Dziecięce zabawy, marzenia (lub śmierć czarnego pudla)

Pamiętam, że wakacje skończyły się pod koniec sierpnia 1977, przyszła ciepła i słoneczna jesień. Dni były piękne, a deszcz prawie w ogóle nie padał. Na początku roku szkolnego poznałem dwóch nowych kolegów. Jeden z nich został na drugi rok w szóstej klasie, a drugi przeprowadził się do naszej dzielnicy z Powiśla. Tuż przy parku, który wtedy nazywano Bulwarem Stanisława Augusta, zbudowano dwa olbrzymie 11-piętrowe bloki, każdy miał pięć klatek schodowych. Te bloki wyglądały jak dwie harmonijki –pierwszy zwijał się ( a może raczej rozwijał się trochę jak wąż) w kierunku parku, a drugi, ten zasiedlony w kwietniu 1976, rozwijał się w stronę naszych bloków, pochodzących jeszcze z połowy lat 60.

Ten park miał jednak wiele dzikich, tajemniczych zakątków; jeden z tych zakątków to boisko nazywane do dzisiaj Grunwaldem, a dalej zaczynały się dzikie pola, tak dzikie jak te na Zadnieprzu, pełne łopianów, pokrzyw i wysokich traw. Nie każdy znał ukryte ścieżki, którymi można było dojść lub dojechać na rowerze na niewielki pagórek, gdzie jesienią lub wczesną wiosną moi rówieśnicy palili ogniska lub testowali proste pociski wypełnione saletrą potasową i strzelającymi korkami.

My również paliliśmy ogniska na Grunwaldzie, a nawet każdego dnia udoskonalaliśmy nasze umiejętności pirotechniczne. W pobliskim sklepie chemicznym kupowaliśmy butelkę rozpuszczalnika benzynowego, a do tego dwie torebki saletry potasowej. Cukier każdy z nas przynosił z domu. A były to czasy, kiedy już od roku obowiązywały kartki na cukier…

Ale to nic, każdy z nas bohatersko rezygnował z herbaty z cukrem, dyskretnie podbieraliśmy cukier z domu i wysypywaliśmy go do celofanowych torebek. Każdy nastolatek żyjący w tamtych czasach wiedział, że po dodaniu cukru w odpowiedniej proporcji do saletry potasowej można było uzyskać niezwykle łatwopalną miksturę.

Po zmieszaniu cukru i saletry należało rzucić zapaloną zapałkę na górkę białego proszku, a wtedy ta mieszanina zaczynała płonąć, sycząc przy tym i wydzielając gryzący, żółtawy dym. Później na chodniku lub asfalcie jak wypalone piętno pozostawał czarno-brązowy ślad; ten ślad był widoczny przez pewien czas, aż wreszcie zmywały go jesienne deszcze i zimowe roztopy.

W naszych zabawach rozbestwiliśmy się w sposób wręcz niewiarygodny. Któregoś dnia wypełniliśmy saletrą potasową , korkami strzelającymi plastikowy kadłub modelu samolotu Comet, który ojciec jednego z naszych kolegów złożył jeszcze we wczesnych latach 60., później jednak po remoncie mieszkania postanowił model ten wyrzucić na śmietnik, ale ostatecznie oddał go chłopakom z podwórka…

Ten model samolotu napełniony aż po brzegi „ materiałami wybuchowymi”, do których dodaliśmy jeszcze 1 nabój do syfonu, a przy okazji oblaliśmy go rozpuszczalnikiem, postanowiliśmy podpalić, a następnie zrzucić z dachu na jedenastym piętrze najwyższego i najbardziej ekskluzywnego bloku z mieszkaniami własnościowymi, jaki zbudowano w naszej dzielnicy w połowie lat 70.

Dwaj koledzy pojechali windą na dach, a ja zostałem na dole, stanąłem na czatach i uważnie patrzyłem, czy nie nadchodzi dozorca tego bloku, który był znany jako wielki choleryk, wręcz brutal…

Na podwórku było cicho i pusto, to październikowe popołudnie było wyjątkowo słoneczne i pogodne. Dałem kolegom znak, przez chwilę widziałem jasną czuprynę jednego z nich, a po chwili nastąpiło coś naprawdę strasznego…

Nasz nieszczęsny model samolotu Comet najpierw eksplodował, przez chwilę widziałem, że ogarnia go pomarańczowy płomień, a następnie wydając z siebie jakieś przedziwne grzmoty, wznosił się coraz to wyżej i wyżej, co najmniej kilka metrów ponad dach tego budynku…

Model samolotu był już bardzo wysoko na błękitnym, październikowym niebie, ponownie wybuchł i rozpadł się na dziesiątki barwnych fajerwerków, które po chwili runęły do pobliskiego jeziorka. To był wielki pokaz ogni sztucznych, jaki daliśmy mieszkańcom pobliskich domów…

Później pomyślałem sobie, że trochę mi szkoda tego samolotu Comet- był taki dziwny, trochę toporny, a teraz było już za późno…Wysoko wzleciał, eksplodował i rozpadł się na tyle części, że nie dało się ich odnaleźć i ponownie skleić…. A ja w tym czasie właśnie przestałem budować modele samolotów i pojazdów wojskowych, ale nadal zbierałem znaczki pocztowe.

Przystanek dalej był sklep filatelistyczny, dokąd zaglądałem pod koniec tygodnia. To tam kupowałem kolorowe znaczki pocztowe z Kuby, Mongolii, Rumunii, Korei Północnej. Teraz gdy zaglądam do mojego starego klasera, znajduję prawdziwe perełki- dwa znaczki pocztowe z Rwandy, które ktoś mi dał jeszcze na początku lat 70., z listów, które przychodziły od rodziny z Ameryki, odklejałem znaczki z Jerzym Waszyngtonem, Lincolnem i Dwightem Eisenhowerem. Byłem tak dumny z tej kolekcji znaczków pocztowych….Teraz jest to jedna z niewielu pamiątek z dzieciństwa. Przetrwało wiele zdjęć, kilka starych sprzętów domowych i te cudowne znaczki pocztowe… Nigdy ich nie sprzedam!

Ale miałem opowiedzieć o czarnym pudlu sąsiadki jednego z naszych kolegów. To był drugoroczny, wyrośnięty kolega, który teraz powtarzał szóstą klasę. Tak się poznaliśmy. W jego bloku mieszkała pewna samotna starsza pani, której jedynym towarzyszem spacerów był wielki czarny pudel (tak naprawdę był to mieszaniec pudla z jakimś wielkim psem nieznanej rasy). Bardzo żywy, wesoły pies, który szczekał radośnie i skakał, kiedy tylko spotkał nas lub inne osoby z tamtego domu. Pani chętnie opowiadała sąsiadkom, kioskarce i paniom ze sklepu mięsnego o tym swoim wesołym, chociaż trochę niesfornym psiaku. Trochę na niego narzekała, a to że jest zbyt głośny, nie zawsze słucha jej poleceń, a czasami ucieka, ale na szczęście niezbyt daleko…

Kiedy tylko widział nas w parku, zawsze próbował dołączyć do nas, swoich kumpli i bawić się z nami swobodnie na Grunwaldzie…

Jak się wabił? Z wielkim trudem próbuję sobie przypomnieć, ale to beznadziejna sprawa… To imię po latach uciekło z pamięci i nigdy już nie powróci…

Wreszcie minęło wiele dni, a może nawet kilka tygodni…Po wesołej zabawie w parku wracałem sam do domu. Właśnie mijałem drewniany płot placu budowy, gdzie powstawał wielki dom towarowy, może nawet największy w naszej okolicy. Ale budowa ciągnęła się już od dobrych kilku lat….

To był już chyba listopad, początek listopada. Nadal było słonecznie, ale powietrze zrobiło się jakieś takie rześkie, mroźne. Kiedy łapałem głębszy oddech, wydawało się, że zimnym klinem wbija się w płuca…

Już dochodziłem do przystanku tramwajowego, chciałem go minąć, ale zauważyłem tłum ludzi, który stopniowo się rozpraszał. Podjechał kolejny tramwaj, wsiadło kilka osób, tylko dwie osoby zatrzymały się i obserwowały z niewielkiej odległości bieg wydarzeń…

I wreszcie zobaczyłem. Na chodniku tuż przy torach tramwajowych leżał ten nasz miły, wesoły pudel, pokryty błotem, z jego głowy sączyła się krew. W oczach zwierzęcia dostrzegłem nie strach, ale jakąś rezygnację, nie było to jednak gwałtowne cierpienie. Tak mi się wtedy wydawało. Tuż przy rannym psie na chodniku siedział pewien facet w średnim wieku. Obok położył torbę, teraz podtrzymywał głowę rannego zwierzęcia.

„ Wybiegł na jezdnię i tramwaj go potrącił”- powiedział nieznajomy, kiedy mnie zauważył.

Facet coś zrobił, miałem wrażenie, że pies powoli wraca do życia, jego gałki oczne nawet kilka razy szybko się poruszyły. Ten człowiek (może weterynarz?) teraz usiłował podnieść czarnego pudla, spojrzał na mnie i zapytał, czy nie wiem, do kogo należy ten pies?

Odpowiedziałem, że nie jestem pewien, ale chyba do starszej pani z tamtego bloku, w tym momencie jakimś nieokreślonym ruchem pokazałem kierunek: gdzieś tam…

Ranny pies wydawał się powracać do życia…Miałem nadzieję, że pudel sąsiadki jednak przeżyje; jakiś głos mówił do nieznajomego: ” niech pan go uratuje”. A później myślałem sobie z nadzieją: „ chyba się uda, chyba ten facet zdoła uratować czarnego pudla sąsiadki mojego kolegi…

W pewnym momencie facet podniósł nieco wyżej głowę rannego psa, a w oczach zwierzęcia zatlił się jakby ognik radości; nieznajomy spojrzał na mnie i powiedział: „ za chwilę nastąpi koniec”.

I rzeczywiście, przez ciało pudla przeszło jakieś krótkie drżenie, coś w rodzaju konwulsji, później pies spojrzał gdzieś wysoko, w stronę nieba… a potem zamarł w bezruchu. Jego półprzymknięte oczy natychmiast zmatowiały, a lekki wiatr wydawał się swobodnie mierzwić jego czarną, teraz jakby przykurzoną, sierść…

Facet wstał, podniósł torbę, chyba nic nie powiedział, po chwili wsiadł do tramwaju nr 9.

Na przystanek podjeżdżały i odjeżdżały kolejne tramwaje, ludzie wsiadali i wysiadali. Ktoś z przechodniów rzucił obojętne spojrzenie na ciało martwego psa…

Po chwili również i ja poszedłem…w nieokreślonym kierunku… Jednak po kilkunastu minutach powróciłem w to miejsce….Pies leżał nieruchomo, teraz wyglądał jak wielka pluszowa zabawka lub wełniany worek.

Myślę, że ciało psa zostało uprzątnięte tego samego dnia wieczorem. Minęło kilka dni.

Wreszcie po upływie dwóch tygodni spotkałem przed blokiem sąsiadkę kolegi. Rozmawiała z jakąś starszą panią, a ja przechodząc tuż obok usłyszałem zaledwie kilka słów, jakiś strzęp rozmowy: ” gdzieś zaginął, pobiegł i nie wraca, chyba już nigdy go nie znajdę…”

Już chciałem podejść do tej pani i powiedzieć, że wiem, co się stało z jej psem…Ale jakaś przemożna siła powstrzymywała mnie, włączyła we mnie blokadę…

Znów minęło kilka dni. Wtedy już zrozumiałem, że starsza pani poznała prawdę. Byłem jednak w jakiś sposób zadowolony, że nie muszę jej powiadamiać, w jaki sposób zakończyło się życie jej psa…

Epilog:

Po latach starałem się jak najdokładniej zrekonstruować w pamięci tamto wydarzenie, jeszcze raz skonfrontować siebie ponad 50-letniego z dziecięcym doświadczeniem śmierci… Doświadczeniem z czasów, kiedy miałem 12 lat…

--------------------------------------------------------------------------

lipiec-sierpień 2021

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Moews 2 godz. temu
    Moje wspomnienia sprzed wielu lat; wiele faktów starałem się zrekonstruować w pamięci... Z wielkim trudem. Imiona niektórych kolegów, nazwiska sąsiadek, tytuły wielu filmów z tamtych czasów- wszystko utonęło w przepastnym oceanie zapomnienia....

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania