Dwa światy

Rozdział VIII

Fabryka

No dobrze pora ruszać zanim... a jednak okazał się szybszy.Wieczór wykorzystał ten moment gdy przeniosłem się na inny, własny świat.Wygonił jasność dnia i stanowczo oznajmił, że teraz on tu rządzi.W mgnieniu oka zrobiło się ciemno jakby zgasił światło w pokoju.Ta chwila nieuwagi będzie mnie drogo kosztować.Przede mną jeszcze kilometry marszu a słońce raczej nie zrobi wyjątku dla mnie aby pokazać się jeszcze raz.Tylko teraz którędny pójść? Którą drogę wybrać? Puszcza czy asfalt? Co proponujecie? Las? Staję się coraz mroczniejszy, głuchy i odpychający.O nie nie namówicie mnie na gaj o tej porze, odpada.Może i mniej kroków do przebycia ale nie chcę znów czuć się jak bezbronna sarenka pośród stada wygłodniałych wilków.Idziemy okrężną, dłuższą drogą.Jeden z ostatnich łyków wody, głęboki wdech (oby nie jeden z ostatnich) i ruszamy.

Pusto tu.Ciemno tu i cicho również.Brak słupów z lampami, ludzi prowadzących auta i zwierząt wybiegających na jezdnię.Dziwnie tu.Wyciągnę telefon może choć trochę oświetli mi drogę.Dziwne.Nie ma tu zasięgu, baterii została resztka życia a przecież zaczynając wyprawę była pełna energii.No nic chowam go idę dalej.Nagle widzę jakieś światło daleko przed sobą.O jak dobrze w końcu jakiś słup oświetlający drogę.Kilka metrów dalej zza drogi wyłania się budynek.Kolejne stopy i - przecierając oczy w niedowierzaniu - spotrzegłem ogrodzenie fabryki.Co ? To niemożliwe przecież jeszcze kilka godzin temu stała w zupełnie innym miejscu.Co tu się wyrabia? - pomyślałem będząc zagubionym jak dziecko we mgle.Myślicie, że histeryzuję? Dodajcie akcje z telefonem do ówczesnej pory dnia która sama przecież wywołuje skojarzenia z mrocznych filmów i jeszcze pomnóżcie to wszystko z miejscem objętym tabu którego wsześniej tu nie było.Co wam wszyło? Co najmniej dziwne prawda? I co ja mam teraz robić? Nie zawrócę bo nie ma dokąd.Zaraz, zaraz przecież to tylko stara buda czego ja się boję.

Stoję w świetle lampy przed wejściem do zamkniętego zakładu.Nic się nie dzieje, nabrali mnie jak ostatniego osła a ja się dałem w to wkręcić.Pewnie mają teraz ze mnie nezły ubaw - pomyślałem.Ale coś mnie tchenło żeby zawrócić, wejść tam, zobaczyć co takiego kryje się w tym dziwnym miejscu.Z czystej ciekawości.Zanim wskoczyłem na siatkę owiniętą drutem kolczastym wydrapałem patykiem w ziemi napis: TERAZ WIEM, ŻE ŹLE ZROBIŁEM WŁAŻĄC DO ŚRODKA.ŻAŁUJĘ TEGO.TYLKO NIE PRÓBUJ MNIE RATOWAĆ!!! JUŻ ZA PÓŹNO.Tak na wszelki wypadek.Rzucam plecak za siatkę, wdrapuję się po ogrodzeniu, stawiam stopę w najwyższym punkcie jakim mogłem ją postawić i z całych sił odpycham się nią tak mocno, że przefrunąłem nad drutem kolczastym zdzierając sobie przy tym tylko całą nogawkę od spodni (tylko całą nogawkę? Tak tylko.Lepiej poharatać spodnie niż nogę prawda?).Więc lecę jak sroka po błyskotkę, robię przewrót i jestem na nogach.Podchodzę do wejścia.Nieufnie sprawdzam czy otwarte.Staram się lekko i bezszelestnie otworzyć ciężkie, grube stalowe drzwi.Udaje się.Wchodzę do środka powoli, unosząc wysoko stopę.Ciemność, nic nie widzę.Macam zimną ścianę szukając włącznika światła na wysokości mojej czupryny.O o coś jest.Wciskam.Zapaliła się jedna świetlówka na końcu wielkiej - z pozoru mniejszej - hali.Chciałem rozejrzeć się, bliżej poznać to owiane złą sławą miejsce.Niestety mimo świetlówki która dysząc ostatkami sił próbowała choć przez chwilę oświetlić inne miejsce w budynku nie udało mi się ujrzeć nic więcej prócz masy starych, kartonowych pudeł porozrzucanych pod świetlówką.Idę w stronę światła co krok wpadając w puste, rozmiękłe kartony.Wszystkie puste, dziwnie pachące jakbym znał już ten zapach.Po kilku dłuższych susach jestem w najlepiej widocznym miejscu.Stanąłem tuż pod lampą.O krok przede mną stały wilgotne pudełka były dziwacznie ustawione w kształt piramidy.Wszystkie szczelnie obklejone taśmą.Pudło na szczycie piramidy przewyższało mnie o dwie głowy.Było jakieś inne od wszystkich.Wpatrując się w kartonową piramidę jakby zahipnotyzowany postawiłem stopę na najniższym pudle i zacząłem się wspinać ku górze.Naprawde nie wiem jak to biżej opisać.Poprostu ,,coś" kazało mi to zrobić.Już chwyciłem je, już łapałem w dłonie kiedy w jednej chwili straciłem równowagę i z głośnym hukiem runąłem na lodowaty, szorstki beton.Lampa zaczęła mrugać jak oszalała.O tam jest to upadło! Schylam się aby je otworzyć gdy nagle słyszę skrzypiące drzwi które ktoś otwiera!!!!! Odkopuję karton daleko w róg.Dziwne jakby był pusty, prawie nic nie ważył.Czuję testosteron w żyłach który dał rozkaz wszystkim mięśniom aby byli gotowi na wszystko.Zanim ten ktoś przetrze swe oczy na dobre robię ogromne dwa skoki w bok i chowam się za kolejną staranie ułożoną piramidą.O matko to jakiś wariat! Ma szary na wpół rozerwany płaszcz do ziemi, na głowie o trzy rozmiary za duży kapelusz który skutecznie zasłania jego twarz i musi nosić wielkie buciory z blachą doklejoną do podeszwy gdyż jego dwa pierwsze kroki do tej pory dzwonią mi w uszach.Tyle udało mi się dojrzeć.Świetlówka wydała swe ostatnie mrugnięcie i zgasła na dobre!! Już po mnie -pomyślałem.Tajemniczy nieznajomy włączył latarkę i rozpoczął marsz w moją stronę.Oświetlał całą halę.Stukot z jego traperów powodował ciarki na moim ciele.Szedł powoli nie śpieszył się.Wiedział, że to będzie bułka z masłem.Nic nie mogłem zrobić.Pogodziłem się z tym.I jeszcze ten cholerny napis który wydrapałem przed wejściem uświadamiał mnie, że sam się o to prosiłem.Czułęm jak się zbliża.Chciałem wyjść z nędznego ukrycia i kazać mu żeby zrobił to szybko.Był już tylko kilka kroków ode mnie.Zatkałem uszy, zamknąłem oczy i czekałem na to co miało się stać.Jednak! Zatrzymał się przy świetlówce, latarkę chwycił mocno zębami i wyciągnął swe długie łapska w górę.Bez trudu dosięgną do lampy i rozpoczął naprawę.Jak to nie zauważył mnie?? Pomyślałem, że to moja jedyna szansa.Poczułem jak zagotowana krew w żyłach potwierdziła mą tezę.Wybiegam! Ile sił w nogach do wyjścia! On usłyszawszy jak biegnę natychmiast zaprzestał pracy przy świetle i skierował swą latarkę w moją stronę.Stukot blachy z jego glanów poinformował mnie, że ruszył do pościgu.Achh cholerne drzwi nie chcą się otworzyć! Zamknął je? Prubóję jeszcze raz.Tym razem robię rozbieg i kopię z całą mocą.Udało się jestem uratowany.Zamykam wejście i wskakuję na siatkę.Jedną nogą jestem już po drugiej stronie.Ale zaraz jeszcze plecak zapomniałem! Leży tam.Zeskakuję łapię go i przerzucam na drugą stronę.Ponownie wspinam się.Drzwi otwiera gruba, masywna brudna łapa! To on, rusza w moją stronę! Wystarczy przełożyć nogę i skoczyć.Unoszę ją.Złapał mnie za czubek buta! Nie mając siły odkopać jego wielkiej łapy po prostu pozwoliłem aby go zsunął z mojej stopy.Skaczę, odwracam się, i nagle STOP! Nie goni za mną. Patrzę prosto na niego.Spytałem : - Co ty odstawiasz? - Jesteś pier........? Nawet nie drgnął.Stał w bezruchu spoglądając tylko zza swego kapelusza. – Ale mnie wystraszyłeś! Zawału mogłem dostać! On - ta sama reakcja.Chyba rzeczywiście coś z nim nie tak - pomyślałem.Odchodząc zobaczyłem, że po drugiej stronie fabryki jest otwarta furtka wejściowa którą można dowolnie używać.Załamany otarłem tylko pot z czoła i wykrzyczałem w niebiosa –Dlaczego!!! Porwałęm spodnie, nie mam jednego buta a tam z tyłu była furtka przez którą mogłem wejść i wyjść? Jeszcze raz spojrzałem na nieznajomego.Cały czas stoi w bezruchu, patrzy przed siebie lecz nie dostrzegam jego twarzy i nic nie mówi.

Muszę jak najszybciej znaleźć budkę uspokoić się przemyśleć to co się stało.Na tą chwilę nie jestem w stanie ułożyć zgrabnego zdania.Odchodząc wciąż co drugi krok spoglądam na niego.Ile jeszcze tak wytrzyma? Kim on jest? Co było w tych pudłach? Z kąd znam ten zapach? Dlaczego nic nie mówi? Ile jeszcze do budki? Tak wiele pytań, tak mało odpowiedzi...

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania