Duchy ziemi i ognia
Wioska Whakatere leżała u stóp porośniętego bujną zielenią wzgórza, gdzie co wieczór śpiewały tui i kererū, a las oddychał razem z ludźmi. Rzeka Awahou, srebrzysta w świetle księżyca, wiła się jak wąż wokół wioski, dostarczając ryb i chłodu w gorące dni. Tu żył lud Ngāti Tūwharetoa – dumne plemię wojowników, rzemieślników i strażników pradawnych tradycji.
Tamaora, młody syn wodza, miał tego ranka przejść swój pierwszy wānanga – naukę przodków. Zbudził się tuż przed świtem, gdy dym z ognisk jeszcze unosił się nad osadą.
– Wstawaj, Tamaora – powiedział głos jego matki, Hinewai, pochylając się nad nim. – Twój dziad czeka przy marae.
Chłopak zerwał się, poprawił plecioną spódnicę z lnu i chwycił drewniany kij – symbol nauki. Przy marae, świętym miejscu zgromadzeń, czekał już Te Ariki, stary tohunga – kapłan i nauczyciel, z twarzą pełną moko, rytualnych tatuaży.
– Witaj, wnuku ziemi – rzekł Te Ariki. – Dziś poznasz mądrości przodków. Czy jesteś gotów?
– Jestem, kaumātua – odparł Tamaora z szacunkiem.
Te Ariki uniósł rękę i wskazał na wharenui – dom przodków.
– Tu mieszkają nasi zmarli, ich duchy. Nauczysz się ich imion, ich czynów i pieśni. Nauczysz się haka.
– Haka? – oczy Tamaory rozbłysły.
– Tak. Nie jest to tylko taniec wojenny. To rytuał, modlitwa, manifestacja życia. Gdy staniesz z bronią przed wrogiem, zatańczysz haka. Gdy przywitasz gościa – zatańczysz haka. Gdy umrze ktoś bliski – zatańczysz haka. Haka to dusza Maorysa.
Chłopak skinął głową i wszedł za starcem do wharenui, gdzie na ścianach widniały rzeźby przodków, a powietrze pachniało drewnem i dymem.
---
Wieczorem cała wioska zebrała się na pōwhiri, uroczystym powitaniu nowej wiedzy. Tamaora, wraz z innymi chłopcami, miał przedstawić naukę haka przed plemieniem. Starszyzna usiadła w półkolu, kobiety i dzieci tłoczyły się z tyłu, a wojownicy stanęli w gotowości.
Gdy bębny zabrzmiały, chłopcy wyszli, twarze wysmarowane węglem, oczy dzikie. Tamaora uniósł ręce i krzyknął:
– Ka mate! Ka mate! Ka ora! Ka ora!
Ziemia zadrżała pod ich stopami. Rytmiczne uderzenia stóp, zgrzyt zębów, język wystawiony w geście odwagi – to wszystko mówiło: „Jesteśmy tu. Jesteśmy potomkami Tūmatauengi – boga wojny!”
– Tēnei te tangata pūhuruhuru – ryknął chłopak, a jego głos niósł się echem po dolinie.
Kiedy skończyli, nastała cisza. Te Ariki powstał i uniósł ręce.
– Wasi przodkowie was słyszeli. Wasze serca są silne. Wasi duchowi wojownicy rosną!
Tamaora spojrzał na ojca, wodza Te Whakatāne. Ten skinął z dumą.
---
Ale czas pokoju nie trwał wiecznie. Pewnego dnia z południa nadciągnął posłaniec – młody mężczyzna, zmęczony i ranny.
– Wódz plemienia Ngāi Tahu wysłał mnie – wyszeptał. – Ich ziemie zostały napadnięte. Ich taonga – święte przedmioty – zostały skradzione przez plemię z wysp wulkanicznych. Proszą o pomoc.
Te Whakatāne zwołał radę. Młodzi wojownicy rwali się do walki, ale Te Ariki podniósł laskę.
– Niech najpierw przemówią duchy. Musimy złożyć ofiarę Tangaroa – bogowi mórz, by łodzie dotarły bezpiecznie.
Nazajutrz wyruszono w waka taua, wojennych łodziach, z Tamaorą wśród wioślarzy. Fale uderzały w kadłuby, a śpiewy i haka podtrzymywały ducha wojowników.
– Niech bóg morza nas prowadzi! – krzyknął Tamaora, a jego głos zagłuszył szum oceanu.
---
Na wyspach Ngāti Raukura czekał wróg. Bitwa była krwawa i dzika – włócznie i taiaha świstały w powietrzu, a wojownicy upadali z okrzykiem haka na ustach. Tamaora, choć młody, pokazał męstwo. Gdy jego przyjaciel Rangi został ranny, stanął nad nim i osłonił go.
Po zwycięstwie odzyskano święte przedmioty i ciało poległego wodza. Powrót do Whakatere był milczący. Po powrocie rozpoczęła się tangi – rytuał żałoby.
– Tangi to czas łez, ale też śmiechu i wspomnień – powiedziała Hinewai, płacząc przy ognisku. – W taki sposób nasi zmarli nie odchodzą całkiem.
Tamaora nie zapomniał tych dni. Zrozumiał, że bycie Maorysem to nie tylko walka. To troska o ziemię, rzekę, las. To szacunek dla starszych i dla duchów.
---
Lata mijały. Tamaora został wodzem. Uczył młodych haka, ale także pieśni miłości, rzeźbiarstwa i świętych opowieści o Rangi i Papa – Niebie i Ziemi.
Pewnego dnia, gdy słońce wschodziło nad zatoką, wyszedł na klif i zawołał:
– Jesteśmy dziećmi tej ziemi. Niech nasze pieśni i taniec niosą się dalej niż fale!
Za jego plecami, w rytmie bębnów, młodzież już układała nowy haka – o bohaterach, o duchach, o nowym początku.
---
Podczas gdy Tamaora prowadził młodych wojowników i uczył nowego haka, życie w wiosce płynęło rytmem przodków. W cieniu drzew i w zapachu dymu z ognisk kobiety tkały, leczyły, śpiewały do dzieci i do duchów. Jedną z nich była Kahurangi – siostra Tamaory. Uznana tohunga rongoā, uzdrowicielka, znała moc ziół i szeptów.
Pewnego wieczoru Kahurangi odnalazła chłopca, Mahiego, z gorączką i dusznością.
– Las przemówił do mnie tej nocy – powiedziała Hinewai, matka – coś wisi nad nami.
Kahurangi wzięła chłopca do swojej chaty i przy świetle kaganka zaczęła szeptać stare zaklęcia.
– Tūī, który niesiesz wieści, niech twój głos odpędzi ducha gorączki...
Obok siedziała jej córka, Manaia, z oczami jak księżyc.
– Mamo, co jeśli wrócą złe duchy ognia? – zapytała.
Kahurangi zamilkła.
– Wrócą, dziecko. Bo ludzie zapominają, że każde drzewo ma ducha, a każda rzeka ma głos. Gdy o tym zapominamy, ogień wraca.
---
Kilka dni później ziemia zaczęła drżeć. Najpierw lekko, potem coraz mocniej. Drzewa trzeszczały, a ptaki milknęły. Stary Te Ariki uniósł oczy ku niebu.
– Taniwha się obudził – powiedział. – Duch wulkanu gniewa się.
Wódz Tamaora zwołał starszyznę.
– Czy to kara? Czy zbezcześciliśmy ziemię?
– Nie – odezwała się Kahurangi. – To przypomnienie. Ziemia nie należy do nas. My należymy do niej. Musimy wrócić do równowagi.
W tym czasie Mahi wyzdrowiał. Powiedział, że śnił o kobiecie z twarzą z popiołu, która kazała ludowi wykopać nowy umu – ziemny piec ofiarny, i złożyć w nim dary: pierwsze plony, ryby, taonga.
Tamaora skinął głową.
– Jeśli duch przemówił przez dziecko, nie możemy go zignorować.
---
Tego wieczoru cała wioska zebrała się przy wykopanym umu. Kahurangi sypała zioła, Manaia rozrzucała liście paproci. Wojownicy stali w kręgu. Te Ariki, już słaby i chudy, ostatni raz uniósł swoją laskę.
– Ziemio, która nas karmi, niech cię znowu usłyszymy. Przepraszamy.
Złożono ofiary. Ziemia zadrżała raz jeszcze, ale potem nastała cisza. Noc była spokojna.
Wtedy Te Ariki upadł. Odszedł z uśmiechem.
– Nauczyłem, co wiedziałem. Teraz wy mówcie do duchów.
---
Na pogrzebie Te Arikiego zatańczono nowy haka. Nie był wojenny, nie był krzykliwy. Był głęboki i cichy, jak szum rzeki nocą. Tamaora i młodzi wojownicy tańczyli z łzami w oczach. Manaia śpiewała. Mahi z boku powtarzał słowa przodków.
– Ka mate, ka mate – nie oznacza tylko "śmierć" – powiedziała Manaia – ale też "życie". Ka ora. Zawsze ka ora.
Po pogrzebie Tamaora spojrzał na zachodzące słońce i zrozumiał. Nie będzie pamiętany tylko jako wojownik. Ale jako ten, który słuchał.
---
Kilka miesięcy później do brzegów dotarły ogromne łodzie. Nie były to waka, lecz pływające domy z obcymi żaglami. Ludzie o bladej skórze, w metalowych szatach, schodzili na brzeg.
Tamaora wyszedł im naprzeciw, a za nim wojownicy, kobiety i dzieci. Wszyscy ubrani w najlepsze tkaniny, twarze ozdobione moko. Gdy stali w szeregu, Tamaora uniósł rękę i wydał pierwszy okrzyk.
Rozpoczął haka. Haka, który opowiadał historię ich ludu, ducha ziemi, gniew ognia i spokój rzeki.
Obcy stali w milczeniu.
Tamaora wiedział, że wszystko się zmieni. Ale też wiedział, że duch jego ludu przetrwa. Tak długo, jak długo będzie taniec, śpiew i pamięć.
---
Koniec
(choć każda opowieść Maorysa żyje w nowym haka, w nowym śpiewie, w nowym oddechu lasu...)
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania