Luminiowe antenki

Kolejny ranek iiii... antenki na głowie. Nie wiem, w czym rzecz i co robię w nocy, że tak się elektryzują. Po prawej stronie dziś namiot mocy i boleści wykwintnie pionowo do ściany tworzył jakby gniazdo dla nielota. Strasznie trudno to ugładzić. Leci olejek kwiatowy, odpalam żelazko i leci kabarecik. Dziś zaczęłam od śmiechu niedowierzania na ten poranny bunt włosów. I od muzyki, która kojarzy mi się z moim latem 2026 roku! Bocelli plus Guetta i ich DNA robi na mnie moc wrażenia i daje dobry dzień, gdy omiatam twarz podkładem, pudrem brzoskwiniowo pachnącym, bronzerem, różem, rozświetlaczem i super cieniem – takim bordowo-brązowym. Śliwkowy lipstick, kolczyki do błysku iiiii... lecimy z receptami przez osiem godzin.

Dziś z parapetu wymiotłam zasuszoną pszczółkę ze zdziwieniem, że pod elastoporami się ususzyła, choć Nati prosiła, żeby ją zostawić, bo odpoczywa. Później, gdy siedziałam na krześle pod otwartym oknem, z jednego z aut stojących w korku przed światłami poleciało De Mono i „Statki na niebie” – ot, odlotowo.

Najlepsza była żona, która opowiadała mi przez szybę, że mąż nie ma żołądka, a musi użyć Womiban i czy Enemę ma zrobić przed, czy po, bo ma zatwardzenie? Strasznie ciężko było mi zachować powagę, odpowiadając:

– No jak po... przed przecież...

Na co mąż do żony:

– Przecież ci mówiłem!

Opowiadam Gabi owe robakowe problemy i masy kałowe, na co ona ze śmiechem:

– Trzeba było powiedzieć, że przed seksem!

Później u Jagi grube rozmieniałam, mówiąc „dziękuję”, a ona do mnie:

– Smacznego... – po czym dodała: – Boże, co ja mówię...

Także tak, moi mili. Wiem, że dla Was biały fartuszek to oznaka, że kawę pijemy cały dzień. A niestety – łyk zimnej kawy dobrze znam i kanapkę w kieszeni, o której zapominam, a później z przegrzania jest już nie do zjedzenia. Po prostu nie wiem jak Wam, ale mi ciągle czasu brakuje, aaa durnot maksimum dostaję... Wiecie, że można zadzwonić do apteki i zapytać, czy Amol sprzedajemy na łyżeczki? Albo że proszek do sporządzania zawiesiny rozsypujecie na łyżeczki i ciężko wpaść na pomysł, że wody dolewamy do kreski?

Gdy wracam do Betwena w domu, to często zastanawiam się, jak się nazywam. Bo really, serio lubię moją pracę – ten ul tętniący rozgardiaszem, te kołaczyki serowe gryzione w pośpiechu i łyk wody, o którym ciągle zapominam. Wiem tylko, że lubię ciszę. Ten moment, gdy mogę zgubić rezon, być niewidzialną i słuchać, jak ptak śpiewa za oknem. Bo mi zwyczajnie chce się być nikim.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania