Drzewo Życia: Akt I
Witaj! Nim wypłyniesz za moment ku falom mej powieści, chciałbym rozwikłać pewne bardzo ogólne, ale istotne pytanie: “Czym jest Drzewo Życia, jako utwór?” Rozbijam owe pytanie teraz, bowiem pragnę zaznaczyć iż Drzewo Życia funkcjonuje jako cenna lekcja, eksperyment i dobudowa u podstawy czegoś o wiele większego tudzież ambitniejszego niźli jako samoistna historia.
Pisząc te słowa, mija niemal trzeci rok mej pracy nad pierwszym tomem historii O Dniu, w którym Odrodził się Świat. Gdzie powiązanie z Drzewem Życia? To, że ów czas doprowadził do jego istnienia… Po tak długim okresie pracy nad jednym projektem, mój umysł błagał by zrobić parę kroków w tył i wrócić do jego idei oraz podstaw. Chcę spojrzeć na cały kreowany przez mnie świat z innej perspektywy, by sprawniej móc ukończyć pełne wydanie książki oraz nanieść potrzebne poprawki.
W owej opowieści, podążasz śladami niemej, bezimiennej kozy, która przybywa do Lasów Harmonii w ramach wypoczynku, nieświadomie wplątując się w problematykę tego miejsca. Ten punkt widzenia pozwala spojrzeć na świat przez mnie kreowany surowiej niż przez pryzmat głównych bohaterów.
Akt I
Pragnął ciszy i spokoju, szansy na poprawę nastroju. Wyjechał daleko od Vesperiońskich Gór w poszukiwaniu zacisza wśród o wiele niżej położonych pól. “Jesteśmy na miejscu!”, jeden z koni rzekł, gdy to w końcu się wyprostował i ze zapięć wszystkich zszedł. Drugi to samo uczyniwszy, do karocy podszedł, kozicy drzwi otworzył po czym w podziwie przekąsem wyrażonym się pogrążył: “Jesteś daleko od domu, mistrzu!” Koń pierwszy również ów fakt podkreślił, gdy to dodatkowe namysły z siebie wytrześcił: “Nie ma najmniejszych szans, że kiedykolwiek jeszcze przejadę taki kawał drogi, czuję jak wszystko mi drętwieje.”
Gdy z karocy podróżnik wyjść chciał, koń wciąż uparcie drogę mu torował: “Chyba nie zapomniałeś o naszej umowie, rogatku…?” Koźla głowa chwilę się namyśliła, po czym zza szaty swej worek brązowy, niewielki wyciągnęła i koniu go wręczyła; ten przyglądał się mu bardzo obficie. “Mój ty skarbie!”, wychwalał go znakomicie; ogląda po bokach, do środka i zajrzał, woń jego sprawdził i do konkluzji jednej wszystko sprowadził: odsunął się kozie z przejścia, “Udanych wakacji!” mu krzyknął dla wyjścia.
Gdy oddech pierwszy swój poza karocą koza zabrała, niezmiernie pięknego uczucia doznała. Lasy tutejsze ją wręcz przepełniały, z dumą ogromną swe piękno prezentowały. Tyle kwiatów wśród swych stóp koza nigdy nie widziała, tak jaskrawo-zielonej barwy w życiu nie doznała. Tu nawet niebo się jakieś niebieściejsze zdało, wraz z słońcem co tak promieniowało, że aż powiedzieć się dało, że owe to miejsce faworyzowało. Cudem patrzeć jak przez najwyższe drzewa się przebijało, a tych również nigdzie nie brakowało.
Druga rzecz co uwagę rogatka porwała do siebie, fakt że tubylcy tu w większej różnorodności ubioru byli potrzebie, przez co i większą swobodę trzymała tu uroda. Nie skupiajmy się jednak na nim zbyt bardzo, z czasem bowiem stoimy naprawdę ciasno! Na głębie jak i ubiory poszczególnych istnień jeszcze nadejdzie czas, teraz jednak ogółu tego miejsca musi objąć nas ten jakże przepiękny blask.
Odwrócił się nagle kozioł, dźwięki karocy odjeżdżającej jego uwagę przykuły. Pomknęła ta szybko tak, że ostał za nią tylko pył i kurz. Poczuł kozioł soczystą ekscytacji nutkę, bowiem utwierdził się fakt, że tak prędko nie wróci stąd już.
Gdy wóz postój swój opuścił, tajemnice które za sobą skrywał odpuścił. Szczura starszego, z miny zgrymaszonego i nieco pomarszczonego w bardzo dostojne, jego cerze się sprzeciwiające szaty ubranego dojrzał. Ten jednak minę nerwową zrobił i uciekł czym prędzej, nim kozioł w ogóle go porządnie dojrzał. Na to wyglądało, że szczurzysko jego osobowość zza karocy podglądało, a wstydu mu nabrało gdy to za czym się ukrywał szybciej niż oczekiwał odjechało.
Gdy tak wędrownik się przyglądał szczurowi ku jaskini pędzącemu, wyraźnie do kryjówki swej biegnącemu, głos zza siebie usłyszał co z transu go wybił i sprawił, że cichy odgłos intrygi z siebie wydyszał. “Szlag by to trafił!”, gekon, który jako leśnik się prezentował, wstrząsająco-nerwowym tonem wykrzyczał, gdy to drzewo co je starannie poukładał w dół górki się stoczyło. Spojrzał ten na kozła, po głowie swej dłonią w irytacji przejechał po czym powoli obcemu swe wywody wywlekał: “Widzisz, tak to właśnie jest, starasz się, a końcem i tak to wszystko zleci ci z góry…” Nasz protagonista go doglądał, ni powiedzieć co umiał ni co powiedzieć wiedział, ruszyć się nie ruszył, tylko milczenie skrobał. Gekon dojrzał go raz jeszcze, chwilę się zastanowił po czym temat od innej strony wznowił. “Ja cię koźle nie poznaje… Ty nie stąd?”, a kozioł tylko w stronę karocy co już dawno odjechała machnął, niezręczny uśmiech na gębie swej trachnął.
Gekon się uśmiał jakby rogatek żart jaki wybitny opowiedział. O co mu chodziło? Nie do końca wiedział. Nieznajomy nagle popędził, siekierę podniósł, kozioł się wzdrygnął, lecz strach jego szybko czmychnął; się zorientował, że od dzieci co do niej dobiegały chciał ją uchronić, by nic nie mogły z nią nabroić. “Coś się tak wystraszył?”, czyli jednak niepewność kozy zauważył. “Myślisz, że zrobi ci co taka siekiera? Ryzyko stracenia się przez taką jest dość niskie. Przynajmniej tak mi się zdaje…” W sposób niesympatyczny w ziemię leśnik spojrzał, wiatr chłodny kozę obleciał gdy to kwiatka obok gadziej stopy dojrzał co się ku niemu odwrócił, tak jakby był żywy, jakby koźlę dojrzał. Gekon zerwał go od razu, uśmiechem atmosferę niezręczną uciął, kwiatka rogatkowi wręczył i oczko pożegnawcze puszczając w swoje gadzie ścieżki ruszył.
Komentarze (1)
Nie lepiej po prostu pisać, że tak to ujmę, "prościej", skoro w tym wyraźnie widać językowe zagubienie?
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania