Drzewo Życia: Akt IV
Akt IV
Po incydencie ów jakże szokującym, kozioł wyjazd z Lasów dogłębnie rozważał, a widok nawet i najpiękniejszej roślinności go srodze odrażał. Jednakże za dzieciaków namową udał się ten wraz z nimi do “centrum” najbliższego, by rozchmurzyć się nieco i jak to młodziaki zapewniały: “Dojrzeć końcem w ich Lasach coś bardziej przychylnego.” Milczał wędrownik w drodze, rozważał czemu miejsce ich celu “centrem” się nazywa. Czy centrem nie bywa coś gdy środkiem czegoś określa je ktoś? Jeśli więcej ich jest, a ze określenia “najbliższego centrum” wywnioskować to można: raczej ów nazewnictwo to kwestia mieszająca…
Po spacerze niezbyt długim, za to rozmowach wielu, do których podczas wędrówki całej koza niezbyt się paliła, nadeszła dojścia do celu chwila. W “centrum” ów kozioł parę budek dojrzał, zdawało się, że każda jakąś istotną rolę pełniła, w humorze jednak rogatek nie był by gdybać, która po co się rozstawiła. Tę kwestię za to jeden z młodzieńców rozważał, dokładniej mówiąc to o ekipy tej panu wilku jest mowa. Co swoją drogą od początku ścieżki się patrzy w kozła pół wrogo, a pół jak zaczarowany, wraz ze swym gadzim kumplem, który wyraźnie ma co do tego swe obawy.
Co za to kozła uwagę jako turysty przyciągnęło, to drzewo, które obtoczone ścieżkami w samym środku się ów miejsca ujawniło; te jednak od innych drzew dość solidnie się różniło: wokół niego sporo kłód było naniesionych; piłek, młotów ustawionych, a ponadto planów na budowę rozrysowanych też nie brakło. Samo zaś drzewo nietypowo ustrojone było: wszelakimi koralami co wisiały na nim dumnie zawieszone, u dołu rysunkami co wioski młodziaki ich autorami doprawione. Warto też dodać iż do najmniejszych nie należało, właściwie to bardzo pokaźnym się prezentowało i ze sporą gracją swe siostry przewyższało.
Gdy ekipa młodości kwiatu się od kozła oddaliła i w swe strony udzieliła, pewna inna dusza kozła zaczepiła. “Mały ten świat, czyż nie rogatku?" Gdy kozioł się odwrócił, gekona dojrzał, którego rozpoznał nim drugi raz na niego spojrzał. To ten sam gekon leśnik był, co na początku przygody w Lasach powitanie mu urządził. "Tym razem już cię rozpoznaje. Jesteś prawie jak tutejszy!” Zważywszy na wydarzenia ostatnie, wędrownikowi na te słowa niedobrze się zrobiło, nie na tyle ku szczęściu by go omdliło. Złapał go leśnik za bark co nieco niezręczności uprawiło, jednakże przez pozytywny wilczy nastrój, przesadnego dyskomfortu to na nim nie odbiło. “Chcesz sobie nabić trochę szacunku rogatku?", gad z intrygą w głosie zagadał, odpowiedzi jednak nie oczekując dalej nadawał: "Możesz sobie zasłużyć jeśli pomożesz w przygotowaniach do naszych corocznych obchodów święta Drzewa Życia!” Koza wzrokiem niepewnym tubylca zahaczyła, ten oczyma przewrócił i zdało się, że przez milczenie swego rozmówcy, szybciej niż zamierzał do końca dopinał: “Znaczy, ja akurat nie potrzebuje pomocy, ale tam-", przerwał chwilę i na jedną z budek swym pazurem wskazał, “siedzi nasza misiowa złota rączka. On na pewno znajdzie jakąś robotę!" Rogatek go doglądał, głową tylko kiwnął, nie przyznał się że najchętniej by stąd gwizdnął. Kiwnięcie jednak wystarczające się okazało, na to by gekona odpuścić się dało. Rzucił ten tylko na boku komentarz o rogu koźlim, tym rzecz jasna marnie przywiązanym i z napisem wydzierganym. Choć komentarz ów sympatyczny wydźwięk miał i do zdrowia powrotu wyżyczał, wszelkie wspomnienia do głowy wracające sprawiły, że ten źle go odebrał.
Kozioł do doglądania Drzewa Życia wrócił, zastanawiając się na czym owe święto polegało. Nim myśli jednak jakiekolwiek zebrał, jakieś zwierzę się na tyłach jego odezwało. "Jakiż to zaszczyt!” Kozioł nie był zbyt do rozmowy chętny, właściwie to nigdy nie bywał, a obecnie dodatkowo niezbyt jaskrawym humorem prychał. Gdy się jednak odwrócił, nie aż tak źle być się okazało, bowiem toż to zwierzę gatunku jego się odezwało! Koźle następne to było, w kontraście do niego bielszego rodzaju i o wiele starsza. Nie zmieniło to jednak faktu, że kozica to była, a ta informacja uśmiech u naszego wędrownika tworzyła. Kolejnymi słowami staruszka myśli jego potwierdziła, że również ku temu faktu się cieszy, tym bardziej, że kozą w te strony przyjeżdżać się nie spieszy. Przemiła nieskończenie gadała, cuda z życia swego opowiadała: o swej pracy i miłości, o swych młodzieńczych latach; nasz podróżnik słuchał jak zaklęty o jej wszystkich szczęściach, dylematach. Dawno kozioł takiego miłego monologu się nie nasłuchał; parę razy się i uśmiał, parę razy smutkiem zastukał, lecz poczuł się znów jak zdrowy turysta, wypoczęty. Tego właśnie tak bardzo, na drugi kraniec świata jadąc szukał…
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania