Dziennik podróży: Grodków – Krzelków – Strzelin: 18-20.05.2026
18.05
Pani w autobusie jadącym z Wrocławia brakło na bilet. Powiedziała:
– Ja mam wyliczone, ale nie aż tyle. Zawsze płacę, a teraz mi brakło. Oj, ten Trump nawywijał, oj, ten Tusk nawywijał. Te ceny, ta ropa, ci politycy. Koszmar.
– Ja ruszam – mówi kierowca. – Niech pani szuka, a ja będę ruszał. No, gdzie ta portmonetka?
Zielonym z Grodkowa w kierunku Ziębic. Pogoda pod zdechłym Azorkiem: mokro i zimno, ale przynajmniej bez burzy i deszczu.
Zaraz po wyjściu z Grodkowa – osobliwy tunel tak niski, że trzeba się pochylać, kucać prawie.
Żarów – cykam zdjęcia telefonem. Fotkę za fotką. Tu musiał być kiedyś sklep – poznaję po jaskrawych kolorach elewacji. Kiedyś był, a teraz wiatry hulają. Wiatraków tu zresztą też nie brakuje, choć one tu nie pasują, do tych domów, do tych widmowych ruin. Bez, a właściwie lilak wita mnie w Żarowie. Co za zapach!
Przed Starowicami robię dwa zdjęcia, na których uwieczniam – kolejno – szkołę-dwudziestolatkę, samotnie stojącą w polu szczerym, oraz wzgórze, które wygląda jak dawny gród. Ale gdy podchodzę bliżej, zielony gród cudownie znika.
Za Starowicami malutkie jezioro z malutką wysepką, a na tej wysepce – dwa drzewa na krzyż. Tylko dwa. Co by było, gdyby to były palmy, a nie brzozy, i gdyby ostrówka była zamieszkana przez Kaczora Donalda. Były kiedyś takie gumy z obrazkami i na jednym z tych obrazków Kaczor wylegiwał się na bezludnej wyspie, a ja mu zazdrościłem słońca i słonecznej beztroski. Wspomnienia. Jeszcze z peerelu.
Dopiero teraz, między Starowicami a Strzegowem, pojawiają się jakieś drzewa i jakiś kawałek lasu. Droga obiecująco wiedzie lekko pod górkę i zaczynam świrować. Radośnie. Wyobrażam sobie, że kogoś (kogokolwiek) tu spotykam – nie ma tu nikogo – i że zawiedziony obecnością człowieka na tych dzikich terenach wołam: „Nie, nie; idź sobie precz, a kysz” i złorzeczę, klnę po prostu, choć ja nie przeklinam. Strasznie to zabawne, to niby-złorzeczenie na kogoś, kogo i tak nie ma. Jest w mojej głowie. Jestem sam i chcę być sam.
Idę sobie. Śpiewam i pogwizduję i wydaję dzikie dźwięki takie i owakie. I fantazjuję: co by było, gdyby. Gdybym spotkał na szlaku krasawicę idącą z naprzeciwka i rozłożył ręce w takim geście, jakbym chciał ją objąć, to co by to było? Obcą osobę, krasawicę obcą...
W Strzegowiu sklep. Półtora nieszczęścia siedzi z piwem na przystanku.
– Nie ma ławeczki? – pytam.
– Nie ma, nie stać.
– Co za czasy! Byśmy se usiedli i kulturalnie pogadali, a tak to co.
Dwie malownicze wioseczki: Rogów i Samborowiczki.
W Samborowiczkach pani robi w ogródku. Postanawiam zagaić.
– Z Panem Bogiem – mówię. – Gdzie ta wiosna?
– Deszcz jest potrzebny, panie – odpowiada. – No z Panem Bogiem, z Panem Bogiem.
Idę kawałek dalej i widzę kunę sparszywiałą, która się mnie wcale to a wcale nie boi. To mnie niepokoi. Na szczęście przed wyjściem z Samborowiczek dostrzegam kolejną kobietę. Informuję ją o kunie:
– Mnie jest wszystko jedno, ja tu nie mieszkam, ale może by pani kogoś powiadomiła, jakieś służby. Ta kuna może mieć wściekliznę. Nic się mnie nie boi. Ja do niej „siup”, a ona nic, nie ucieka.
– Dobrze, dziękuję, zadzwonię do sołtysowej.
– Do widzenie.
W Szklarach długa pogawędka z byłą łodzianką, która coś sadzi w ogrodzie. Narzeka na sąsiadów i pijaków:
– Nie znoszę pijaków. A o tych tu sąsiadach moich toby można było długo mówić. Pożyczyli skuter i nie oddali. Spotkaliśmy się w sądzie.
– Sąsiedztwo bywa różne.
– Bywa.
Takie piękne błękitne oczy ma ta pani. Musiała być kiedyś ładną kobietą. Szkoda, że taka marudna. Na swego psiaka też narzeka:
– To darmozjad.
– Darmozjad?
– Darmozjad.
Zastanawiam się, czy nie poprowadzić swej opowieści, którą tu snuję, z punktu widzenia stóp. Toby dopiero była opowiastka – do gruntu szczera, prawdziwa, bo drogą trzeba się zmęczyć i nogi o tym wiedzą. Nogi widzą. Co, gdybym rejestrował i opisywał tylko same dźwięki, cały ten pejzaż dźwiękowy, na przykład świergoty ptaków? Co, gdybym opisywał same tylko zapachy? Przecież po to tu jestem, by czuć, myśleć, tworzyć i mówić na tyle, na ile mowa mi na to pozwala.
W Biskupim Lesie błądzę. W Ziębicach błądzę. Pobłądziwszy solidnie, znajduję drogę do Krzelkowa, idąc za parą mężczyzn, którzy zamaszyście maszerują, tak zamaszyście, że nie mogę ich dopędzić. Ale po drodze odwiedzam jeszcze Henryków. Odwiedzam i równo o dwudziestej drugiej jestem na kwaterze we wspomnianym już Krzelkowie.
19.05
Pogoda jak drut. Ciepło. Słonecznie. Nareszcie.
Będę mógł porozmyślać trochę o muzyce. Bo widzicie... grając utwór, trzeba myśleć o obłokach, bujać w nich niejako; o tym, jak dostojnie suną po niebie trzeba myśleć; trzeba myśleć o krajobrazie, o linii horyzontu, bo melodia raz to się wznosi, a raz opada, jak ten horyzont właśnie. I koniecznie, koniecznie trzeba grać w tempie oryginału: ani za wolno, ani za szybko. I tak to właśnie rodzi się ideał interpretacji. Ja-stary busker coś o tym wiem.
I jeszcze jedna refleksja przed wyjściem w plener: Współczesny Kościół nie dba zupełnie o muzyków, nie przyciąga ich do siebie, nie stawia na nowych kompozytorów, w ogóle na ludzi mądrych nie stawia. I upadnie z biegiem lat, z biegiem dni. Niczego dobrego temu Kościołowi ja nie wróżę.
Wyruszenie rano z Krzelkowa w kierunku Ziębic. Asfaltówką, nie czarnym szlakiem przez Jasłówek. W Ziębicach znajduję się w pobliżu domu słynnego kanibala, ale go mijam szerokim łukiem. Tu kiedyś w pobliżu był normalny sklep. Przerobili na Żabkę. Nie lubię Żabek. Za drogo i za mało swojsko.
W Netto pani ekspedientka mówi, że butelek zwrotnych nie przyjmie.
– Nie przyjmę panu. Koleżanka od butelek jest teraz zajęta. Pracuje na drugiej kasie. Jedziemy na dwa baty, jak to się mówi.
– O kurcze, na dwa.
W tym samym Netto schludnie ubranej staruszce zabrakło na pomidorka. Drożyzna. Nikt jej nie pożyczył.
Zielonym z Ziębic. W Dębowcu właścicielka uspokaja psiaka. Mówię:
– Musi pilnować domku.
– Ano musi – odpowiada.
Za Dębowcem szlak zaorany. Rolnicy to się jednak z nikim nie liczą. Na szczęście już po chwili wchodzę w Biskupi Las, gdzie jest w miarę normalnie.
Uważam, by nie deptać mrówek, które po tych deszczach są dziwnie ożywione takie. Maszerują stadnie, plączą się pod nogami.
Teraz szlak przebiega obok leśniczówki Wilemowice. Efektowny roślinny szpaler mnie tu wita. W pobliżu jakieś śródleśne jeziorka i pałac w Wilemowicach, którego akurat jak na złość nie widzę. Wyobraźnia pracuje. Na pełnych obrotach. Lubię takie zagadkowe miejsce, zagubione w czasie, śniące swój sen zagadkowy, miejsca pełne duchów i pełne wspomnień, tylko że nie moich.
W Biskupim Lasie-Wschód pracują drwale. Proszę, by pozwolili mi przejść. Godzą się. I tak już po ścince.
Sklep w Szklarach. Jem jogurcik i opakowanie wrzucam do przysklepowego śmietnika. Nieznajomy otwiera kubeł, bo ma też i swoje śmieci, a ja na to:
– O dziękuję, też skorzystam. – I wrzucam opakowanie, na co gość odpowiada śmiechem, uprzejmy taki, bo ludzie są tu uprzejmi i mili.
Wracam do Biskupiego Lasu. Drwale już skończyli, ale znaku zakazu nie usunęli. I kieruję się w stronę Bożnowic – najpierw niebieskim, potem czerwonym.
W Bożnowicach pytam o sklep siedzącą na progu i bawiącą się z psami. Kiwa, że sklepu nie ma. Chyba nigdy nie było.
Za Bożnowicami duży gość w małym aucie chce mnie podrzucić. Mówię, że dziękuję, że zaraz i tak skręcam w las.
W lesie, który łączy Strzelin z Ziębicami niby jakiś zielony łan, gubię zielony. Mija mnie para rowerzystów – ta sama, dwukrotnie. Widocznie też się zgubili. Odpuszczam poszukiwanie zielonego i wchodzę na czerwony, na główny. Dopiero z niego wchodzę na zielony, by zahaczyć o Skalice i Henryków.
Tu są ciekawe skałki – i pewnie stąd nazwa miejscowości – których teraz nie widzę. Nie widzę, ale zobaczę jutro.
Skalice. Chłopcy grają w piłkę. Choć nie znoszę nowobogackich – a dom wygląda na dom nowobogackich – pozdrawiam chłopców.
– Gola, gola! – wołam. – FC Wrocław pozdrawia FC Skalice.
Chłopcy się śmieją. Po nowobogackiemu, ale się śmieją.
W Henrykowie w Żabce jakiś stały bywalec wybiera panini. No proszę jaki zorientowany. Może i ja się skuszę, bo strasznie zgłodniałem. He, panini. Z ziemi włoskiej do Polski.
Idę wzdłuż Oławy do Jasłówka, a potem czarnym do Krzelkowa.
Już zmierzcha. Czas na wieczór ze „Szklaną pułapką”. Telewizor jest. Szczęście jest. Wszystko jest.
20.05 – dzień powrotu do Wrocławia
Droga ma coś z muzyki – to ta gra oczekiwań, ta sama. Pojawia się jakieś dziwne napięcie przyjemne, które zostaje rozładowane za najbliższym zakrętem. Albo i nie zostaje. Piękne to, poetyckie, wyobraźnię pobudzające. Komponując drogę, komponuję muzykę. Swoją własną.
Krzelków najpierw, potem Jasłówek. Byle do Henrykowa.
W Henrykowie pani w sklepie:
– Tak, widziałam, jak pan wkłada te butelki do skrzynki, widziałam.
– A tutaj zawsze targ? Jak byłem ostatnio w zeszłym roku, to targu nie widziałem.
– Zawsze; jest pogoda, więc handlują.
– Aha, to dziękuję i życzę miłego dzionka.
Za Henrykowem spotykam starszą już turystkę z kijkami. Stoi na przejeździe kolejowym, bo pociąg. Kłaniam się, pozdrawiam ją, bo my, turyści, jesteśmy jak jedna wielka rodzina.
Za Skalice natrafiam na interesującą formację skalną. Ciekawe: wczoraj jej nie widziałem, nic a nic wczoraj nie wiedziałem.
Idę zielonym do Bożnowic. Za Bożnowicami droga się urywa i przechodzi w pole; pole, dzikie pole. Idę skrajem pola i odnajduję zgubiony swój szlak, bardzo zarośnięty. Od razu widać, że nikt tędy nie chodzi, nie łazi. Czasem musi się znaleźć ktoś taki, jak ja – myślę sobie – by szlak się na coś przydał.
Lasek wraz ze wzgórzem Polanica. Taki niczego sobie ten lasek. Zielono tu, chłodno, przyjemnie, a co najważniejsze dziko. Sporo roślin wszelakich. Pytanie: skąd roślina wie, jak ma rosnąć? A widać, że wie. Jedna z nich jest taka długa i pusta w środku.
Za Dzierzkową gubię się na chwilę. Cofam się kawałek i już jest dobrze. To musi być jakiś matecznik, bo przepłaszam sarnę za sarną.
Za Miłocicami asfaltówka. Jakiś gość proponuje mi podwózkę pod sam Gromnik. Niechętnie się godzę, robię mu łaskę.
Za Gromnikiem dalej zielonym. Tu schodzę głęboko w dół, mijając potok Jegłówka. Następnie czarnym do Kuropatnika.
W Kuropatniku ucinam sobie miłą pogawędkę ze sklepową:
– Muszę pani powiedzieć – mówię – że dwa lata temu kupiłem u pani najlepszą wędlinę, jaką w życiu dane mi było spróbować. Mocno wędzoną, ciemną. Byłem wtedy z parą przyjaciół z Wrocławia.
– Bardzo mi miło, cieszę się. Tu nie tylko dobre jedzenie. To są piękne tereny przede wszystkim. Polecę panu oczka wodne, które znajdują się nieopodal w lesie. Sama byłam zaskoczona, że my tu mamy coś takiego.
– Jakby ktoś wylał cysternę snu, jeśli się zjawić pod sam wieczór. No pięknie, pięknie. Muszę znaleźć te oczka. Kiedyś. Kiedyś, ale nie dziś. Dziś już do domu.
– Do domu, tak – powtarza ekspedientka i się uśmiecha.
Idę żółtym w kierunku Strzegowa. Tym żółtym jeszcze nie szedłem. W oddali majaczy panorama Białego Kościoła.
Skręcam na niebieski w kierunku Strzelina. Mijam po lewej „Cukrownię Strzelin”, która ma barwy – nomen omen – biały i niebieski – kolory szlaku, którym idę.
W Strzelinie na stacji zagaduje mnie facet, który interesuje się historią Braci Czeskich:
– Interesuję się historią Braci Czeskich – mówi. – Czeka pan na pociąg? Chodź pan, pogadamy o historii Braci. Widzę, że z pana prawdziwy turysta. Taki jak ja. Chodź pan, pogadamy w pociągu.
Potem nieoczekiwanie zmienia temat rozmowy i zwraca uwagę na rozkład jazdy:
– Panie, tu trzeba mieć magisterium albo nawet doktorat, żeby się w tym rozeznać – mówi i pokazuje rozkład.
Na to ja odpowiadam:
– Trzeba mieć przede wszystkim okulary.
Śmiejemy się.
Potem w pociągu rozmawiamy o rzeczonych Braciach. Mój rozmówca zwraca mi uwagę na to, że jak były wojny husyckie, to Bracia mogli korzystać z miejscowej gościnności. Mogli, ale oczywiście nie za darmo. Nic za darmo. Poleca książkę, w której to jest opisane. Bardzo ciekawy człowiek.
I tak siedzimy, rozmawiamy, a wycieczka z wolna dobiega końca, bo już Wrocław, Wrocław tuż-tuż.
Komentarze (1)
Dobry z Ciebie Włóczykij :)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania