, lecącemu w naszym kierunku. Poczułam jak Dean mocno chwyta mnie za rękę. Byłam mu wtedy naprawdę wdzięczna, gdyż zdecydowanie dodało mi to otuchy. Samolot wylądował przed nami i powoli szliśmy w jego stronę. Pomyślałam wówczas, że to mój pierwszy lot w całym życiu.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Grz 21.07.2014
    chwilami miałem stracha ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania