DWA ŚWIATY

Postanowiłem spędzić urlop w domowym zaciszu, w oddaleniu od zgiełku, z książką, dobrą muzyką i telewizorem „w razie czego”. Wkrótce dopadło mnie przedsenne wirowanie myśli, lektura poszła w jedną, a ja w drugą stronę, zapuściłem więc telewizję (osobiście nie cierpię jej, ale przyznać trzeba, że niektóre jej kanały są niczego sobie i dają się oglądać).

 

Zamiast wejść na Historię lub Kulturę, jakaś nieczysta siła podkusiła mnie, by zajrzeć do komercyjnej stacji, bo akurat tam miano nadać najświeższe wiadomości. W oczekiwaniu na nie, rzucono reklamy.

 

Patrzyłem na ich rozmigotaną daremność. Wepchnął mi się we wzrok i zgwałcił pozostałe zmysły rozkoszny widok rewelacyjnej przyprawy maczanej w egzotyce. Rozbrzmiał, upojny szept aktora reklamy zachęcającej mnie do kupowania proszku lepszego od gorszego i tańszego niż droższy.

 

Podeszła mi do gardła zachrypnięta poezja golarki wyrywającej owłosienie razem z czapką. Zostałem kulturalnie dopieszczony wokalizą faceta wyznającego mi z wdziękiem czarnej wdowy, że odkąd został szczęśliwym posiadaczem smarowidła na hemoroidy, poznikały mu wszelkie utrapienia, bo teraz krótko i wydajnie siedzi na sraczu.

 

Kolejna reklama poinformowała mnie, gdzie za darmochę mogę nabyć sympatyczną trumienkę, a za chwilę wyskoczył z pudełka przedstawiciel ZUS i poradził, jak mam dożyć do wizyty u lekarza ostatniego kontaktu.

Potem wysłuchałem zwierzeń paniusi na Diecie — Cud, której udało się „schuść” sto kilo przez dwa dni bez przerywania obżarstwa. Potem miałem nieprzyjemność oglądać umięśnionego ciapciaka w złotych cynglach, który namawiał mnie na zaciąganie kredytów i ze spokojem uczciwego oszusta twierdził, że im więcej ich zaciągnę, tym mniej wydam na psychiatrę.

*

Zbliżał się koniec puszczania reklam, toteż z ulgą padłem na krzesło, by wysłuchać wiadomości. A tam nieustający festiwal nieszczęść, zbiorowych masakr lub pojedynczych dramatów. Tragedia goniła tragedię. Jak nie susza, to powódź, jak nie klęska urodzaju, to oberwanie chmury.

 

Odniosłem wrażenie, jakby cały naród błagał dziennikarzy o dostarczenie mu bodaj maciupeńkiej katastrofy. Jakby na kolanach prosił o zbawczy łyk codziennej dawki nonsensów, czułem się więc jak wnuczek oskubany przez babcię.

*

Wiadomości dobrnęły do końca i by dojść do siebie, zdecydowałem się na obejrzenie filmu. Z ekranowych czeluści wydobył się aksamitny głos konferansjera o nienagannym braku dykcji, który zapowiedział, że zamiast filmu o Van Goghu, puszczą kolejną wersję hecy do śmiechu, a Van Gogh zostanie nadany nad ranem.

 

Widzę szmirę i na próżno szukam w niej sensu, więc zmęczony urlopowymi atrakcjami, wyłączam telewizor.

 

Lecz nie wyłączam refleksji, bo zastanawia mnie irytujący fakt, że pozwalam — bez protestów i rozdrażnionych min — by ów obraz namawiał mnie na przeżycia, których nie chcę, by przekonywał mnie do doznań, które są popłuczynami z opowiedzianych już lepiej, mądrzej i drzewiej.

Film, traktujący mnie jak matoła po lobotomii, bęcwała, film który zmusza do uczestnictwa w niezabawnych rozrywkach, powoli zaczyna mnie obezwładniać.

 

Toteż stwierdzam, że są dwa światy. Jeden to dziewicza przestrzeń obecnego życia, drugi, to przeszłość z odmiennymi wartościami. Dla ludzi żyjących tu i teraz, wspomnienia takich jak ja, żyjących minionym, są egzotyczne. Natomiast dla ludzi schyłkowych, z wolna zabierających się za pakowanie walizek i dokonywanie bilansów, obecny świat jest rozczarowaniem, bo nie tak wyobrażali sobie jutro.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Starszy Woźny 2 godz. temu

    Trzeba było przełączyć na TV-republika
    zobaczyłbyś "Trzeci świat"
    NO!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania