Dym i aparatura
W śpiączce.
Końcowe działania grupy retro inspekcyjnej.
To było dawno. 1997. Stan wojenny.
Dobry czas dla małoambitnych, pijaków, filozofów, artystów, wariatów, odmieńców.
Luty.
Pakowałaś walizę: kabanosy, wodę, kilka par białych bawełnianych majtek.
Takie czasy.
Dezerterowałaś.
Byłaś piękna.
Ja za młody.
W orbicie amerykańskich marzeń zastałaś syf.
Zero kasy.
Zapierdol na patelni u Włocha.
Lata osiemdziesiąte. Dziewięćdziesiąte.
Punk.
Bezrobocie.
Kanada.
To samo.
Dupa ci pękła tak samo jak, pęka bańka mydlana.
Wszawe marzenia o dobrobycie.
Gówno z tego zostało.
A ja zostałem w Warszawie.
Z petem w ustach.
Kurteczka. Raczej cienka.
Odbarwione spodnie własnej roboty.
Plułem na chodnik.
Myśmy pluli na chodnik.
Tak było.
Kurwa.
Moje i twoje marzenia zmiażdżone przez fabryczne syreny
ogłaszające początek każdej z trzech szycht.
Zapierdol od rana do wieczora.
Czemu nikt nam o tym nie powiedział?
Tylko wtłaczał w ten system kija i marchewy,
jak kolor twoich włosów.
Niewolnictwo.
Może byśmy się pozabijali zamiast marzyć o tym całym śmietniku.
Ja wiedziałem.
Powiedział mi dziadek Moniki.
— Chodź, Miłosz, zapalimy sobie.
Nie biorę lekarstw.
Dym.
To wszystko jest do dupy.
Kiedyś zrozumiesz.
Dym.
Tylko nic nie mów Monice, bo zaraz poleci do matki,
i będę miał z nimi urwanie głowy.
Dym.
Żyć trzeba tyle, ile trzeba.
Ani dnia więcej.
Ani dnia mniej.
Aparatura to aparatura.
Nic więcej.
Dziadek zgasił peta.
Ja też.
Na chodniku.
Przed klatką.
Bez zbędnych ceregieli.
Podobała mi się ta aparatura.
Zapamiętałem.
— Widzę po tobie, że już rozumiesz.
To źle.
Za wcześnie.
— Wie pan, zabijam czas.
Kupuję różne niepotrzebne rzeczy.
Gadżety.
Całkiem dobry sposób na życie.
— Wciągniesz w to Monikę?
— Tak.
Ma dostęp do towaru.
Umie liczyć.
A baby same rozdrapują gacie, rajstopy, staniki, perfumy.
Za wiele nie musimy robić.
— To dobrze.
To całkiem dobry sposób na życie.
I tak.
I nie.
Ale to robimy.
Dzień rozpoczynam od kawy
i pieśni o podrzynaniu gardeł.
Porządnie rozkładam ten mój dywanik z rytuałów.
Komentarze (2)
Bora, sztos.
Bora. szwindel. Kto nie chce pracować, to niech nie je.
Darmozjadów żerujących na pracy innych nie brakuje
Unia ma to Unia da , ten tak myśli, co nie wie co się dzieje
Nie tylko hieny i szakale żywią się tym co inny nie zje.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania