Poprzednie częściDrzewo Życia: Akt I

Drzewo Życia: Akt II

Akt II

 

Rogatek powoli lasy przemierzał, odczytując z papieru ścieżki co mu je nakreślono: jak dotrzeć do domu, w którym spędzi tu czas na miarę możliwości komfortowo. Ten wciąż się naturą zachwycał, choć nie tylko z tego energii ciepłej zdobywał. Radochy mu też chwile dawały, gdy dzieci mu między nogami przebiegały: jedne go przypadkiem szturchały, potem przepraszały kiedy to w przeróżne gry grały. Pięknym było gdy widział nad sobą ptactwa mnóstwo, jedne leciały coraz wyżej, drugie w dół pikowały bowiem to w lasach wiele spraw do załatwienia miały. Imponującym również też było dużo wołań i rozmów co się ich wszędzie unosiło, tak jakby tu każdy z każdym rozmawiał, a nikt z nikim sobie trudów nie zadawał.

Po ów spacerze pięknym doszedł w końcu do chaty co wiele od innych się nie wyróżniała. Prymitywna, drewniana i jak reszta zdała się losowo być postawiona, choć ta blisko przepływającej rzeki się znajdowała. Zapukało koźle pewne siebie do drzwi, otwarła mu owieczka mała co strach się na niej tli. Wydać z siebie już chciał gość jakiś głos, gdy to za owieczką inny wyprzedził go już ktoś. “Już biegnę!”, kobieta się odezwała, matka owca do drzwi zawitała, humoru jednak dobrego równie jak jej córka nie podzielała. “Jesteś już, dobrze że już jesteś”, nieco panicznie go powitała, lecz koza się tym zbytnio nie przejmowała.

Gdy pierwsze swe kroki w domostwie skromnym ta stawiać zaczęła, scena dość nieprzyjemna się oczu upięła. Owca stara, zmarnowana co na krześle w rogu siedziała, kaszlem ostro się zataczała. Panna Owczyńska (bo takie sobie przezwisko koza ubzdurała) pobiegła prędko do schorowanego gbura; ten rzucać się jej zaczął, dlategoż gbura. “Mawiałem ci a prosiłem, byś nikogo tu nie sprowadzała! Ja do zdrowia wrócę, w robotę obrócę i będzie rozwiązana sprawa!” – “Teraz jednakże siedzisz tu. Niezdatny, marny i schorowany, a dziecko nasze zjeść co musi, Lasów i reszta z naszych ziem zaczerpnąć potrzebuje. Zawieść, nie zawiedziemy na niczyje potrzeby!”, ta zaś mu nadszarpnęła. Młoda do podróżnika podbiegła, stanęła na tyle blisko, że niemalże go otuliła. Ten tylko dojrzał na nią wzrokiem niezręcznym, ta zaś dziecięcym, niewinnym, wprawdzie potężnym. Zdawało się to kozie dziwne gdy propozycję ów znalazł, by zakwaterować się za drobny w polu balast. Teraz jednak widzi, że nie zawsze to co słodko wygląda, równie słodko ku językowi spogląda.

Gdy ciężkie ku sercu dylematy przeminęły, matka rodziny wraz z kozłem się ku polu udała i reszta dnia tak na pracy przy uprawach ustała. Rogatka żal zebrał i skrucha, bolało go wciąż to jakiego poszkodowanego u tej rodziny ujrzał ducha. Robić za dwóch się starał, w “podzielonych” zadaniach często owcę wyręczał choć ze zmęczenia nie ukrywał, że klęczał. Nie żałował jednak swego uczynku, ni trochu, ni grama, bowiem wykonać dobry uczynek to piękna może być sprawa.

Odpoczął też w końcu, gdy to owczyni się z jakąś bobrzycą zagadała, rogatek zdał sobie wtedy sprawę, że język ich to też ciekawa jest sprawa: niby sam taki jak po stronach jego, jednak dialektem się różnił delikatnie, a słowa poniektóre się wymawiało jakby bardziej zgrabnie…

Krzyk nagle padł. Wystraszony ten wstał. Krzyk, jako krzyk, ale ten jakiś był dziwny, taki wytłumiony i naiwny, tak jakby głęboko w jego głowie się wydarzył. Rozglądając się, nietypowości pewne zdezorientowany robotnik zauważył: kocur rudy spoglądał ku niemu. Szpetny jak noc: garbaty, z wąsami wykrzywionymi, oczami zielonymi lecz strasznie wyblakłymi. Wyciągnął ten zza swej szaty drewniany pal, w ziemie go wbił, wskazał na niego po czym uśmiech się mu tlił. Kozłowi jakby w głowę uderzyło: fala bólu ostra, ale i też krótka przeszła. Gdy ponownie ku palu spojrzał, kocia sylwetka się rozeszła.

Tak krótka chwila, a wystarczyła: tylko mrugnął, a kocur pobiegł drogą zgubną. Długo ten wpatrywał się z dali we wbity w ziemię pal, co słońce powoli go obchodziło, czym drewna cień na różne strony tarmosiło. Złapała rogatka nagle domu matka: “W porządku koźle?”, go zapytała, ten parę razy mrugnął i głową jej stuknął. Ta tylko się uśmiała, do roboty wróciła. Pracowali jeszcze długo, choć zdawałoby się, że minęła tylko chwila. Wkrótce się ściemniło, wielu poszło już spać, a za tym przykładem dwójka pracująca poszła też się kłaść. Myślał do snu rogatek o szczurze i kocurze. Cóż to za powitanie? Co od niego chcą? Czy to jakiś rodzaj tradycji czy najzwyczajniej śledzą go? Wprawdzie nietypowe to było, po paru namysłach na szczęście już rogatka nie gnębiło, bowiem zmęczone jego oko w śpik go wdrożyło.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania