Poprzednie częściDrzewo Życia: Akt I

Drzewo Życia: Akt III

Akt III

 

Gdy noc w swej głębi była, księżycowi dumnemu w pełni będącemu się stroiła, pewna załoga nocy uroku nie doceniła… Obudził się kozioł w mroku, powodu nie znał, dookoła się rozejrzał i w sen dalej się obejrzał. Nim jednak powtórnie go znużyło, dostrzegło jego oko coś co się w ciemności sekrecie kryło. Usiadł ten na siana kupce, oczy przetarł i jeszcze raz do drzwi dojrzał. Zwidy to nie były, ktoś sprzed nosa mu uciekł; rogatek wstał nerwowo i podbiegł do drzwi za ów istotą.

Gdy schodów doglądał, choć w mroku, to wyczuwał jaśnie jak ktoś po nich zbiega, że tchórzem nie był i za rodzinę tutejszą odpowiedzialności nutę odczuł: zbiegł ten za nim równo, pchając się wprost w sytuację paskudną. Drzwi otwarte na oścież ostały, widok zza nich nienaturalnie mroczny się zdał; choć kozła pierwsza tu noc, więc może każdą z nich tutaj taki urok plątał (?). Latarnie ten z haka obok drzwi ściągnął, krzesiwo z kuchennej szuflady wydrapał, ogień rozpalił i z dreszczem niemałym w świat szeroki poza domkiem ponaglił.

Będąc na zewnątrz dostrzegł sylwetkę co z daleka zielonymi, kocimi ślepiami się w rogatka wpatrywała. Kozioł parę kroków w stronę jegomościa zrobił, groźnym spojrzeniem go potraktował po czym “mam cię na oku”, mu zagestykulował. Gdy ten się odwrócił, domu już nie było, obracać się ten panicznie zaczął: gdzie się wszystko potraciło⁈

Pełen niepokoju powoli zaczął przemierzać szeroki, ciemny las w poszukiwaniu jakichkolwiek wskazówek czy łask. Na drodze swej jednakże tylko drzewa, kwiaty, rzeki, pola i inne natury elementy znajdował, ni żywej duszy jednak nie wywołał. Czym dalej wędrował, tym słabiej dychał, wkrótce szepty nieznane go otoczyły, niedługo po nich inne zjawiska nietypowe górę wzięły: kwiaty wszelakie odwracać się ku niemu zaczynały, trawy co pod nim niczym papier się zdały… Chwila moment, nie tylko zdały. To naprawdę papier jest, rozsianych kartek pełno, ileż ich jest⁈ Na każdej trawy tekstura namalowana była, wkrótce ta sama wizja kwiatów i drzew dobyła. Wszystko rozsypało się na papierów sterty, nawet chmury co wisiały wcześniej radośnie, teraz narysowane na kartkach spadały niczym kamienie sypiące się z gór donośnie.

Rogatek nie strzymał, wśród krajobrazu okrutnego na ziemię upadł. Ku tej niewydolności, leżąc wśród swych koszmarów nieruchomo niczym małż, dojrzał jak ktoś podchody robi ku niemu, krokiem bliskim bezszelestnemu. Złapał ten kozła za głowę, do góry potarmosił, kozioł bezwładny głęboko w swym umyśle tylko o najlepsze scenariusze błagał, prosił. Nieznajomy narzędziem ostrym, co się rogatkowi w oczach jak inne wszystko rozmyło, do rogu się koźlego dobrał, a tym kozłowi rozum trzeźwy oddał.

Walcząc o życie, za rękę oprawcy o futrze szarym jak i lekko szorstkim złapał, przy czym z bólu głosu pełnią się wydzierał, gdy ten coraz to nowsze wieści na jego rogu wydzierał; siła jednakże nieznajomego na tyle pozwoliła, by praca jego pisarska do końca dobiła. Po akcie owym ten walczyć dalej próbował, napastnik jednak kozła bardzo łatwo pokonał: na ziemię powalił, a w chwili następnej nadepnięciem srogim róg uwalił…

Następne co kozioł pamiętał i od chwili tej powieść tę kontynuujmy: w nieco nietypowej konstrukcji lecz szlachetnie wykonanym domku na drzewie się obudził, w którym porównawczy do miejsca poprzedniego, ktoś atmosferę do góry nogami wywrócił. Było ciepło, przytulnie, bezpiecznie się tu czuł, a utwierdził się w uczuciu ów gdy dojrzał, że najwyraźniej wśród zbawicieli swych był. Młoda, biała jak śnieg wilczyca, zgrabnie ubrana powoli się ku niemu przybliżała. “Hej, obudził się!”, komuś innemu wydyszała.

Gdy usiadł kozioł, towarzystwa resztę dojrzał: pierw w oko mu się pani owca w równie nastoletnim wieku co wilczyca rzuciła; za nią krokodyl i wilczek, którzy wyglądali jakby ów sytuacja ich z jakiejś ponad ważnej rozmowy wybiła; na końcu niedźwiadka młodego dojrzał co wiekiem im ni trochę nie dorastał, ale nie na to wyglądało by kogoś to wzruszało.

Chwycić spróbował kozioł rogu swego, nim jednak się to stało, wilczyca młoda łapiąc go, zabroniła mu dokonać czynu tego. “Zajęliśmy się tym, ale będzie potrzebować trochę dłuższej chwili by się zagoić… Nie dotykaj tego.” Ciszy chwila między nimi nastała, po której wilczyca swój przekaz wyznała, którym każde oko do siebie zebrała. “Choć powinieneś coś zobaczyć”, nieduży kamień mu podarowała co jak lusterko działa. “Lasy cię wybrały. Odejdź” Oto słowa się na rogu koźlim znalazły, nowy rodzaj strachu w nim wynalazły…

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania