Dzień

Leniwy promień jesiennego słońca przebił się przez zasłony i rozlał czerwoną kałużą w czerń pod powiekami.

Drgnęły i uniosły się, ukazując światu skomplikowane meandry szarości i błękitów mieszających się na tarczach tęczówek. Nie wiemy, czy dostrzegła to mucha, która w tym właśnie momencie wzbiła się z krawędzi białej lampy i opuściła pokój.

Chwila beztroski, w której oczy jeszcze niczego nie widzą, prysnęła bezpowrotnie.

Granica światów.

Oto właśnie umarł świat, lecz zrodził się kolejny — niepowtarzalny, przypisany do tych właśnie, a nie innych powiek.

Przez dwie małe szczeliny wlewa się cały kosmos. Nasz osobisty kosmos. Będzie teraz przez kilkanaście godzin istniał tylko dla nas.

Pierwszą rzeczą, którą zobaczył Tobiasz, była plama słonecznego światła na suficie. Nie dostrzegł jednak muchy.

Ponad faliście ułożonymi zasłonami słońce wlewało się do pokoju, tworząc na bieli obraz chmury, z której promienie wydzierały się na wszystkie strony. Jakby tysiące niewidzialnych rąk rozciągały ją ku sobie i rozrywały tę przepiękną świetlistą tkaninę.

Aureola — pomyślał.

Święty pokój. Dlaczego nie święty spokój?

Myśl rozbawiła go. Przez chwilę wydawało mu się, że są tutaj jednocześnie.

Odruchowo wyciągnął lewą rękę, szukając Zosi. Robił to każdego dnia, żeby jeszcze przez chwilę się do niej przytulić, zanim oboje wstaną.

Jej nieobecność przypomniała mu o wczorajszej kłótni.

Oboje świętych czmychnęło pod łóżko niczym wielki karaluch. Niemal słyszał tupot owadzich nóżek po białoolejowanych deskach podłogi.

Pewnie dlatego wstała, nie budząc mnie — pomyślał.

Dowodziło to, że była zła, i przypomniało mu, że przecież on również jest obrażony.

Zosia poinformowała go dopiero wczoraj wieczorem o wizycie u urologa. Było to dużym zaskoczeniem. Nie należał do osób spontanicznych. Przeważnie wszystko wcześniej planował, a takie wydarzenie, do tego dotyczące następnego dnia, bez trudu wyprowadziło go z równowagi.

Padło kilka zdań, ciężkich jak kamienie, i jak kamień teraz uwierały.

Ale dlaczego? — pomyślał.

W jego głowie rozmowa odbyła się ponownie.

— Nie mogłaś mi wcześniej powiedzieć? — na ile potrafił, wydobył z siebie oburzenie.

— Nie rób problemu. Jesteś kierownikiem, możesz sobie zrobić wolne. Zresztą masz masę nadgodzin, a to potrwa chwilę.

— Ale jutro mieliśmy strugać listwy.

— Chyba strugać idiotę. Myślisz, że cię nie znam? Boisz się i wymyślasz.

— A ty nie możesz się przyznać, że zapomniałaś powiedzieć mi wcześniej?

— Jeśli nawet, to nie zmienia faktu, że to ja się martwię o ciebie. Ty masz to w dupie i jeszcze te pretensje.

Pod koniec tego zdania ton głosu Zosi i kilka mięśni na jej twarzy wyraźnie się zmieniły. Zmiany tego typu kojarzyły mu się z ogonem grzechotnika. Taką też spełniały funkcję.

— Nie mam pretensji o to, że się martwisz, tylko…

Nie potrafił sensownie zakończyć zdania. Uwagę zabrał mu grzechotnik, wpełzł do wnętrza głowy i ostrzegawczo zamachał ogonem.

Pozycja, którą obrał w tej kłótni, była stracona i dobrze o tym wiedział.

To denerwowało go jeszcze bardziej.

— Rób, jak chcesz. Nie będę już się tym interesować, ale pamiętaj: nie będę ci zmieniała pieluch.

Sformułowanie „nie będę ci zmieniała pieluch” nadawało się do obrażenia i nagle pomyślał, że przecież tego chciał. Na to właśnie czekał.

Jak można być takim idiotą? Jak można wytworzyć sobie kolejne zdania, rozmnożyć oczekiwaną, chcianą „krzywdę”?

Rozpisać ją na akty i odegrać we własnej głowie niczym w teatrze.

Żadne inne zdania nie padły. Zrodziły się w jego wyobraźni i to właśnie one były najcięższe do zniesienia.

Zosia nie wytrzymała gwałtu na swojej trosce i zakończyła sprzeczkę.

— Jak sobie chcesz!

Obróciła się plecami zamiast objąć jego plecy jak zawsze i wyszarpnęła nieco większą niż zwykle część kołdry. Zgasiła lampkę i ułożyła się do snu.

„Jak sobie chcesz” było zwrotem wielokrotnie przez niego przepracowanym. Takim zestawem słów, który, kiedy padał, nie pozostawiał złudzeń.

Nic nie da się dopowiedzieć ani zmienić.

To koniec.

Jedyne, co w takiej sytuacji mogło pomóc, to absolutna, bezwzględna kapitulacja — oczywiście wyraźnie oznajmiona i zakończona przeprosinami — albo czas.

Pierwsze z rozwiązań schowało się przed nim w ciemności sypialni. Pozostał zatem czas.

Jest jednak pewien kłopot. W nocy go nie ma. Nie ma go dla nas.

Osiem godzin dzielących ich od wieczornej sprzeczki prysnęło gdzieś w otchłań i kolejną sekundą doświadczenia jest przebudzenie. Jakby wszystko wydarzyło się przed chwilą.

Nie minęły więc godziny pozwalające na nabranie dystansu. Nie pojawiły się okoliczności, w których łatwo jest rozkuć ten lód. Zmieniły się tylko cyferki na wyświetlaczach ich telefonów, a czas dopiero powoli zaczął płynąć.

Jednak tego dnia coś poszło inaczej.

Coś zgubiło się w tej otchłani razem z godzinami, bo Tobiasz widział doskonale swoją głupotę. Nie zamierzał jej ukrywać ani przed sobą, ani przed Zosią. Kapitulacja była oczywistym, jedynym widocznym rozwiązaniem.

Dziwne było jednak to, że wydawało mu się dziwne.

Kolejna myśl była jeszcze dziwniejsza:

To dziwne, że dziwnym wydaje się być to, że nie zachowuję się jak idiota.

Tobiasz był wysokim i chudym mężczyzną. Taka budowa ciała, zwłaszcza po czterdziestce, sprawiała, że kości i stawy, rozleniwione nocą, musiały z powrotem wgnieść się w swoje użyteczne pozycje.

Czuł się cały.

Czasami wykonywał kilka bolesnych rozciągnięć, jakby karząc niepokorną cielesność jeszcze większym cierpieniem za odczuwany ból. Miał w nosie cielesne niedoskonałości i mimo wszystko zamierzał wykorzystać ten worek mięsa i kości do własnych celów.

Nie był ascetą. Raczej skłaniał się ku opinii, że nasze ciało dostosowuje się do tego, czego od niego wymagamy. Pomyślał, że ciało to tylko narzędzie.

Narzędzie.

Myśl natychmiast pobiegła dalej.

Twoje narzędzia w garażu…

Urwał ją.

Nie dbam o ciało. To również głupie. Ciało jest jedynym, co tak naprawdę mam.

Myśl wyraźnie zaakcentowała słowo „jedynym”, aby zaraz potem poddać je w wątpliwość kolejną myślą.

Tego już nie zniósł.

Wstał i rozsunął zwiewne zasłony, uciekając przed sobą w działanie.

Ściany w całym domu były rozebrane nawet z koloru. To właśnie nadawało mu pewnego rodzaju świetlistość. Światło ganiało się radośnie po mieszkaniu, zwinnie odbijając się od wszystkiego i docierając nawet tam, gdzie nie docierał z miotłą, co bywało czasami zawstydzające.

Jednak ta świetlistość śnieżnobiałego mieszkania warta była, jego zdaniem, swojej ubogości i prostoty, a nawet tego zawstydzenia.

Żadna ilość wytwornych bibelotów, kurzących się półek ani mebli przechowujących głównie przeszłość nie dorównywała pustce pełnej możliwości.

Wraz ze skrzypieniem schodów — sypialnia była na górze — docierały do niego coraz bardziej rzeczowe wątki dnia. Każdy stopień sprowadzał z nieba ku ziemi i tylko mucha leciała za Tobiaszem z tą samą lekkością.

Umysł i stopnie raportowały, co szykuje mu dzisiaj, dopóki wyliczanki tej nie przerwała myśl, że to zwykłe, banalne, codzienne sprawy. Dzisiaj jeszcze są wszystkim, a już niedługo popadną w niebyt, jak wszystko, co działo się choćby tydzień temu.

Oczywiście wśród nich bywają takie, które działają na niego o wiele dłużej, a nawet takie, które będą mu towarzyszyły aż do śmierci.

Ale czy zasługują na to, by takimi być?

Co stoi na straży tego, co jest ważne, a co nie?

Wyobraził sobie siebie jako sito utkane ze ścięgien i mięsa. Świat przelewa się przez nie powoli. Zostają jedynie kawałki, mniej lub bardziej smaczne. Przekształcają się, wplatają w sito, stanowiąc od teraz kolejne otwory.

Durszlak.

Dur-szlak.

Uśmiechnął się do siebie i na dobre uzmysłowił sobie swoją dzisiejszą inność.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania