Dzienniki
„Poniedziałek – ja, wtorek – ja, środa – ja, czwartek – ja”.
To jeden z tych dni, kiedy zapomina się o przeszłości, a każda chwila jest obarczona cudem ponownych narodzin.
Wstałem o trzeciej rano, bo nigdy nie widziałem morza o tak wczesnej porze. Do plaży miałem pięć minut i kiedy wchodziłem na wydmy, nie zdążyłem otrząsnąć się z resztek snu.
Morze czekało na mnie nieruchome, łagodne jak melodie, których wieczorem słuchałem z radia. I znów myśli zbłękitniały, stały się miękkie niczym piasek plaży. Dobrze, że są miejsca starannie ukryte tuż nad ranem, które dostaję na własność lub staję się ich częścią.
Idąc brzegiem, zbliżam się do tajemnicy, z każdym krokiem jestem coraz bliżej. A jednak nie chcę jej poznać. Nie chcę spojrzeć w siebie zbyt głęboko, bo czy można odczytać to, co jest ukryte w szumie morza lub w sercu człowieka?
*
Jadąc w niedzielę rowerem, mijam domy pachnące rosołem, które jak rozespane koty spoglądają na mnie leniwie spod zasłoniętych powiek. Później droga zapada w las, a ja razem z drogą. Na każdym leśnym parkingu przysiadam na chwilę, bo skoro ktoś postawił porty i przystanie, z grzeczności wypadało osiąść na kotwicowisku.
Wyobrażam sobie, że jestem człowiekiem bezdomnym, który podąża śladem młodzieńczych marzeń o wolności. Wspomnienie dawnych uczuć i droga przesypująca piasek w klepsydrze sprawiają, że znów jestem obok. Ani młodszy, ani starszy niż wtedy, gdy zobaczyłem się pierwszy raz.
*
Nocą słucham muzyki. Zaczynam od Alicii Keys, a kończę na kantatach Bacha. Czytam książkę „Stroiciel Lasu” Marka Stokowskiego. Realizm magiczny jest bardzo mi bliski i zapisuję w pamięci Stokowskiego tuż obok Murakamiego, Borgesa i Pielewina. Jego proza przypomina o codziennie traconej wrażliwości. A może nie! O wrażliwości utraconej dawno temu.
Rano, po krótkim śnie, budzi mnie słońce oraz piwo o smaku cytrusów i orzeszków cola. Orzeszki czuć w smaku, cytrusy gdzieś znikły.
I znowu muzyka, tym razem przy malowaniu szopy. Uwielbiam szopy na drewno, na narzędzia lub te będące zwykłymi sypialniami dla kotów. Beloniusz kiwa potakująco głową – oboje jesteśmy domowymi włóczęgami. Dzikimi sercami drzemiącymi w cieniu dawnej chwały.
*
Idę miedzą, ocierając się o ciężkie od rosy zboże. Pomimo wczesnej godziny słońce jest już wysoko i ciepły wiatr z południa niesie myśli nad Morze Czarne. Przenoszę się do jednego z tamtejszych uzdrowisk, w którym wymarłe prospekty prowadzą wprost na nabrzeże. Przede mną jest tylko morze. Wabiące tysiącem głosów, które są niczym skarby zbierane w dni bezwietrzne. Noszę je w sobie ukryte jak perły odnajdywane w portowych lub powiatowych zapadłych dziurach – głosy niosące opowieść. Zamykam i otwieram oczy. Nadmorskie uzdrowisko znika i chowa się we mnie.
Kończę czytać „Stroiciela Lasu” i płaczę. Nie jest ze mną jeszcze tak źle, skoro potrafię.
*
Nocami otwieram okna, by dom mógł odetchnąć, by głosy świerszczy i szum obracającej się planety (w nocy słychać to najwyraźniej) stały się częścią snu. Brak zmartwień i obowiązków. Monotonia leśnej głuszy powoduje, że zaciera się granica między snem a jawą.
W upale dnia zaciągam szczelnie zasłony, trochę odpoczywam, trochę gotuję, trochę słucham muzyki, trochę czytam – wszystkiego robię trochę, bo nie mam ochoty na więcej niż powolne trwanie.
Beloniusz znika na całe dni i noce. Można go spotkać w starej szopie, gdzie drzemie zmęczony upałem. Nocami widywany jest na ogrodowych ścieżkach, a one prowadzą do domu z szeroko otwartymi oknami. Czasami mam wrażenie, że Beloniusz, dom i ja jesteśmy snem kobiety, która leży tuż obok. Jej oddech jest spokojny i równy, zapewne dzięki naszej obecności.
Komentarze (1)
co za węch, trufli nie znaleźli
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania