Drzewo Życia: Akt VI
Akt VI
Wieczór był już późny, koza wciąż jednak tu była. Choć najlepiej się nie czuła to ciekawość jednak przez nią przebrnęła. Towarzyszył jej też żal do matki owczej, która więcej niż się zdaje w życiu smutku przecięła. Sam nie był pewien czy pozostanie tu dłużej mu się opłacało, chyba współczucie po prostu go zalało. W każdym bądź razie decyzję już podjął, a obecnie przewracał siano. Oczekiwał, że Owczyńska słowem dopowie coś jeszcze. To co wcześniej prawiła, zdało mu się ledwie prologiem. Jednak ta już ni słowa nie dodała, najwyraźniej podzieliła się opinią, która już u podstaw ją wzdrygała. Doglądał więc raz po raz w stronę pala drewnianego, który tajemniczy kocur wbił, gdy pierwszy raz zjawił się w skromnych progach domu tego. Rozważał, ile razy słońce już ów pal okrążyło, chyba nie aż tak wiele, a inaczej mu się myśleć zdarzyło…
Słowa pani Owczyńskiej niczym kajaki, rzeki jego umysłu opływały, się kozłowi od ranka po głowie plątały. Co gdyby tak choćby jeden raz, pętle wspomnianą przez te Lasy zatoczyć? Drugą szansę magii tego miejsca dać? “Jeden, ostatni spacer przed wyjazdem mnie nie zaboli”, pomyślał sobie kozioł. Wyruszył więc po pracy skończonej. Skromnie i powoli do Drzewa Życia zmierzał, czego jednak oczekiwał, sam jeszcze nie wiedział. Szeleszczenie usłyszał, głowę uniósł, co oczy jego na kruka na drzewie siedzącego przerzuciła; najbardziej jednak jego szata czarna w błyszczące się, wręcz złote gwiazdki wymalowana podziw budziła. Liczył coś, oderwał się jednak od tego gdy dojrzał nieznajomego wpatrującego się ku niemu. “Miń 27 drzew na lewo, później 34 przed siebie. Dalej 19 w prawo i końcem 31 znów przed siebie. Inaczej się nie da bo musisz obejść rzekę.” Kozioł ku niemu zaskoczony spojrzał, podobny w oku blask u kruka dojrzał: “Zgaduje, że prosisz o kierunki na festiwal Drzewa Życia? Przynajmniej kilku ostatnich się o to pytało, wielu turystów mamy ostatnie dni…” Kozioł odszedł, ta pomoc go zaskoczyła, choć wytłumaczył się kruk, że to przez poprzednich wędrowców to i tak odczuł, że ku planowanym tu wydarzeniom ciągnie go jakaś większa, mniej znana mu siła…
Skoro los sam go pchał na festiwalu drogi, uznał że to najlepszy moment by skorzystać z niedawnej gekona rady i pani owcy namysłów: poszukać jakiejś robótki. Poszedł ten ku drzewu mistycznemu, chcąc by też jego zasługą stały się preparacji wydarzenia skutki. Do jednej z budek się udał, niedźwiedzia sporego tam spotkał, który uśmiechem szerokim kozę zaplątał. Słyszał już o nim, jako o wioski złotej rączce, ostatnio gdy był tutaj chyba właśnie tę budkę mu polecono. Niedługo to trwało nim miś się odezwał: “Nie poznaje cię, Jesteś turystą? Potrzebujesz czegoś…?” (kozioł na “nie” potakiwał) “Pracy?” Miś się wstrzelił…
Niedługo później wśród niedźwiedziej jaskini, kozioł zabawki proste skręcał. Poziomowi złotej rączki co prawda one nie dorównywały, lecz majster stwierdził, że takie prostsze wystarczały. Właściwie nawet się przydały. Nie każdego bowiem cuda interesowały; niektórym dzieciom najprostsze drewniane wycinki wystarczały. Nagle kozioł się w dłoniach poślizgnął: piłkę do drewna upuścił i ta pod kredens się wtoczyła, cóż za pechowa nowina… Nakazał niedźwiedź by mu nie przeszkadzać; nie wchodzić, nie pukać, koło głowy nie skakać, ale cóż kozioł ma zrobić w sytuacji tak niewygodnej? Może gdy po cichu i ze spokojem podejdzie to miś zniesie ten fakt łagodniej? Kozioł drzwi uchylił i powoli do groty niedźwiedzia zmierzał. Widok, który jednak ujrzał wprost w pierś go uderzał: pastwił się niedźwiedź nad szczurem, którego kozioł dobrze kojarzył; to ten, który go śledził już wcześniej i którego o krzywdę na rogu skarżył. Mimo wszystko sytuacja owa z widokiem szczura do krzesła przywiązanego na tyle niedorzeczna się stała, iż pożałował rogatek, że nie zwinął się z Lasów gdy tylko chwila mu na to pozwalała.
Nim ten się jednak odwrócił by ucieczkę rozpocząć, ktoś w głowę uderzył go srogo, na tyle, że kozioł w ziemię powędrował, ledwo czując co jest chociażby obok. Niedźwiedzia uwagę to przykuło, do swego najwyraźniej przyjaciela dobrego się odwrócił i gniewem za czyn wykonany się do niego zrzucił. Napastnik wybronić się próbował, że czasu tylko zarobić chciał, by coś wymyślić na to by kozioł o tym strasznym widoku nie rozpowiadał. Gdy ci się jednak kłócili, szczur okazję wyczuł: huśtać się zaczął i latarnię przewrócił. Rozbijając ją, wszystkie szmaty i drewna podpalił. Dychał kozioł coraz gorzej, słysząc jak porywaczy dwóch płomieni nie potrafiąc ugasić, uciekają, a na pastwę losu kozła i szczura wśród nich zostawiają…
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania