Dwa światy

Rozdział IV

Daleko w dwie strony

Stawiając kolejne kroki usłyszałem głos z tyłu mojej głowy.Znam ten szept.Tak tak to mój towarzysz, wreszcie się odezwał.Masz rację pomyślałem - to dobry moment aby zrobić przerwę.

- No i widzisz,właśnie w takich chwilach jesteś przydatny.Dobrze zrobiłem zabierając cię ze sobą.

- .....

Odbiłem w polną scieżkę, ulżyłem moim plecom zdejmując plecak a teraz chwilę odpocznę.O tak to był dobry pomysł.Słońce które atakuje promieniami prosto w twarz zaczyna byc nieprzyjemnie gorące, powietrze duszne i ciężkie niemające zamiaru podzielić się świeżym tlenem a niebo wcale nie daje klarownych syngałów o bezpiecznym kontynuowaniu tego wyzwania.Jednak zignorowałem to wszystko no bo nawet jesli będzie deszcz nic mi nie zrobi (żeby tylko deszcz).Ugaśiłem pragnienie, posiedziałem, popatrzyłem i wołam:

- To co zrobię kilka zdjęć i ruszamy?

- A może zabierzemy się z kimś kto jedzie w stronę miasta i zakończymy to? I tak daleko zaszliśmy.

- Zbieramy się.

- Zaraz zacznie padać albo jeszcze gorzej.

- Tak z pewnością ale nie przekonasz mnie idziemy.

- Ehhh...

Spakowałem się, wstaję, ruszam i nagle! ... Mało mi bębenka nie rozwaliło.Walneło gdzieś bardzo blisko.Zbierało się na to od rana lecz dlaczego akurat teraz?? Ciemne chmury nadeszły nad moją głowę przysłoniły parzące słońce co sprawiło, że miałem nadzieję na orzeźwiającą, chłodną mżawkę.No i... nic z tego - zamiast deszczyku dojechał jak na kogucie wiatr biorąc mnie za swój cel.Miał bardzo jasne zadanie od LOSU -zrób coś bo jeszcze mu się uda! Oczywiście nie miał on nic wspólnego z tym wietrzykiem który powoduje uśmiech na twarzy w tak upalne dni.Przystapił do działania nie słuchając kompletnie mych argumętów które mu przedstawiłem.Zrozumiałem, że nikt mi nie pomoże jestem tu sam jak palec i mogę liczyć tylko na siebie.Zaparłem się, dałem kilka dłuższych kroków - szybko znalazłem się na głównej drodze.

Jedzie ktoś samochodem.Widziałem go doskonale.Był jeszcze daleko kiedy z piskiem w uszach i zapamroczeniem postanowiłem przejść na drugą strone pobocza.Byłem na środku drogi.Somochód powoli dojeżdzał.Oczy przysłoniłem ręką gdyż wiatr nie odpuszczał i z każdym moim udanym krokiem napierał coraz mocniej.Samochód był coraz bliżej.Zostało mi kilka metrów do kamienistego pobocza.Przysłonięte oczy, najmocniejszy jak dotąd podmuch wiatru i dziura w asfaltowej drodze.Łatwo się domyślić co to może znaczyć prawda? Auto napierało w moim kierunku.Tracąc równowagę poczułem jak instynkt przetrwania wygonił rozsądek z głowy.W tej mikro seknundzie zdążył nawrzeszczeć na niego, wyśmiał plan przeanalizowania sytuacji i myślenia nad tym co będzie już potem jak auto rozjedzie mi nogę.Sam odsunął moją stopę która miała zostać pogruchotana przez prędkość samochodu której kierowca nie miał zamiaru zmniejszyć (myślę, że i tak nie miało by to znaczenia).Przez moment zamarłem.Z pojazdu wychyliła się twarz kierowcy.Miałem tylko sekundę by usłyszeć co wykrzykiwała w moją stronę.Nie zwróciłem szczególnej uwagi na te słowa lecz zapadły mi głęboko w pamięci.Dziś wiem, że nie były one ani miłe ani pochlebiające.Serce wpadło w panikę i chciało jak najszybciej oddalić się z tego miejsca.Po dłuższej chwili doszedłem do siebie.Co się właściwie stało? To działo się tak szybko.Przeczołgałem się przez resztę drogi.Usiadłem, oparłem plecy o drzewo i nadszedł moment zwątpienia w cały ten mizerny plan.Pomyślałem: Kierowca miał rację nazywając mnie idiotą i bezmózgiem.Tak mogła się skończyć moja żałosna wyprawa.Po co mi to było ? Chciałem coś sobie udowodnić? Właśnie to zrobiłem mało brakowało a przez swoje ego byłbym kaleką.Wracam. I nigdy więcej.

Dałem sobię jeszcze chwilę.Nie chciałem ruszać w takim stanie.Wiatr był przekonany, że łatwo poszło, wykonał zadanie na piątke z plusem i może wracać do bazy.W pełni się z nim zgadzałem.Dziękowałem instynktowi za to co zrobił.Myślałem co by było gdyby... Ale zaraz, zaraz chyba o to właśnie chodziło prawda? Miało być niebezpiecznie, trochę szalenie i przede wszystkim bez nudy.Ale aż tak? Tak tak aż tak.Niech się coś dzieje! Oby więcej takich zdarzeń.Nie boję się! A ty LOSIE możesz zastawiać swoje pułapki ja i tak dojdę.Wziołem głęboki wdech, chwiciłem za plecak i ponownie ruszyłem.Byłem bardzo zmotywowany gdyż nad czubkiem mojej głowy czarne chumry zaczeły pocierać się o siebie wywołując dodatkową porcję strachu.Wokół mnie pełno drzew.Wystarczy, że... no właśnie.Do budki juz nie daleko (mam nadzieję)...

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania