Dywanik

Zdążyłem się przyzwyczaić, że moje dziecko jest inteligentne i zadaje mnóstwo pytań każdego dnia. Początkowo byłem zadowolony z jego dociekliwości i chęci poznawania wielu dziedzin nauki, kultury, sztuki, łącznie z dyscyplinami sportu. Moje wykształcenie i wiedza zdobyta kilka lat temu okazały się niewystarczające i zawiodły. Musiałem prawie za każdym razem czerpać informacje z Internetu by udzielać prawidłowej i pełnej informacji. Jednak nie zawsze było to możliwe, ponieważ brakowało mi często czasu na grzebanie w sieci. Właśnie dla takich rodziców jak ja stworzono w komercyjnej rozgłośni radiowej pogotowie rodzicielskie i po przedzwonieniu można tam uzyskać odpowiedź na pytanie, które zadało dziecko, gdy samemu się nie wie.

Znacznie rozwinąłem domowy system informatyczny po zakupieniu dziecku z jego pieniędzy zebranych z okazji pierwszej komunii, nowoczesnych nośników z super szybkim dostępem do Internetu. Rozwiązanie wydawało mi się początkowo idealne, w końcu miałem spokój z zadawaniem masy pytań i udawaniem, że się na tym znam. Jednak z czasem zaczęło brakować mi naszych rozmów, przy jednoczesnym zdobywaniu dla siebie wiedzy, ponieważ zawsze coś w tym moim łbie pozostało. Dzięki temu niejednokrotnie mogłem zabłysnąć w towarzystwie znajomością rzeczy, o których pozostali jedynie mgliście słyszeli.

W moim przypadku mylne jest stwierdzenie, w którym mówi się potocznie, że kij ma dwa końce i wszelkie problemy podciąga się pod ten wzorzec. Osobiście doświadczyłem przynajmniej kilku ze stron, z jakich się nie spodziewałem. Wydarzenie zapoczątkował telefon, jaki odebrałem na hali. Hałas panował jak zwykle straszny i udało mi się jedynie ustalić, że dzwoni ktoś ze szkoły syna. Niestety nie byłem pewny, czy moja wizyta dzisiejszego dnia jest konieczna, lub może poczekać spokojnie do ukończenia przez niego podstawówki. Nie chciałem bagatelizować problemu z obawy, że teraz na rodziców dzieci kapują. Dlatego nie mogę powiesić kluczy od domu na szyi dziecka, jak moi rodzice zrobili ze mną od pierwszej klasy podstawowej, ponieważ natychmiast miałbym sprawy sądowe wytoczone przez wrażliwe urzędy troszczące się o dobro skrzywdzonego dziecka.

Najszybciej jak mogłem zwolniłem się z pracy i zameldowałem w gabinecie dyrektora szkoły. Zanim do niego trafiłem pokrążyłem trochę po mieście, ponieważ przez reformę edukacji, polegającej na likwidacji gimnazjum, wywalili jedną dyrekcję i na czele dwóch oddalonych od siebie przez kilka ulic budynków postawili jednego szefa. Zwykłemu zjadaczowi chleba, który nie jest na bieżąco ze zmianami administracyjnymi, ciężko jest zgadnąć gdzie jest wyznaczone miejsce na biurko i fotel szefa.

- Dzień dobry – powiedziałem zaraz po wejściu do gabinetu, wcześniej sprytnie odstawiając na bok sekretarkę, zasłaniającą własnym ciałem wejście do gabinetu dyrektora.

Spowodowałem spore zaskoczenie swoim niespodziewanym pojawieniem się przed obliczem najwyższego. Widocznie z tego powodu trudno mu było ustalić, kto i po co mnie wzywał. Dopiero po dwudziestu minutach, w czasie, których była długa przerwa i konsultacje w pokoju nauczycielskim oraz na korytarzach szkolnych usłyszałem odpowiedz.

- To ksiądz katecheta pana wzywał, a w jakiej sprawie to nie wiem.

- Jak to pan nie wie, jest pan tu dyrektorem i nie wie, co robi jego pracownik? – zapytałem zaskoczony.

- Katecheci nie są pracownikami szkoły – odpowiedział.

- Biorą spory szmal ze szkoły za prowadzenie lekcji religii i przyłażą z ulicy. To każdy może tak wejść? – dokończyłem pytaniem.

- Katechetów wyznacza kuria – krótko stwierdził i nic więcej nie chciał dodać, choć go pytałem.

Bardzo niezadowolony z obsługi interesanta wyszedłem z gabinetu dyrektora i udałem się spory kawałek drogi do budynku, w którym uczył się syn. Zatarg z kapłanem na początku jego drogi życiowej nie wróżył nic dobrego. Może chłopaka zapamiętać i później po latach za udzielenia ślubu zgarnie od niego dwa razy więcej niż od innych, albo za chrzest, czy nie daj Boże pogrzeb, jak amen w pacierzu skasuje przynajmniej trzysta procent ekstra. Nawet, jeżeli nie będzie pamiętał to umieści w kartotekach parafialnych, a tam nikt postronny wglądu nie ma i nie można złożyć reklamacji o nieuczciwym wpisie.

Jakaś z tym moim synem musiała być grubsza afera, ponieważ mistrzu ubrany na czarno stał i czekał z moim pierworodnym na parterze niedaleko wejścia do szkoły.

- Co się stało? – zapytałem wystraszony, pomijając zwyczajową formę pozdrowień duchownych, przy podchodzeniu do oczekujących.

- Wychował pan syna nie tylko na ateistę, lecz na poganina – powiedział kapłan obrażonym tonem.

- Mów jak na spowiedzi? – takimi słowami zwróciłem się do syna.

- Początkowo poszło o stworzenie człowieka i teorię ewolucji. Księdzu bardzo się nie spodobało, jak powiedziałem, że obie są do bani, ponieważ początki człowieka na ziemi sięgają znacznie dalej niż te niespełna sześć tysięcy lat przed naszą erą. Natomiast pochodzenie człowieka od małpy jest lipnie udokumentowane i to w większości przez oszustwa uczonych dokonanych na szkieletach, chcących zaistnieć w świecie naukowym.

Akurat tego nie musiał mi tłumaczyć sam słyszałem, jak ksiądz w programie naukowym na pytanie.

- Jak to możliwe, że Kain po zabiciu Abla udał się do miasta pełnego ludzi?

- Miasto zamieszkiwali ludzie, których nazywamy przedadamus – odpowiedział kapłan.

Potrafiłem udokumentować, że rację ma syn, ponieważ w ubiegłym roku na wypoczynek wyjechaliśmy cała rodzinką na Kretę z grupą znajomych. Tam spędzaliśmy miło i przyjemnie czas racząc się piwkiem. Jednak po kilku wypitych czteropakach pęcherz robi się pełny i kolega wyskoczył w krzaczki za potrzebą. Nikogo nie trzeba przekonywać do naszej narodowej niechęci płacenia za toaletę szczególnie, gdy jesteśmy na wypoczynku, wiadomo przecież, że każdy grosz jest wtedy potrzebny na ważniejsze wydatki. Trzeba przyznać szczerze, że tam jest czysto nie tak jak wzdłuż naszego wybrzeża i od razu widać, co na ziemi leży. Dzięki swojej spostrzegawczości wyrobionej z potrzeby patrzenia pod nogi, żeby w coś nie wdepnąć, odnalazł odciski stóp. Swoim znaleziskiem zaraz się pochwalił, jak lżejszy o kilogram powrócił do gromady. Gremialnie postanowiliśmy ulżyć sobie i sprawdzić prawdomówność kompana. Mieliśmy okazję wystarczająco i dobrze się przypatrzeć odkryciu, ponieważ pozbycie się nadmiaru płynu wymaga sporo czasu. Ktoś rzucił pytaniem.

- Ciekawe, kiedy nasi tu byli?

Przystąpiliśmy do ustalania wieku odcisku stóp zaczynając od najprostszej metody, czyli szukania butelki po winie marki wino. Niestety ktoś zagrabił szkło, albo oddał do skupu, wiec datowanie musiało się odbyć metodą naukową. Wiek odkrycia zaskoczył nas, ponieważ odcisk stóp pochodzi z przed blisko sześciu milionów lat. Oczywiście nikt nam na wyspie i całym świecie nam nie uwierzył. Chcąc podważyć odkrycie Polaków zjechali się uczeni z całej Ziemi i po wnikliwych badaniach przeżyli szok, ponieważ tym odkryciem udowodniliśmy, jako naród, że kolebką człowieka nie jest Afryka tylko Polska skoro tylko nasi nie płacą za kibel i łażą w krzaki.

Natychmiast ośmieleni naszym przykładem naukowcy z Australii i Nowej Zelandii wyszli ze swojej zaściankowości i ogłosili, że odkryli pierwsze ślady życia na lądzie w rejonie Pilbara w Australii. Swoje znalezisko datowali na ponad trzy miliardy lat, udowodnili w ten sposób, że Ziemia ożyła zaraz po swoim ukształtowaniu.

- Dalej – ponagliłem syna.

- Kiedy nie uzyskałem nawet kiepskiej odpowiedzi przy omawianym temacie, zadałem pytanie – Jakie jeszcze wyrafinowane urządzenia, oprócz arki przymierza podprowadził Mojżesz Egipcjanom, ponieważ w pogoń za złodziejami wysłano spore ilości wojska. Niestety nie udało im się nawet zbliżyć do uciekinierów, z przekazów wiemy, że zostali przez rozstępujące się morze pokonani. Zrabowane skarby zostały dobrze ukryte, skoro do ich odszukania wysłano z tajną misją templariuszy, więc dlaczego tylko z posiadania całunu turyńskiego kościół się chwali, a co z resztą?

Syn skończył mówić ponawiając wcześniejsze pytanie i mnie ten temat zainteresował, skoro chciałem pogłębić swoją wiedzę. Obaj spojrzeliśmy na księdza w oczekiwaniu odpowiedzi, on jednak na nie i na żadne inne zadawane na lekcjach religii przez dzieci w czasie katechezy nie miał zwyczaju odpowiadać. Domyślił się, że nie mam najmniejszej ochoty karcić dziecka, tylko wzorem pociechy zadawać pytania, więc odwrócił się od nas plecami i obrażony odszedł.

- Wychodzi na to, że powinieneś na lekcjach w szkole tylko przytakiwać i nie zadawać pytań – powiedziałem zniesmaczony, gdy jak mi się wydawało zostaliśmy sami.

Wtedy podszedł do syna wiekowy woźny szkolny ubrany w granatowy fartuch z beretem na głowie zakończonym, antenką i powiedział.

- Jeśli wierzysz w to, co mówią ci teraz w szkole, to gdy osiągniesz mój wiek, staniesz się naprawdę zacofany.

Odchodząc zrobił zaledwie kilka kroków, zatrzymał się, odwrócił na pięcie i dodał.

- Dzisiaj mieszkamy w nawiedzonym domu, wśród reliktów i ruin przeszłości, nie tylko fizycznie, ale i umysłowo, schwytani w przestarzałe formy myślenia.

- Ciekawego macie w tej szkole woźnego – powiedziałem jak zniknął za winklem.

- Tato ja go nie znam, pierwszy raz go widziałem.

- Natomiast ja i owszem, ponieważ to, co do ciebie mówił przeczytałem w ciekawej książce.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • Podoba mi się ciekawe podejście do tematu. W czasach kiedy nie tylko książki, ale i cała praktycznie wiedza ludzkości, jest dostępna za jednym kliknięciem komputera, nauczyciele, nie mówiąc już o religii, która ma bardzo rygorystycznie nakreślone ramy, nie nadążają często za uczniami, zwłaszcza tymi którym sie chce poszukać samemu odpowiedzi.
    Opowiadanie napisane lekko, z zabarwieniem humorystycznym, fajnie się czytało.
  • refluks 02.02.2018
    Wątek o odkryciach pierwszorzędny.
  • Pasja 02.02.2018
    I dlatego powinno się jak najdłużej być dzieckiem. Rodzice zaś powinni odpowiadać na pytania zawsze, nawet jak nie znają odpowiedzi.
    A reasumując najbardziej światły z całego towarzystwa był woźny z tamtego wieku.
    Odkrycie na Krecie to clou tej opowiastki.
    Świetne. :))

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania