Drzewo Życia: Akt VII
Akt VII
Ocknął się kozioł po godzinach wielu. Spragniony, wygłodniały i daleko od swych zmysłów własnych dziejów. Jednakże wstał, dookoła się rozejrzał i ku zdziwieniu własnemu do rozsądku wrócił gdy się parę razy obejrzał. Lasy inaczej wyglądały niż je zapamiętał: było ciemno, cicho, deszczyk lekki kropił, a wiatr się umocnił, w szelest niepokojący okoliczne roślinności wprawiając. Przemierzał wędrownik Las chłodny i pusty żywej duszy nie znajdując, doglądając jak chatki okoliczne przy jego podchodach świece gasiły, drzwi szczelnie zamykały, a same zwierzęta w nich mieszkające ani pisku z siebie nie wydały.
Brnął kozioł nieustannie przez gęsty Las, strachu mając już pod pas. Nagle ku zaskoczeniu swemu kogoś dojrzał. Zdało się, że równie jak on w kołach błądził. Zachowanie nieznajomego sprawiło jednak, że ten jeszcze poważniej się ze zdrowego rozsądku wytrącił. Wilczur młody. Widział go już wcześniej w domku na drzewie; ciężko było kozłowi zapomnieć tego wilczego nosa, przez to jak ten wcześniej wpatrywał się ku niemu z ukosa.
“Gdzie jesteś mamo…?”, wilk rzekł, po czym w głąb Lasu pobiegł. Kozioł zmartwiony o młodzieńca, tempa przybierając wprost w wilcze ślady się udał i z dedykacją potężną duszy zagubionej szukał. “Mamo!”, wilk przez łzy krzyczał, wędrownik za jego głosem po tym koszmarze pełzał. Finalnie ku Drzewie Życia się jego los dotoczył, gdzie zwrot wydarzeń go naskoczył. Za jego obliczem krzyki poszukiwanego dosłyszał. Nagle piorun pierwszy uderzył, zapadła cisza. Zza Drzewa Życia siekiera się wyłoniła, rąbiąc je żalem cały świat obiła. Gdy Drzewo upadło, sylwetka wilka siedzącego się zza niego wyjawiła. Niezbyt długo jednak oko wędrowca nacieszyła. Przed wilkiem bowiem kocur rudy powstał, teraz z bliska jeszcze ochydniej niż wtedy koło pala wyglądał. Płaszcz swój miał podziurawiony, wąsy wykręcone, oczy maniaka i futro swe rude miejscami odbarwione; co gorsze jeszcze temu było to fakt, że koszmarowi ów się dwa metry wysokości ciągnęło. Rzucił kocur siekierą w bok, spojrzał kozłowi prosto w oczy. Kryształ nieznajomy zza płaszcza swego wyciągnął, wymodlił się do niego po czym wzrokiem znów ku kozłowi pomknął. Kozioł rozumiejąc, że ucieczki nie ma, biec w stronę potwora zaczął, pomocą obdarzyć wilka raczył. Niebo zwariowało, wicher nadszedł co z ziemi go unosił, kwiaty ku niemu spojrzały, ale nic od nich nie uprosił. Wbijając w ziemię swe łapska koźle, kota nagle dojrzał co stał nad nim podle. Serce jego do prędkości zawrotnych przyspieszało, ciało już rady nie dawało; bezradność taką odczuł, że rozważał czy na płacz się nie zniesie. W szczytowym jednak momencie… Obudził się.
Z walącym sercem usiadł kozioł wśród ciepłej atmosfery nieznanego mu namiotu, od razu do niego ręce chude zabrnęły, nieznanego mu miotu. “Masz, wypij, pomoże ci się rozbudzić.” Choć ufać nie chciał kozioł czemukolwiek co się mu w tych Lasach przytrafi, to z drugiej strony czuł, że zaraz serce jego rogate szlag trafi; ryzyka więc nie chciał brać na siebie i zdecydował iż postawi na cokolwiek co darowane mu będzie. Decyzja na szczęście się słuszną okazała, bowiem poprzez gorąc napoju przeszła przez niego ukojenia fala.
Gdy surowa ocena sytuacji do niego powrotnie zawitała, wzrok jego ostrość przyzwała; kozia dusza szczura wychudzonego, w szatach rodzaju przypalonego dostrzegła. Swą śledzącą zmorę w nim poznała, jednakże czując teraz jego dłoń pomocną się z oskarżeniami wstrzymała. Podróżnik namiot otworzył.
Nad wodospadem pięknym, wręcz błyszczącym byli, wśród zaciszu, które otaczało tylko parę drzew i garstka cieni. Szczur prosto za nim wyszedł i o dziwo głębokim, przeciwnym do maniaka głosem zapytał: “Czego tu szukasz, koźle…? Jest tak wiele miejsc, w których mogłeś teraz być, a jesteś tutaj. Dlaczego?” Kozioł nie zaskoczył, klasycznie na siebie słowem się nie odezwał, jedynie ręką w strony rozmaitych pól, gór i łąk, machnął czym wzrok szczura przyzwał. Ten się zaśmiał, nie na próżno jednak, bowiem przy tym wizję swą wyjaśniał: “Myślisz, że jesteś tu bo taki był twój wybór, prawda jest jednak taka, że wybór ten należał od początku do Lasów, nie do ciebie. Gdy niebiosa w gniew uderzą, katastrofę rozmarzą, a wtedy będzie za późno na ucieczki…” Kozioł słysząc to niemalże go wyśmiał, ręką w niego machnął. Nie raz w czary różne w życiu wierzył, ale rozmysły takich obłąkańców średnio go interesowały, ni trochę go nie ruszały. “Głupcze… Może i nie ma już czasu na ciebie, ale ja uratuję tego młodego wilka nim dojdzie do rytuału i zrobię to niezależnie od tego czy mi pomożesz czy nie!”
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania