Dym z papierosa (wspomnienie z czasów młodości)

1.

To było w maju 1982 roku. Miałem niecałe 17 lat i dużo czasu spędzałem ze starszym o rok kolegą, który miał na imię Jurek. Jurek powtarzał drugą klasę, oficjalnie palił papierosy, a ponadto wyjątkowo lubił piwo. Regularnie o 6.00 rano ustawiał się w kolejce przed sklepem spożywczym. A później wracał z kilkoma butelkami piwa w szmacianej torbie. Potem pakował książki i zeszyty i wolnym krokiem wybierał się do szkoły. Kiedy nie było piwa w Warszawie, był gotów pojechać do jakiegoś obskurnego sklepu w Markach, Zielonce, a nawet Radzyminie.

Miał 18 lat, już w kwietniu 1982 odebrał dowód osobisty, z czego był niezwykle dumny. Pokazywał wszystkim swój dowód osobisty i dodawał, że teraz już czas, żeby się „wreszcie chajtnąć”.

Nasi koledzy nabijali się z Jurasa, tak go nazywano, Jurasa, który zazwyczaj opowiadał o tym, że wczoraj wypił tyle i tyle butelek piwa, nawymyślał zomowcom, krzyknął „ Zima wasza, wiosna nasza” i jakimiś opłotkami i podwórkami zdołał uciec na chatę…A oni tracili trop i kręcili się jak „ psy pozbawione węchu”.

Juras lubił piłkę nożną, znał różne kibicowskie wierszyki i przyśpiewki…. Ale to nie wszystko, to tylko powierzchnia, pod którą można był jeszcze coś znaleźć. Otóż Juras uwielbiał historię, a jego rodzina miała korzenie szlacheckie i wywodziła się z Kresów Wschodnich. To była drobna szlachta. Opowiadał mi, że jego dziadek miał tam na wschodzie gospodarstwo rolne, chatę krytą strzechą i pięć krów. Dziadek, który przed i podczas I wojny światowej był felczerem w armii rosyjskiej, w zawierusze wojennej, a później rewolucyjnej znalazł się w Petersburgu, który wkrótce stał się Piotrogrodem, a następnie Leningradem. Jego dziadek widział tam Lenina, Trockiego, Karola Radka i innych. Z Rosji przywiózł typowe przyzwyczajenie: w ogródku, za domem, uprawiał machorkę. Wieczorem, po robocie, siadał na progu swojej dużej chaty (a może małego dworku?) i kurzył sobie grubego skręta.

Któregoś dnia, a było to po 17 września 1939 dziadek siedział po robocie na progu chaty, starał się zrozumieć, co się dzieje na wojnie, na frontach, czy są jeszcze jakieś fronty?

W pewnym momencie na jego podwórku pojawiły się trzy mizerne indywidua z karabinami (nie wiem, czy naprawdę były to karabiny na sznurkach? Ale chyba nie…?)

To byli żołnierze „niezwyciężonej” armii Stalina. Żołnierze pozdrowili dziadka, oparli wielkie karabiny o ścianę stodoły i usiedli obok dziadka. Dziadek po upływie ponad 20 lat znów mógł sobie pogadać po rosyjsku. Poczęstował owych biednych gości skrętami…

Przez chwilę wszyscy czterej milczeli, a później najstarszy stopniem sołdat odezwał się do dziadka kolegi: „ sluszaj, starik, ty wstąpisz do kołchozu, i będzie tobie charaszo, krowę dostaniesz…Będzie dobrze, bardzo dobrze…”

„Ale ja już mam krowy, pięć krów”- po krótkim milczeniu odpowiedział dziadek kolegi. Później chyba rozmowa już się nie kleiła. Ruscy wypalili jeszcze kilka skrętów, wzięli na drogę trochę słoniny i poszli dalej- ku swojemu losowi…

II

--- Kowal, który nazywał się Piec---

Z Jurasem włóczyłem się w piątki po południu, łaziliśmy po różnych zakątkach aż do późnych godzin wieczornych. Właśnie nadeszła wiosna. Po kilku chłodnych dniach na Wielkanoc 1982 (to były chyba początek kwietnia?), zrobiło się ciepło i słonecznie.

Mój kolega miał prawdziwy dar opowiadania. Któregoś dnia po Wielkanocy 1982 Jurek zaprosił mnie na spacer po osiedlu, a właściwie całej dzielnicy. Zapytał mnie, czy kupię miód z pasieki jego wujka, który od 1945 roku mieszkał gdzieś w okolicach Łomży, tam prowadził gospodarstwo rolne i sprzedawał świetny miód spadziowy.

Wieś, w której mieszkał stryj Jurka znajdowała się bardzo blisko granicy z dzisiejszą Białorusią (wtedy był to ZSRR), ale ich gniazdo rodzinne było jeszcze 100 kilometrów dalej na wschód.

W tym miejscu muszę dodać, że my 17 -letni „ dorośli faceci” staraliśmy się za wszelką cenę szpanować, dlatego paliliśmy jakieś duszące fajki, które w kioskach sprzedawano bez kartek. Raz były to jakieś albańskie siekiery; chyba nazywały się Dures lub Shkoder, innym razem kupione za bony towarowe „Marlborasy” i Dunhille. Ale te fajki były dla nas za drogie. Moi rodzice nawet nie przypuszczali, że zaczynam coraz więcej palić. Przed powrotem do domu kupowałem w budce jarzynowej mdłą oranżadę produkowaną przez jakichś prywaciarzy z okolic Warszawy, do tego gumę do żucia Donald, a dla rodziców naboje do naszego syfonu i wracałem do domu.

Pamiętam, że siedzieliśmy na schodkach budki transformatorowej, piliśmy jakieś kwaśne piwo z okolicznego sklepu spożywczego. Na wszelki wypadek kryliśmy się za gęstą kępą pokrzyw i łopianów. „ Psy tędy nie jeżdżą,”- powiedział Juras, „ale trzeba uważać”- głośno pomyślał mój kolega.

„ Moja kuzynka, która mieszka w robotniczej dzielnicy Londynu, opowiadała mi, że tam też policjanci mają pałki, a jak ktoś jest biedny, to myślą, że nie będzie się bronił” – kontynuował Jurek.

Później rozmawialiśmy o innych sprawach. W pewnym momencie, nie wiem kiedy, Jurek zaczął zupełnie inną opowieść.

„ Ojciec mi opowiadał, że kiedyś w nasze strony miał przyjechać premier Sławoj- Składkowski. Pucowali cały powiat, sadzili kwiaty, a wszystkie urzędasy wysilały mózgi, żeby wymyślić jakieś mądre slogany. Ale na dzień przed przyjazdem premiera, na potańcówce doszło do wielkiej bitwy z endekami. Był w naszej wsi kowal, prawdziwy olbrzym, który nazywał się Piec (chyba Michał Piec?). No więc, jak ci endecy rzucili się na ludowców, to ten Piec, wyrwał skądś wielką belką i wymachiwał nią, wymachiwał… A tamci rzucili się na Pieca, ale ten kosił belką kolejne szeregi napastników. Endecy się zmyli, a policja zamknęła tylko kowala Pieca. Dziesięciu policjantów i pięciu żołnierzy trzeba było do powalenia i związania tego siłacza… No i go posadzili. Ale cała wieś wstawiła się za nim do przodownika czy komisarza (?). Na drugi dzień przyjechał Sławoj. Za Piecem wszyscy mieszkańcy stanęli murem, opowiedzieli premierowi, co tu się wydarzyło A ten po chwili odpowiedział, że jeżeli rzeczywiście tak było, jak kowal Piec i mieszkańcy opowiadają, to nie ma się czego bać. Kowal za kilka dni wyjdzie na wolność i sprawa się skończy”

Do dzisiaj pamiętam tę prostą historyjkę i myślę o kowalu Piecu, który walczył z dwudziestoma lub trzydziestoma endekami… Jak było naprawdę? Tego już nikt nie wie…

Później zmieniliśmy temat rozmowy. Kolega opowiedział mi, ile cierpliwości trzeba mieć, jeśli łowi się krąpie… Podobno krąpie są bardzo sprytne i potrafią bawić się kosztem wędkarzy… Tego też nigdy nie sprawdziłem.

„ Wtedy, jak się tak spokojnie siedzi nad stawem, to się wypala masę papierosów”- powiedział Jurek.

III

W połowie trzeciej klasy Jurek zniknął. Podobno wyprowadził się z rodzicami gdzieś poza Warszawę. W lutym 1983 nasza wychowawczyni krótko i rzeczowo wyjaśniła, że Jurka skreślono z listy uczniów naszej klasy, a wraz z nim jeszcze dwie dziewczyny i jednego kolegę, Krzyśka.

Niektórzy opowiadali różne anegdotki o Jurku, ale ja miałem wtedy wrażenie, że w ogóle go nie znali…

Już go nigdy nie spotkałem. Później znalazłem jego nazwisko na FB. Ale to imię i nazwisko nosi jeszcze 15 innych facetów w jego wieku…

IV

----Gołąb ze złamanym skrzydłem----

W marcu 1983 samotnie paliłem papierosa za salą gimnastyczną naszej szkoły. Koledzy poszli już do domu, ale ja czekałem na trudną rozmowę z wychowawczynią…

W pewnym momencie usłyszałem klakson samochodu i pisk opon. Biały Polonez jechał prosto na małego Fiata. W ostatniej chwili zjechał na pobocze ulicy. Maluch pojechał dalej, ale Polonez uderzył z całym impetem w jakiś przedmiot o kształcie trójkąta. Bardzo szybko zrozumiałem, co się wydarzyło- w szybę Poloneza uderzył szary gołąb, który nie zdążył poderwać się do lotu. Padł na chodnik i rozpaczliwie uderzał zdrowym skrzydłem o ziemię Złamane skrzydło wisiało jakoś tak bezwładnie. Kierowca poloneza otworzył okienko z przodu, wysiadł na chwilę, wytarł szybę i odjechał.

Ranny gołąb przez cały czas próbował oderwać się od ziemi. Po chwili zamarł w bezruchu.

Zrobiło się cicho, ciemno i ponuro. Zaczął siąpić przedwiosenny deszcz. Usłyszałem dźwięk dzwonka i z duszą na ramieniu ruszyłem w kierunku pokoju nauczycielskiego…

--------------------------------------------------------------------------------------------------------

Osobista refleksja:

W naszej pamięci zachowujemy proste sprawy, które po latach nabierają zupełnie innego, symbolicznego znaczenia. Pamiętam, że jako młody człowiek (i później) lubiłem outsiderów, ludzi nieprzystosowanych do tzw. normalnego życia, których uważano za pozbawionych ambicji lub jakiegoś celu w życiu...Nierzadko skrycie lub otwarcie ich wyśmiewano; po bliższym poznaniu okazywało się, że wielu z nich miało bogatą osobowość, wyobraźnię- byli to ludzie wrażliwi, znali wiele opowieści i historii rodzinnych, które opowiadali w niezwykle barwny sposób; tacy byli kiedyś ludzie z Polski Wschodniej, z których wielu miałem okazję poznać pod koniec XX wieku. Może dlatego tak bardzo lubiłem wędrować po Podlasiu, wyruszać z okolic Łomży i Białegostoku, docierać gdzieś w okolice Sejn, Puńska, Szypliszek, a nawet dalej- aż do dawnych Prus Wschodnich. To, co tak bardzo kojarzy mi się ze starszym pokoleniem żyjącym w tamtych stronach, to umiejętność opowiadania, wręcz radość snucia barwnych opowieści o czasach tak odległych; Ten fragment to zaledwie strzęp czasu minionego uratowany przed zapomnieniem... Może stereotypowy lub banalny? Tego nie wykluczam, ale banał jest częścią naszego życia... Za jego fasadą można jednak poszukać czegoś znacznie ważniejszego, jakiejś prawdy o nas samych...(?)

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Moews godzinę temu

    Nasze wspomnienia, przeżycia z czasów dzieciństwa są tym, co później nosimy w sobie; niezmiennie nosimy te obrazy, słowa, rozczarowania i wielkie upokorzenia, ale też złudzenia.. Po latach zostają stare albumy odziedziczone po przodkach, jakieś strzępy starych gazet...Wydarzenia przerwane w niespodziewanym punkcie. Co pewien czas zadajemy sobie pytanie, który dzień w naszym długim życiu był najpiękniejszy? Idealizujemy przeszłość, zadajemy sobie jeszcze wiele pytań, żeby wreszcie dostrzec, że samotnie dryfujemy w pustce... Kiedyś po wielu latach nieobecności odwiedziłem pewne miejsce, w którym przeżyłem chwile trudne, ale też piękne i niepozbawione złudnej nadziei... "Ale tu cicho...W miejscach opuszczonych przed wieloma laty, kiedy powracamy tam, panuje dziwne milczenie, wita nas podniosłe milczenie... Dlaczego nazywasz to milczenie panujące na ulicach, placach, w parku i na podwórkach domów podniosłym? Przecież słyszysz odgłosy przejeżdżających samochodów, jakieś słowa wypowiadane przez mijających cię przechodniów... To w tobie panuje ta cisza jakby bezgraniczną przestrzeń wypełniająca... Teraz tylko ty w myślach odtwarzasz rozmowy dawno minione, a rozmówcy mówią jakimiś głosami nieswoimi... Wchodzisz do cukierni tak często kiedyś odwiedzanej, ale od pewnego czasu podupadającej... Masz wrażenie, że właścicielka mogła ciebie poznać...Starsza pani lekko się uśmiecha, podaje ci butelkę taniej oranżady... Jaka ta mikstura jest mdła, zupełnie pozbawiona smaku... Dlaczego tak bardzo nam smakowała? "Za miesiąc będzie ostatnia dostawa z ich wytwórni, już zbankrutowali- mówi właścicielka cukierni. Czy coś powiedziałeś? Chyba nie...? Ja też niedługo wyjeżdżam do córki do Ameryki- mówi na zakończenie. Wsiadasz do tramwaju. Odjeżdżamy za pięć minut. Wracasz w to miejsce po upływie kolejnych 15 lat; zamknięta cukierenka prawda zapadła się w ziemię, obok wyrósł pawilon handlowy, a w nim jakiś bar egzotyczny... Nikogo tu już nie znasz i nikt ciebie nie rozpoznaje... W tramwaju jakiś młody człowiek chce ci ustąpić miejsca... Jesteś mocno zaskoczony... Przecież nie jesteś aż tak stary...(?) Na Facebooku szukasz jakichś znajomych z przeszłości, ktoś tam jest odrobinę podobny do siebie sprzed lat... Ale jaka ona /jaki on teraz jest? Co chcesz im powiedzieć? Co można w ogóle komuś powiedzieć, komuś, kogo nie widziało się tyle lat? A może nikomu już nic nie potrafisz powiedzieć? Prowadzisz rozmowy, używasz ciekawych słów, czasami posługujesz się jakimiś cytatami... Rozmówcy robią to samo... Ktoś co kilka minut zapewnia, że bardzo lubi i zawsze lubił kolegów, których zna od ponad 40 lat... Ale to tylko gesty mechanicznie powtarzane... Chyba nie potrafimy sobie już nic powiedzieć? Ale czy w młodości byliśmy chociaż odrobinę lepsi? Nie byliśmy... Moje komentarze zapisane po latach chyba są ważniejsze od dni, które przeżyłem...

  • Moews godzinę temu

    Korekta: zamknięta cukierenka prawie zapadła się w ziemię...

  • Moews godzinę temu

    Czas to zabójca zimny i obojętny, ale też lekarz cierpień z przeszłości... A może dobra terapia musi być chociaż trochę bolesna...? A tak przy okazji: w młodości nigdy nie szukałem znajomych uważanych za pilnych, ułożonych chłopców, których lubiły panie nauczycielki... Fascynowali mnie outsiderze zmagający się z masą problemów, zawsze brnący po jakichś bezdrożach, często na niebezpiecznych zakrętach... Chociaż ja sam byłem raczej introwertykiem z trudem nawiązującym kontakty z kimkolwiek... Miałem wrażenie, że ciągnie mnie do ludzi z problemami, których inni raczej unikali... Może tak musiało być?

  • Moews godzinę temu

    Teraz znacznie lepiej rozumiem bajki Rabinranatha Tagorego; jeśli coś uważam za ważne, to przede wszystkim świadomość własnej niedoskonałości... Pamiętam cytat z profesora Tadeusza Kotarbińskiego, który napisał, że kultura jest tym, co nam pozostanie, kiedy z naszych głów wyparują wiadomości szkolne i wiedza zdobyta podczas studiów... Ulice są puste, w kawiarniach panuje grobowa cisza, ale nasze pytanie "jak żyć?" nigdy nie brzmiało głośniej, chociaż słyszymy je tylko w myślach, tylko w myślach i nigdzie więcej...

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania