Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Dzień Trzeźwości (Opowiadanie)

Nie każdy wie, ale jestem Artystą Podziemnym. Precyzyjniej rzecz ujmując wiem o tym tylko ja i skromna grupka moich przyjaciół, którzy widząc jakie to dla mnie ważne, wiernie kibicują moim wszelkim ruchom artystycznym.

Jaki to rodzaj sztuki? Niestety nie mogę tego zdradzić, ponieważ moja podziemność byłaby wówczas podana w wątpliwość, a na to nie mogę i po prawdzie nie chcę sobie pozwolić. Zdradzę jedynie, że moja sztuka nie idzie na żadne kompromisy, nie daje się zaszufladkować, a inspiracje czerpie z życia.

Jedną z niepisanych powinności Artysty Podziemnego jest potajemne publikowanie swoich dzieł, w taki sposób aby przypadkiem nikt o nich nigdy nie usłyszał. W dzisiejszych czasach to naprawdę trudne by utrzymać cokolwiek w tajemnicy, więc muszę starać się wielokrotnie bardziej niż moi koledzy po fachu sprzed lat na przykład 30-stu, czy 300-stu. Nie będę jednak zanudzał technikaliami, a napomknę jedynie, że nieodłącznym towarzyszem tych sekretnych publikacji jest strach. Strach, który pożera całe moje ciało i umysł. Strach przed tym, że ktokolwiek spoza starannie wyselekcjonowanego grona trafi na moje dzieło.

Już jako nastolatek odkryłem jednak, że świetnym sposobem na pokonanie tego wrednego i nieproszonego gościa jest błyskawiczne wypicie dużej ilości alkoholu. Tak więc mając tego wysokoprocentowego asa w rękawie, często - a będąc bardziej precyzyjnym - zawsze z niego korzystam. Niektórzy bliscy próbowali mi wmówić, że to mój sposób na przykrycie choroby alkoholowej, wszak publikuję swoje dzieła kilka razy w tygodniu, ale wiem że mówią tak tylko po to żeby coś tam sobie mówić. W naturze człowieka zakorzenione jest bowiem pragnienie bycia mędrcem, który wskazuje innym czym jest dobro a czym zło. Nie ze mną te numery!

I tu pojawia się tytułowy 15 kwietnia, środa- Światowy Dzień Trzeźwości, a dla mnie dzień, który przyniósł mi trzecią publikację tego tygodnia. Ta była akurat wyjątkowo trudna dla mnie - dotykała bowiem najciemniejszego miejsca mojej duszy i wprost, choć metaforycznie obnażała to kim naprawdę jestem. Wielka kula niepokoju promieniowała z okolic mostka na całe moje ciało. Nie była to jednak dla mnie nowość, więc mężnie wykrzyknąłem do siebie:

- Nie ze mną te numery! - i sięgnąłem po butelkę idealnie schłodzonego ginu.

Idąc za przykładem moich idoli - braci Gallagher - wymieszałem go z tonikiem i w tempie właściwym dotychczasowym doświadczeniom opróżniłem go ze swadą. Gdy chwilę później wylałem ostatnią kroplę ze szklanej butelki, zdarzyło się coś dziwnego.

Co dopiero opróżniona butelka, zaczęła się na nowo wypełniać bezbarwną substancją, która po krótkiej chwili wyciekała na zewnątrz, zachlapując stolik kawowy. Odruchowo dotknąłem palcami rozlanej cieczy i przyłożyłem je do ust

- O w mordę! - wykrzyknąłem - To gin! .

Niewiele rozumiałem z tej sytuacji, ale wzbudziło to we mnie ekscytację. Czyżbym właśnie stał się posiadaczem samonapełniającej się butli najwspanialszego trunku na świecie? Oczami wyobraźni widziałem jak wykładam całą piwnicę smukłymi flaszeczkami przepysznego ginu. Kto wie, może przy odrobinie sprytu, który przecież posiadam, otworzę wielką rozlewnie, która uczyni ze mnie miliardera?

Moje radosne zamyślenie nie trwało jednak zbyt długo, bowiem erupcja zaczęła nabierać tempa. Już nie tylko stolik kawowy był skąpany w ginie, ale również mój ukochany dywan przywieziony z niedawnych wczasów w Turcji zaczął nasiąkać alkoholem.

- Nie ze mną te numery!- wykrzyknąłem przenosząc butelkę do zlewu, jednocześnie rozkładając ręczniki papierowe na mój wakacyjny suwenir.

Parafrazując wieszcza- nie dało to jednak nic i tak. Zlew wkrótce przestał wyrabiać z przyjmowaniem ginu, a ten zaczął rozlewać się po całym mieszkaniu w tempie Atlantyku pożerającego pokład Titanica. Gdy substancja sięgnęła mi klatki piersiowej zacząłem się godzić ze swoim fatalnym, choć trzeba przyznać, że dość oryginalnym losem. Był to chyba jedyny plus tej sytuacji, ponieważ zawsze chciałem umrzeć w sposób niezwykły, podkreślający moją nietuzinkowość i indywidualność, co niechybnie nadciągało.

Wreszcie ciecz sięgnęła mojej brody i wtedy chwyciłem się ostatniej brzytwy ratunku- postanowiłem ją wypić. Okazało się wówczas, że jednak istnieje ilość alkoholu, której nie da się wchłonąć i to była ta ilość z którą właśnie przyszło mi się mierzyć.

Gin zaczął wlewać mi się do uszu, a ja w ostatniej chwili zdążyłem zamknąć oczy, chroniąc je przed zalaniem 40-procentowym trunkiem.

I w tym momencie stało się coś nieoczekiwanego. Poczułem, że ciecz zmienia stan skupienia stając się parą. Otworzyłem ostrożnie oczy i ujrzałem kłęby dymu zajmujące każdy centymetr kwadratowy mojego mieszkania. Podbiegłem w stronę okna usiłując je otworzyć, jednak jakaś nieznana siła uniemożliwiła mi tę prostą czynność.

Dym gęstniał i pulsował, aż zaczął się skupiać w jednym miejscu- w okolicach kanapy. Cała przestrzeń stawała się na powrót przejrzysta i sucha, natomiast dym nabrał cylindrycznego kształtu gęstniejąc przy tym i zmieniając kolor na niebieski.

Dym, który od tej pory już ciężko nazywać dymem, ponieważ stał się materią stałą, przeobraził się w coś przypominającego korpus człowieka, tyle że niebieski.

W jednym momencie wyskoczyły z niego dwie smukłe i nieproporcjonalnie długie względem tułowia nogi odziane w spodnie w czarno-czerwoną kratkę, zakończone stopami z lśniącymi, złotymi mokasynami. Sekundę później wyskoczyły ręce- akurat podobnej długości jak te, które widujemy na co dzień, zakończone jednak niebieskimi dłońmi z siedmioma palcami każda, a na każdym z palców widniał niezwykły pierścień, których jednak nie podejmę się próby opisu w tej chwili, ponieważ czytelnik najpewniej jest teraz ciekaw innych spraw niż jakieś tam pierścionki.

Zawsze zastanawiało mnie jak to jest możliwe, że człowiek tak szybko jest w stanie przyzwyczaić się nawet do najbardziej absurdalnej sytuacji. Oto przyłapałem się na tym, że spoglądam na to dzieło stworzenia nie ze zdziwieniem, nawet nie ze strachem, a z ciekawością, wyczekując niecierpliwie pojawienia się jego ostatniego aktu- wisienki na torcie, creme de la creme, kropki nad i, miętówki na poduszce - a więc głowy tego dziwnego stwora. Nie czekałem zbyt długo, a porównanie do wisienki okazało się całkiem trafne, ponieważ głowa, a raczej główka, która wysunęła się z korpusu, była wyjątkowo mała, przypominająca wielkością nic innego jak zaciśniętą pięść dorosłej kobiety (z tego miejsca pozdrawiam Pana Kluchę, autora tego porównania, dzięki któremu to opowiadanie w ogóle powstało). Jej nasadę wieńczyła górna część szklanej butelki, zakończona gwintem, z którego delikatnie unosiła się ta sama para, która przed nomen-omen paroma chwilami wypełniała moje mieszkanie.

-Tak drodzy Państwo- możecie pomyśleć, że jestem obłąkany, albo co gorsza, że to jakaś tania historyjka, ale z butelki po ginie wyskoczył najprawdziwszy Dżin, który właśnie sobie siedział rozłożony wygodnie na mojej kanapie, gładząc się po koziej bródce i świdrując mnie oczami wielkości pięciogroszówek. Jego tors był nagi, a poza kolorem nie różnił się specjalnie od torsu przeciętnego szczupłego mężczyzny.

Patrzyliśmy na siebie bez słowa, aż wyrzekł wskazując najdłuższym z siedmiu palców na dywan:

- Ładny, jaki przebieg?

Nie do końca zrozumiałem to pytanie, więc tylko skinąłem głową w geście wdzięczności za miłe słowo. Komplementy zawsze mnie rozczulały i były tajemnym kluczem do mojego serca. Z miejsca polubiłem niezwykłego gościa i wyczekiwałem na moment, w którym zapyta mnie o trzy życzenia. Na niewiele rzeczy w życiu jestem przygotowany, ale akurat na taką sytuację jak najbardziej. Wielokrotnie w marzeniach oddawałem się wizjom co bym zrobił gdybym spotkał postać z baśni, która jest gotowa spełnić każde moje życzenie. Najpierw- dla próby- powiedziałbym, że moim pierwszym życzeniem jest to by mieć tysiąc życzeń. Myślę, że jednak tacy zawodowcy są przygotowani na tego typu gambit, więc na tę okoliczność mam też starannie wyselekcjonowane 3 odrębne życzenia, które sprawiłyby że stałbym się człowiekiem bezgranicznie szczęśliwym, a i na pokój na świecie też by styknęło.

Mój nowy towarzysz jednak wciąż bardziej niż czymkolwiek innym zainteresowany był tureckim dywanem, w sprawie którego zadawał coraz bardziej precyzyjne pytania.

W głębi serca wrzeszczałem z niecierpliwości, jestem jednak człowiekiem o wysokiej kulturze osobistej, żyjącym wedle zasady: Gość w dom- Bóg w dom. Odpowiadałem więc z życzliwością na wszystkie pytania i tu muszę zaznaczyć, że akurat trafił na temat o którym wiedziałem wiele. Ów dywan oczarował mnie na stambulskim targu do tego stopnia, że w miejscowym lombardzie sprzedałem wszystkie cenne rzeczy, które zabrałem ze sobą w podróż, w tym kamerę, która była podstawowym narzędziem mojej pracy, tylko po to by go zdobyć.

Te dociekliwe pytania przywołały miłe wspomnienia z mojej podróży do Turcji. Wyciągnąłem więc album ze zdjęciami i ochoczo pokazywałem mojemu rozmówcy co tam zwiedziłem i kogo poznałem. Na stół kawowy przy którym siedzieliśmy powykładałem wędliny, różne rodzaje sera, placki, napoje zimne i gorące, a także nie zabrakło czegoś mocniejszego. Okazało się, że Karim- bo tak się przedstawił, podobnie jak ja lubi sobie dobrze zjeść i wypić.

Nie minęła chwila i zalani łzami przekonywaliśmy się o wzajemnej miłości i szacunku. Zupełnie zapomniałem o trzech życzeniach, z resztą nie miało to już żadnego znaczenia. Nie teraz gdy oto spotkałem swoją bratnią duszę; prawdziwego przyjaciela na całe życie.

Po ciężkiej do dokładnego określenia chwili okazało się, że opróżniliśmy cały alkohol który miałem w domu. Karim na tę wieść wyrzekł spokojnie:

- Nie przejmuj się stary, ja to ogarnę.

Odsunął stolik kawowy, kanapę, oraz wszystko co przeszkadzało w wyciągnięciu dywanu na balkon i wykrzyknął serdecznie:

- Ty wstaw wodę na herbatę, a ja lecę po pół litra! - po czym wyfrunął na dywanie przez balkon zostawiając mnie równie osłupiałego jak w momencie, w którym się pojawił.

Czekałem na niego ze stygnącą herbatą wpatrzony w pustą podłogę. Miałem wrażenie, że minął rok. Wreszcie zaczęło świtać, a ja poczułem się senny. Zmrużyłem oczy i pogrążyłem we śnie.

Niedługą chwilę później obudziło mnie walenie w drzwi, za które jak się okazało odpowiadała Pani Maria - mało sympatyczna starucha, żyjąca na parterze. Towarzyszyło jej dwóch policjantów, do których wykrzykiwała cały stos różnych słów, z których niewiele rozumiałem- nie tylko przez ich intensywność, ale również przez gigantyczny ból głowy, który mi doskwierał. Wyłapałem jednak pojedyncze frazy które brzmiały: “skurwysyn! sadysta! Eska!”. Eska to jej pies, o którego od zawsze darliśmy koty. Był to mały wredny skurwiel rasy chihuahua, głośny jak wiertarka, niszczący swoim szczekaniem każde letnie popołudnie, które usiłowałem spędzić na balkonie. Jednocześnie była to jedyna istota żyjąca, której szczerze nienawidziłem.

Niewiele rozumiałem z całej sytuacji, choć oddać trzeba że gliniarze usiłowali ze mną rozmawiać. Całkiem szybko jednak zrezygnowali z tych karkołomnych prób i przewieźli mnie na tak zwany dołek.

Dopiero kolejnego dnia dowiedziałem się za co tam trafiłem. Otóż starucha z dołu oskarżyła mnie o morderstwo, które rzekomo miałem popełnić na jej psinie. Okazało się, że odnalazła Eskę przygniecioną moim tureckim dywanem, nie dającą znaków życia. Przyznam, że mimo całej nienawiści do tej nędznej kreatury, zrobiło mi się całkiem przykro - nie jestem przecież pojebem. Zacząłem więc spokojnie tłumaczyć, że najprawdopodobniej był to nieszczęśliwy wypadek, że Karim był dość pijany gdy wsiadał na ten dywan, no i w ogóle to że powinni go szukać, bo nie wiadomo co się z nim stało.

Musiałem tę samą historię opowiedzieć jeszcze kilkanaście razy różnym ludziom, w różnych pomieszczeniach i w różnych strojach, aż w końcu znalazłem się na Oddziale zamkniętym w Zakładzie Psychiatrycznym niedaleko mojej rodzinnej miejscowości. 15 kwietnia, Dzień Trzeźwości okazał się ostatnim dniem gdy piłem alkohol i muszę powiedzieć, że bez niego czuję się lepiej niż kiedykolwiek. Czasami tylko trochę mi przykro gdy patrzę w niebo i bezskutecznie wypatruję Karima na tureckim dywanie.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Domi123 godzinę temu
    Zaskakujące, momentami subtelnie zabawne i całkiem przyjemnie się czyta.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania