Poprzednie częściDziadek i ja
Pokaż listęUkryj listę

Dziadek w ogóle nic nie mówi

Kiedyś to była gaduła, klituś-bajduś, gawędziarz, pleciuga. A teraz. Dzisiaj. Dziadek w ogóle nic nie mówi. Nie do pojęcia??!!

Nic.

Nic.

Cisza.

Cisza.

Grobowa cisza, chociaż był w takiej kondycji fizycznej, formie somatycznej, że na cmentarz na pewno się jeszcze nie wybierał. To była nasza rodzinna oczywistość, jak to, że zimą pada śnieg, a latem dojrzewają wiśnie ogrodzie pamiętającym Króla Wolnej Rzeczypospolitej. Ale ja, odkąd skończyłem osiemnaście lat, zacząłem patrzeć na jego milczenie inaczej. Nie jak na pustkę, ale jak na… pełnię. Jakby jego głowa była salą koncertową, w której nieustannie grała muzyka, dla nas ludzi mających mniejsze doświadczenie życiowe od niego niesłyszalna. Jego życiowa przygoda choć miał ich wiele, jak to mama nazywała, była tajemnicą poliszynela.

Tajemnicą.

A miał ich wiele.

Cała wieś wiedziała, że wrócił pewnego dnia z pól inny. Świecił w nocy, tak mówili ci, co go widzieli idącego miedzą tuż przed świtem. Nie, nie jak żarówka. Nie jak świetlówka. Subtelniej. Jakby jego skóra na ułamek sekundy stała się przezroczysta, ukazując pod spodem konstelacje gwiazd. Bzdura, mówił tata. Zmęczenie, gra świateł.

Brednie jakieś ??!!

Brednie...

Ale potem zaczęła się ta jego cicha pomoc.

Pomoc.

Sąsiadka, pani Helena, miała umierający sad. Stare jabłonie, robactwo zajebiste, grzyb kurwa... jakiś kurwa syf straszny. Dziadek w milczeniu przeszedł przez jej podwórko, dotknął pnia jednej, potem drugiej. Nic nie powiedział. Pani Helena przysięga, że poczuła wtedy zapach ozonu i przez sekundę widziała, jak z jego palców wypływają cienkie, srebrne nici, wnikające w korę. Dwa tygodnie później sad eksplodował zielenią, a jabłka były wielkie jak pięści i słodkie jak miód. Wszyscy we wsi o tym mówili, ale gdy tylko ktoś z zewnątrz pytał, zapadała głucha cisza.

Cisza.

Cisza.

Cisza.

Pani Helena odwracała wzrok i mruczała coś o nawozach sobie, kto by ją słuchał. Czemu? Nie wiem. To było silniejsze od nich. Jakiś zbiorowy, instynktowny odruch ochronny. Instynkt przetrwania bez zagrożenia? Wiedzieli, że to, co robi dziadek, jest dobre, ale nie pochodzi z ich świata. To nie jest z tego świata. I bali się, że mówiąc o tym głośno, to zepsują. Jakby sama opowieść mogła spłoszyć magię. Dziennikarze przyjechali z Warszawy, potem z Berlina, Moskwy i Tokio. Rosjanie byli bardzo mili - zostawili mi drewniane zabawki dużo fajniejsze od tego plastikowego gówna z supermarketów.

Bardzo mili!

Super!

Japończyków w ogóle nie rozumiałem. Kręcili, pytali, nagrywali. Mieli taki sprzęt audio jakiego nigdzie nie widziałem - technologia też kosmiczna chyba jakaś to była :D Dziadek siedział na ławce przed domem, patrzył w niebo i milczał.

Niebo.

Gwiazdy.

Cisza.

Spokój.

Materiały dziennikarskie, reportaże, które powstały, były dziwnie puste. Na żadnym nagraniu nie było słychać nic ciekawego poza szumem wiatru. Nic nie kleiło się. Kamery gasły w kluczowych momentach. Reportaż w ogólnopolskiej telewizji przepadł w ramówce, zastąpiony powtórką serialu. Książka, którą napisał jeden z reporterów, leżała stosami w magazynach. Nikt jej nie chciał. Jedna z moich ulubionych, ale nie wiem czemu nikt jej do kurwy nędzy nie kupował? Sam ją kupiłem pierwszego dnia, kiedy się pojawiła w księgarni. Rozleciała się na kawałki po przeczytaniu trzech razy - tyle robiłem notatek kreśliłem i z nią spałem. Była pełna teorii o technologiach i historiach kosmicznych niczym z halucynacji po dobrych narkotykach kokainie, marihuanie, haszyszu.

Prawda!

Każdy, kto choć raz widział, jak dziadek pomaga ludziom, wiedział, że to wszystko musi być prawda.

Prawda!

Najbardziej tajemniczymi gośćmi byli jednak ci smutni panowie z Warszawy co odwiedzili kiedyś dziadka. Przyjechali czarnym samochodem z dziwną rejestracją - nigdy takiej nie widziałem. Byli wysocy, sztywni, jakby połknęli kije od szczotki, albo style od łopaty. Wiał wtedy silny wiatr i pod ich idealnie skrojonymi kurtkami zobaczyłem kabury. Nie z pistoletami. Z czymś, co wyglądało jak narzędzia chirurgiczne połączone z przenośnymi komputerami. Siedzieli z dziadkiem w stodole kilka godzin. Nie podniesionym głosem, ale czułem, że to była negocjacja. Gdy wychodzili, jeden z nich miał na policzku łzę. Prawdziwą, słoną łzę. Wsiedli do auta i odjechali. Nigdy nie wrócili.

Nigdy.

Zacząłem wtedy rozumieć, że milczenie dziadka to nie trauma. To wybór. A może nawet… obowiązek. Moja teoria, wysnuta z lat obserwacji i analizy każdego jego gestu, jest taka: Dziadek nie został porwany. On został zaproszony. Nie na statek kosmiczny, ale w miejsce, gdzie czas i myśl są jednością. To inna czasoprzestrzeń - my tego jeszcze nie zrozumiemy co tam się stało. Przestrzeń gdzie informacja nie jest przekazywana za pomocą fal świetlnych, dźwięków, ale za pomocą czystej intencji. Ci, którzy go zabrali, nie chcieli go skrzywdzić. Chcieli coś sprawdzić. Może szukali tłumacza. Kogoś, kto mógłby zrozumieć ich język, który nie zna słów.

Słów.

A dziadek? On wrócił, ale część jego umysłu tam została. Został podłączony do jakiejś kosmicznej sieci, do ogromnej biblioteki wiedzy, wszechświatowego internetu. I ta wiedza jest tak potężna, tak niebezpieczna, że nie można jej wypowiedzieć głośno. Nie można jej pokazać, a gdyby pokazać to nikt nie będzie w stanie zobaczyć. Ludzki język jest zbyt prymitywny, zbyt niedoskonały, zbyt ubogi. Każde słowo zniekształciłoby prawdę, zmieniło ją w broń. Dlatego milczy.

Milczy.

Cisza.

Nadal cisza.

Nieustanna.

Jego pomoc nie jest magią. To zaawansowana technologia, którą obsługuje siłą woli, cicho, skupiając się na intencji. Naprawia uszkodzony genotyp jabłoni, gruszy, śliwy, wspomaga procesy regeneracji u chorych ludzi, wszystkie narządy ludzkiego ciała, kieruje mikroskopijne maszyny, które wnikają w glebę i ją uzdrawiają. Robi to w tajemnicy, bo nasza cywilizacja nie jest gotowa na taką wszechpotężną wiedzę. Smutni panowie to zrozumieli. Może zobaczyli w jego oczach cząstkę tej prawdy i ich małe rozumki ledwo to wytrzymały.

Małe.

Rozumki.

Sąsiedzi, rodzina, znajomi – oni czują to podświadomie. Czują, że dziadek jest jak otwarte okno na coś niepojętego. I instynktownie bronią tego okna, otaczając go murem milczenia. Mur.

Dookoła.

Mur.

Oni wiedzą, że jeśli zbyt wielu ludzi zajrzy przez to okno, to coś może wlecieć do środka. Albo, co gorsza, ono się zamknie. To dlatego jestem grzeczny. Nie dla nagrody w postaci opowieści o statkach kosmicznych. Ale po to, by udowodnić mu, że jestem gotowy. Że rozumiem ciężar milczenia. Że nie chcę, by mi opowiedział, ale by mnie nauczył słuchać w ten nowy, cichy sposób.

Jestem

Gotowy.

Wczoraj wieczorem siedziałem z nim na ganku. On siedział kiedyś na nim z pra pra dziadkiem. Patrzyliśmy w gwiazdy. Gwiazdozbiory. Planety. międzynarodową Stację kosmiczną, która tez tam gdzieś była.

Milczeliśmy.

Milczenie.

Nasze złoto.

I wtedy to poczułem. Nie słowo, nie obraz. Ciepło. Falę spokoju i zrozumienia, która nie pochodziła ode mnie. Spojrzałem na niego. Kącik jego ust uniósł się w ledwo widocznym uśmiechu. I w tej jednej, doskonałej sekundzie zrozumiałem wszystko, co było do zrozumienia. Nie potrzebował mówić. Rozumieliśmy się bez słów.

Zrozumienie.

A gdy wracałem do domu, zobaczyłem go, jak patrzył w niebo i układał z kamyków na ziemi skomplikowany wzór. Na pierwszy rzut oka przypominał gwiazdozbiór. Kolejny gwiazdozbiór. Ale to było coś nowego? Coś co nauka dopiero odkryje. Nie wiem, czy to mapa, list, czy zaproszenie. Ale wiem, że on czeka. Tak jak ja.

Czeka.

Czekamy.

W końcu dowód na to, że oni istnieją, mamy niekwestionowany. Mam nadzieję, że doczekam czasów, kiedy znowu przylecą. A może, gdy będę gotowy, zabiorą mnie ze sobą. I wtedy, po raz pierwszy od lat, dziadek naprawdę się odezwie. Otworzy si jak za dawnych dobrych czasów. Tylko że zrobi to w miejscu na dalekiej planecie terra incognita, gdzie słowa są zbędne. Jeszcze wrócą piękne dni.

 

<en>

 

Grandpa doesn’t say a thing at all.

 

Once he was a real chatterbox, a windbag, a storyteller, a blabbermouth. And now. Today. Grandpa doesn’t say a thing at all. Unbelievable??!!

 

Nothing.

Nothing.

Silence.

Silence.

 

Grave silence, even though he was in such physical condition, such bodily form, that he definitely wasn’t heading for the cemetery anytime soon. That was our family certainty, like the fact that it snows in winter and cherries ripen in the orchard that remembers the King of the Free Commonwealth. But I, ever since I turned eighteen, started looking at his silence differently. Not as emptiness, but as… fullness. As if his head were a concert hall in which music played constantly, inaudible to us people with less life experience than him. His life adventure, though he had many of them, as Mum used to call it, was an open secret.

 

A secret.

And he had many of them.

 

The whole village knew that one day he came back from the fields different. He glowed at night, so said those who saw him walking along the boundary strip just before dawn. No, not like a lightbulb. Not like a fluorescent tube. More subtly. As if for a fraction of a second his skin became transparent, revealing constellations of stars underneath. Nonsense, Dad would say. Fatigue, a play of lights.

 

Some kind of rubbish??!!

Rubbish…

 

But then that quiet help of his began.

Help.

 

The neighbour, Mrs Helena, had a dying orchard. Old apple trees, damn pests, some goddamn fungus… some terrible goddamn mess. Grandpa walked silently through her yard, touched the trunk of one, then another. He said nothing. Mrs Helena swears that she then smelled ozone and for a second saw thin silver threads flowing from his fingers and sinking into the bark. Two weeks later the orchard exploded with greenery, and the apples were as big as fists and sweet as honey. Everyone in the village talked about it, but whenever someone from outside asked, a dead silence fell.

 

Silence.

Silence.

Silence.

 

Mrs Helena would look away and mutter something about fertilisers, as if anyone would listen to her. Why? I don’t know. It was stronger than them. Some collective, instinctive protective reflex. An instinct of survival without a threat? They knew that what Grandpa was doing was good, but it didn’t come from their world. It is not of this world. And they were afraid that by talking about it out loud they would spoil it. As if the very story could scare the magic away. Journalists came from Warsaw, then from Berlin, Moscow and Tokyo. The Russians were very nice – they left me wooden toys much cooler than that plastic crap from the supermarkets.

 

Very nice!

Super!

 

The Japanese I didn’t understand at all. They circled around, asked questions, recorded. They had audio equipment like nothing I’d ever seen – the technology was probably some kind of space-age stuff too :D Grandpa sat on the bench in front of the house, looked at the sky and stayed silent.

 

The sky.

The stars.

Silence.

Peace.

 

The journalistic materials, the reports that were produced, were strangely empty. On none of the recordings could you hear anything interesting except the rustle of the wind. Nothing held together. Cameras died at key moments. A report on national television disappeared from the schedule, replaced by a re-run of a series. The book written by one of the reporters lay in stacks in warehouses. Nobody wanted it. One of my favourites, but I don’t know why the hell nobody was buying it? I bought it myself on the first day it appeared in the bookshop. It fell to pieces after I read it three times – that’s how many notes I made, how much I scribbled, and I slept with it. It was full of theories about technologies and cosmic stories like hallucinations after good drugs – cocaine, marijuana, hashish.

 

The truth!

Everyone who had ever seen Grandpa helping people knew that all of it had to be true.

The truth!

 

The most mysterious guests, however, were those sad gentlemen from Warsaw who once visited Grandpa. They arrived in a black car with a strange registration plate – I’d never seen one like it. They were tall, stiff, as if they’d swallowed broom handles or shovel shafts. A strong wind was blowing and under their perfectly tailored jackets I saw holsters. Not with pistols. With something that looked like surgical tools combined with portable computers. They sat with Grandpa in the barn for several hours. Not raising their voices, but I felt it was a negotiation. When they left, one of them had a tear on his cheek. A real, salty tear. They got into the car and drove away. They never came back.

 

Never.

 

That was when I started to understand that Grandpa’s silence is not trauma. It is a choice. Or maybe even… a duty. My theory, formed from years of observation and analysis of every one of his gestures, is this: Grandpa was not abducted. He was invited. Not onto a spaceship, but to a place where time and thought are one. A different space-time – we still won’t understand what happened there. A space where information is not transmitted by light waves or sounds, but by pure intention. Those who took him did not want to harm him. They wanted to check something. Maybe they were looking for a translator. Someone who could understand their language, which knows no words.

 

Words.

 

And Grandpa? He came back, but part of his mind stayed there. He remained connected to some cosmic network, to a vast library of knowledge, a universal internet. And that knowledge is so powerful, so dangerous, that it cannot be spoken aloud. It cannot be shown, and even if it were shown, no one would be able to see it. Human language is too primitive, too imperfect, too poor. Every word would distort the truth, turn it into a weapon. That is why he stays silent.

 

He stays silent.

Silence.

Still silence.

Unceasing.

 

His help is not magic. It is advanced technology that he operates by force of will, quietly, focusing on intention. He repairs the damaged genotype of apple trees, pear trees, plum trees, supports regeneration processes in sick people, all the organs of the human body, directs microscopic machines that penetrate the soil and heal it. He does it in secret because our civilisation is not ready for such omnipotent knowledge. The sad gentlemen understood that. Maybe they saw a fragment of that truth in his eyes and their little minds could barely stand it.

 

Little.

Minds.

 

The neighbours, the family, acquaintances – they sense it subconsciously. They feel that Grandpa is like an open window onto something incomprehensible. And they instinctively protect that window, surrounding him with a wall of silence. A wall.

All around.

A wall.

 

They know that if too many people look through that window, something might fly inside. Or, worse, it might close. That is why I am well-behaved. Not for a reward in the form of stories about spaceships. But to prove to him that I am ready. That I understand the weight of silence. That I don’t want him to tell me, but to teach me to listen in this new, quiet way.

 

I am

Ready.

 

Yesterday evening I sat with him on the porch. He used to sit on it with his great-great-grandfather. We looked at the stars. The constellations. The planets. The International Space Station, which was also somewhere up there.

 

We were silent.

Silence.

Our gold.

 

And then I felt it. Not a word, not an image. Warmth. A wave of peace and understanding that did not come from me. I looked at him. The corner of his mouth lifted in a barely visible smile. And in that one perfect second I understood everything that was there to be understood. He didn’t need to speak. We understood each other without words.

 

Understanding.

 

And when I was going back home I saw him looking at the sky and arranging a complicated pattern with pebbles on the ground. At first glance it resembled a constellation. Another constellation. But was it something new? Something that science will only discover later. I don’t know whether it’s a map, a letter, or an invitation. But I know that he is waiting. Just like me.

 

He is waiting.

We are waiting.

 

In the end we have unquestionable proof that they exist. I hope I live to see the times when they come again. And maybe, when I am ready, they will take me with them. And then, for the first time in years, Grandpa will really speak. He will open up like in the good old days. Only he will do it in a place on a distant planet, terra incognita, where words are unnecessary. The beautiful days will return yet.

 

<ru>

 

Дедушка вообще ничего не говорит.

 

Когда-то он был настоящим болтуном, трепачом, рассказчиком, пустомелей. А теперь. Сегодня. Дедушка вообще ничего не говорит. Непостижимо??!!

 

Ничего.

Ничего.

Тишина.

Тишина.

 

Могильная тишина, хотя он был в такой физической форме, в таком соматическом состоянии, что на кладбище он ещё точно не собирался. Это была наша семейная очевидность, как то, что зимой падает снег, а летом созревают вишни в саду, помнящем Короля Вольной Речи Посполитой. Но я, с тех пор как мне исполнилось восемнадцать, стал смотреть на его молчание иначе. Не как на пустоту, а как на… полноту. Словно его голова была концертным залом, в котором непрерывно играла музыка, неслышимая для нас, людей с меньшим жизненным опытом, чем у него. Его жизненное приключение, хотя у него их было много, как называла это мама, было тайной полишинеля.

 

Тайной.

А их у него было много.

 

Вся деревня знала, что однажды он вернулся с полей другим. Он светился ночью, так говорили те, кто видел его идущим по меже перед самым рассветом. Нет, не как лампочка. Не как лампа дневного света. Тоньше. Словно на долю секунды его кожа становилась прозрачной, открывая под собой созвездия звёзд. Ерунда, говорил папа. Усталость, игра света.

 

Какая-то чушь??!!

Чушь...

 

А потом началась эта его тихая помощь.

Помощь.

 

Соседка, пани Хелена, имела умирающий сад. Старые яблони, жуткая тля, грибок, блядь... какой-то блядский ужасный сиф. Дедушка молча прошёл через её двор, коснулся ствола одной, потом другой. Ничего не сказал. Пани Хелена клянётся, что тогда почувствовала запах озона и на секунду увидела, как из его пальцев вытекают тонкие серебряные нити, проникающие в кору. Через две недели сад взорвался зеленью, а яблоки были величиной с кулак и сладкие как мёд. Все в деревне об этом говорили, но стоило кому-то со стороны спросить — воцарялась глухая тишина.

 

Тишина.

Тишина.

Тишина.

 

Пани Хелена отводила взгляд и бормотала что-то про удобрения, будто кто-то бы её слушал. Почему? Не знаю. Это было сильнее их. Какой-то коллективный, инстинктивный защитный рефлекс. Инстинкт выживания без угрозы? Они знали, что то, что делает дедушка, — хорошо, но это не из их мира. Это не из этого мира. И они боялись, что, говоря об этом вслух, испортят. Словно сам рассказ мог спугнуть магию. Журналисты приезжали из Варшавы, потом из Берлина, Москвы и Токио. Русские были очень милыми — оставили мне деревянные игрушки куда круче того пластикового дерьма из супермаркетов.

 

Очень милые!

Супер!

 

Японцев я вообще не понимал. Крутились, спрашивали, записывали. У них была такая аудиотехника, какой я нигде не видел — технология тоже, наверное, какая-то космическая была :D Дедушка сидел на скамейке перед домом, смотрел в небо и молчал.

 

Небо.

Звёзды.

Тишина.

Спокойствие.

 

Журналистские материалы, репортажи, которые появились, были странно пустыми. Ни на одной записи не было слышно ничего интересного, кроме шума ветра. Ничего не складывалось. Камеры гасли в ключевые моменты. Репортаж на общепольском телевидении исчез из сетки вещания, его заменили повтором сериала. Книга, которую написал один из репортёров, лежала стопками на складах. Никто её не хотел. Одна из моих любимых, но не знаю, почему её, блядь, никто не покупал? Я сам купил её в первый же день, когда она появилась в книжном. Она развалилась на куски после трёх прочтений — столько я делал заметок, исписывал и спал с ней. Она была полна теорий о технологиях и космических историях, словно галлюцинации после хороших наркотиков — кокаина, марихуаны, гашиша.

 

Правда!

Каждый, кто хотя бы раз видел, как дедушка помогает людям, знал, что всё это должно быть правдой.

Правда!

 

Самыми загадочными гостями были, однако, те грустные господа из Варшавы, которые когда-то навестили дедушку. Они приехали на чёрной машине со странным номером — такого я никогда не видел. Они были высокими, жёсткими, словно проглотили черенки от щёток или лопат. Дул сильный ветер, и под их идеально скроенными куртками я увидел кобуры. Не с пистолетами. С чем-то, что выглядело как хирургические инструменты, соединённые с портативными компьютерами. Они сидели с дедушкой в сарае несколько часов. Не повышая голоса, но я чувствовал, что это были переговоры. Когда они выходили, у одного на щеке была слеза. Настоящая, солёная слеза. Они сели в машину и уехали. Никогда не вернулись.

 

Никогда.

 

Тогда я начал понимать, что молчание дедушки — это не травма. Это выбор. А может даже… обязанность. Моя теория, выведенная из лет наблюдений и анализа каждого его жеста, такова: Дедушку не похитили. Его пригласили. Не на космический корабль, а в место, где время и мысль — едины. Это другое пространство-время — мы ещё не поймём, что там произошло. Пространство, где информация передаётся не световыми волнами, не звуками, а чистым намерением. Те, кто его забрал, не хотели ему навредить. Они хотели что-то проверить. Может, искали переводчика. Кого-то, кто мог бы понять их язык, который не знает слов.

 

Слов.

 

А дедушка? Он вернулся, но часть его разума осталась там. Он остался подключённым к какой-то космической сети, к огромной библиотеке знаний, вселенскому интернету. И это знание настолько мощное, настолько опасное, что его нельзя произнести вслух. Нельзя показать, а если бы и показать — никто не сможет увидеть. Человеческий язык слишком примитивен, слишком несовершенен, слишком беден. Каждое слово исказило бы истину, превратило бы её в оружие. Поэтому он молчит.

 

Молчит.

Тишина.

Всё ещё тишина.

Непрекращающаяся.

 

Его помощь — не магия. Это передовая технология, которой он управляет силой воли, тихо, сосредоточившись на намерении. Он чинит повреждённый генотип яблонь, груш, слив, поддерживает процессы регенерации у больных людей, все органы человеческого тела, направляет микроскопические машины, которые проникают в почву и исцеляют её. Он делает это тайно, потому что наша цивилизация не готова к такому всемогущему знанию. Грустные господа это поняли. Может, они увидели в его глазах частицу этой истины, и их маленькие умишки едва это выдержали.

 

Маленькие.

Умишки.

 

Соседи, семья, знакомые — они чувствуют это подсознательно. Чувствуют, что дедушка — как открытое окно во что-то непостижимое. И инстинктивно защищают это окно, окружая его стеной молчания. Стеной.

Вокруг.

Стеной.

 

Они знают, что если слишком много людей заглянет в это окно, что-то может влететь внутрь. Или, что хуже, оно закроется. Вот почему я веду себя хорошо. Не ради награды в виде рассказов о космических кораблях. А чтобы доказать ему, что я готов. Что понимаю тяжесть молчания. Что не хочу, чтобы он мне рассказал, а чтобы научил меня слушать этим новым, тихим способом.

 

Я

Готов.

 

Вчера вечером я сидел с ним на крыльце. Когда-то он сидел на нём с прапрадедушкой. Мы смотрели на звёзды. Созвездия. Планеты. Международную космическую станцию, которая тоже где-то там была.

 

Мы молчали.

Молчание.

Наше золото.

 

И тогда я это почувствовал. Не слово, не образ. Тепло. Волну спокойствия и понимания, которая шла не от меня. Я посмотрел на него. Уголок его рта приподнялся в едва заметной улыбке. И в эту одну совершенную секунду я понял всё, что было нужно понять. Ему не нужно было говорить. Мы понимали друг друга без слов.

 

Понимание.

 

А когда я возвращался домой, увидел, как он смотрит в небо и выкладывает из камешков на земле сложный узор. На первый взгляд он напоминал созвездие. Ещё одно созвездие. Но это было что-то новое? Что-то, что наука только откроет. Не знаю, карта ли это, письмо или приглашение. Но я знаю, что он ждёт. Так же, как и я.

 

Ждёт.

Ждём.

 

В конце концов у нас есть неоспоримое доказательство того, что они существуют. Я надеюсь дожить до времён, когда они снова прилетят. А может, когда я буду готов, заберут меня с собой. И тогда, впервые за долгие годы, дедушка по-настоящему заговорит. Откроется, как в старые добрые времена. Только сделает это в месте на далёкой планете, terra incognita, где слова не нужны. Ещё вернутся прекрасные дни.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania