Dziewczyna z zawieszonego czasu
Dziewczyna z zawieszonego czasu.
Marcin miał swoją ulubioną ławkę w parku. Była blisko stawu i trochę oddalona od głównej ścieżki, którą jednak mógł swobodnie obserwować. Co wieczór, około dwudziestej przechodziła tamtędy rudowłosa dziewczyna z wesołym, czarnym spanielem na smyczy.
Co zastanawiające, dziewczyna była zawsze tak samo ubrana, w ciemną zieleń. Jakby nie istniały dla niej pory roku.
Gdy czasami nie pojawiała się, czuł jakąś wewnętrzną pustkę. A z drugiej strony…
Z niewiadomych przyczyn nie umiał się zmobilizować, by do niej podejść, zagadnąć.
Aż do tego dnia…
Spokojny zazwyczaj spaniel, zamiast biec przy nodze swojej pani, pogonił za wróblem, który bezczelnie mu frunął przed samym pyskiem. Szarpnął się i z nerwowym poszczekiwaniem pociągnął za sobą właścicielkę w stronę ławki, na której siedział Marcin.
Pies przeskoczył przez jego wyciągnięte nogi, dziewczyna potknęła się.
Chłopak zerwał się, by ją podtrzymać, złapał w pół i… spojrzał nieznajomej w oczy.
Były zielone jak jej ubrania. Migały w nich złote iskierki.
Czas stanął.
Dziewczyna szarpnęła się w jego uchwycie.
– Ty… mnie widzisz?
Marcin otrząsnął się z oszołomienia.
– Od dawna cię widzę. Zawsze chodzisz tu o dwudziestej. Dlaczego?
– To moja godzina – odparła. – Taka mi przypadła. Muszę iść…
– Zaczekaj! – chłopak pochwycił ją za rękę, chcąc zatrzymać. Nie, tylko próbował. Palce zacisnęły się na pustce.
Był sam. Zdezorientowany przetarł oczy i pokręcił głową.
– Zasnąłem na tej ławce? – rozciągnął ścierpnięte mięśnie. Ratuszowy zegar zabrzmiał wieczornym hejnałem. O dwudziestej pierwszej, jak zwykle.
– Jak? Przed chwilą była ósma…
Pyzaty księżyc obojętny na jego zaskoczenie, zdążył wznieść się nad korony drzew.
***
Rudowłosa więcej się nie pojawiła. Marcin przez kolejne dni mógł o niej tylko marzyć i… mieć nadzieję.
Ale czekanie połączone z niepewnością jest jedną z największych tortur, szczególnie, kiedy nie wiadomo, jak długo trzeba wytrzymać.
Dostał dawno wyczekiwany urlop. I – to był problem. Brakowało codziennego szału obowiązków, które powodowały, że wracał o siedemnastej i padał na kanapę, nie mając siły o niczym myśleć. A teraz bez przerwy rozważał
– A co? A jak? Dlaczego?
Wyjazdu nie brał w ogóle pod uwagę.
– Bo może przyjdzie!
Sam co wieczór zjawiał się w parku, wypatrując błysku rudych włosów, nasłuchując znajomego szczekania. Ale nic z tego.
Wreszcie poddał się, ale by zająć myśli i ręce, wziął się za dawno planowane porządkowanie księgozbioru. Postanowił dotychczasowy alfabetyczny, układ według autorów, zastąpić tematycznym. W tym celu musiał opróżnić wszystkie regały. Setki książek zbieranych przez kilka pokoleń wylądowały na podłodze.
Praca postępowała powoli. Coraz to wpadała mu w ręce ciekawa pozycja ze zbiorów dziadka, której poświęcał dłuższą chwilę. Przeglądał ilustracje, czytał fragmenty, które go zainteresowały.
Zatrzymał się przy „Dziejach Polski”, wydanych w Wiedniu w 1905 roku. Kolorowe ilustracje były na grubszym papierze, zaginane na trzy, by powiększyć obraz. Z jednej takiej składanki wysunął się fragment obrazka. Ktoś gwałtownie oddarł go z pozostałej części, brzegi były nierówne, poszarpane.
Osłupiał. Ten strój, rude włosy, klapiate uszy spaniela.
– Ale gdzie reszta? Czy to może być Ona?!
Zacisnął zęby i systematycznie książka po książce sprawdził, czy nie znajdzie brakującej części.
Nic!
– Coś dla Roberta Storma – pomyślał.
– Tylko – dla mojej potrzeby, z książki nie wyjdzie!
Ale zaraz… Pan Korwin – Marycz przecież ma antykwariat, i orientuje się w starociach. Może…? Gdzie ten telefon?
Po krótkiej rozmowie Marcin odetchnął.
– Uff, jakoś do jutra muszę wytrzymać. Ma czas dopiero o jedenastej, ale pocieszył, że spieszyć się nie będziemy musieli.
Wrócił do pracy. Wreszcie kanapa przyciągnęła go i pomimo obaw, odpłynął dosyć szybko.
– Marcin! Maarcin! – rozległ się rozpaczliwy krzyk dziewczyny.
Skoczył na równe nogi.
W oddali majaczyła znajoma sylwetka szamocząca się z kimś? Czymś?
Rzucił się w tym kierunku, ale im szybciej biegł, tym bardziej się oddalał. Próbował rozwinąć skrzydła, jednak ciasne ubranie nie pozwalało. Gdy wreszcie wzniósł się w niebo – był zupełnie sam.
Osłabł, zawirował w korkociągu i uderzył…
…o podłogę.
Otumaniony podniósł się i usiadł na łóżku. Spojrzał na ekran telefonu.
Dopiero trzecia?!
Ponowny sen ogarnął go szybciej niż zdążył pomyśleć
– Co to było…?
Rano zmusił się do dłuższej niż zwykle gimnastyki. Gorący – zimny prysznic i był gotów do działania. Zamiast śniadania wypił podwójne cappuccino i wyszedł z domu.
Świeże podmuchy porannego wiatru obudziły go definitywnie. Miał jeszcze czas, więc spacerem ruszył na umówione spotkanie.
***
Adam Korwin-Marycz miał zaledwie sześćdziesiąt lat, ale lekko snobował się na styl przedwojenny. Sztuczkowe spodnie, fular, tużurek, były jego nieodłącznymi atrybutami, w których przyjmował gości. Tylko najbliżsi wiedzieli, że w domu najchętniej chodzi w sportowym dresie, na zewnątrz, trzymał fason fine de siècle.
Marcin po serdecznym powitaniu, bez komentarza wręczył uszkodzony arkusz zawinięty w celofan.
Antykwariusz usiadł przy biurku i zapalił lampę. Z zainteresowaniem obejrzał podany obrazek, również przez lupę. Delikatnie zdjął celofan, powąchał papier.
Badanie trwało dłuższą chwilę. Chłopak zaczął się już niecierpliwić, gdy pan Korwin odchrząknął i powiedział.
– Ciekawe. To fragment ilustracji ze specjalnego wydania pamiętnika hrabiny Haliny z Drzewieckich Holińskiej. Książkę przyniósł ktoś z jej rodziny.
– Ma pan ją jeszcze?
– Niestety, sprzedałem. Jakieś dwa lata temu. Ale mam zapisanego nabywcę, a raczej nabywczynię jak to się dzisiaj mówi.
Okrągłym wyrobionym pismem antykwariusz zapisał numer telefonu i adres.
– Zostawiła mi dane, gdybym coś podobnego miał na sprzedaż. Raz czy dwa nawet dzwoniła w tej sprawie.
Marcin schwycił podany kartonik. „Ślad jest, ale czy właściwy?” – przemknęło mu przez myśl.
Z wdzięcznością uściskał antykwariusza i rozstali się.
By trochę ochłonąć, postanowił przejść się kawałek i z parku zadzwonić. Usiadł na ławce i wybrał podane cyfry. Niestety, natychmiast usłyszał brzęczyk i – „Nie ma takiego numeru! Nie ma takiego numeru! ”
Sapnął z rozczarowaniem. Ale cóż, nikt nie obiecywał, że będzie łatwo.
To nie koniec – jest jeszcze adres.
Żelińska 24/3.
Musiał zajrzeć do planu miasta, by skojarzyć, gdzie to jest.
– Jest! Daleko, ale przy pętli tramwajowej.
Kilkanaście minut, które musiał stać na przystanku dłużyły mu się niemiłosiernie.
By czymś się zająć, bacznie rozglądał się na wszystkie strony. Raz aż podskoczył, gdy zobaczył burzę rudych włosów, ale – to nie była Ona.
Wreszcie oczekiwana siódemka zatrzymała się z sykiem otwierając drzwi. Usiadł i zamknął oczy.
– Następny przystanek Żelińska! – Głos tramwajowego automatu wyrwał go z zamyślenia.
Wysiadł, rozglądając się za jakimś numerem budynku, który by mu wskazał kierunek.
– Jest! Dwanaście, czternaście. Czyli po tej stronie numery parzyste.
Sto metrów dalej stanął przed secesyjną kamienicą, którą trochę szpeciły nowoczesne drzwi z rzędem przycisków.
Nacisnął trójkę.
– Kto tam? – zapytał młody kobiecy głos.
Marcin przełknął ślinę.
– Ja, do pani Bittner. Małgorzaty Bittner.
– Mama od roku już tu nie mieszka. A w jakiej sprawie?
– Dwa lata temu kupiła pewną książkę, adres dostałem od antykwariusza Korwin-Marycza, który jest moim znajomym…
– No… to ma pan szczęście, wpadła do mnie na kawę. Proszę wejść.
Mieszkanie numer trzy było na pierwszym piętrze. W drzwiach stała sympatycznie wyglądająca brunetka koło trzydziestki, rówieśniczka Marcina. Zachęcająco skinęła ręką i cofnęła się do mieszkania.
– Mama jest w saloniku, to tam na wprost, proszę wejść, za chwilę wrócę.
Pokój był obszerny, jak to w starym budownictwie, ale wnętrze to był już XXI wiek. Futurystyczne meble, grające ściany, pastelowe światło dobiegające z różnych stron.
Przy stole siedziała szczupła kobieta. Wzrok przyciągała jej fryzura. Falujące włosy nie mogły się zdecydować na kolor i stanowiły dziwną mieszankę tycjanowskiej czerwieni i siwizny.
Marcin przedstawił się. Pani, przez moment przyglądała mu się, w końcu wyciągnęła rękę na powitanie.
– Z tego co słyszałam, ja przedstawiać się nie muszę. A jakaż to sprawa spowodowała, że pan Adam zdradził moje dane? – spytała, patrząc przenikliwie dużymi zielonymi oczyma.
– Chodzi o pamiętnik hrabiny Haliny z Drzewieckich Holińskiej. Pani nabyła go prawie dwa lata temu.
– Tak, pamiętam – odparła, a w głosie pojawił się cień zaciekawienia.
– O co chodzi?
Marcin wyjął z teczki uszkodzoną kartkę.
– Podobno w tym pamiętniku jest druga część ilustracji.
W tym momencie weszła gospodyni, niosąc kawę dla Marcina.
– A tak się niedawno zastanawiałyśmy, jaka była przyczyna. Cała książka jest przecież w doskonałym stanie. I tylko ta jedna kartka przedarta.
– Proszę, przynieś ją – zwróciła się seniorka do córki. – Musimy sprawdzić, czy to na pewno to.
Wkrótce Betty wróciła, trzymając w dłoniach spory tomik oprawiony w skórę ze złoceniami.
– Obrazek był gdzieś za połową – powiedziała, kładąc książkę na stoliku.
Pani Małgorzata otworzyła pamiętnik, przekartkowała, szukając właściwego miejsca i ukazał się poszarpany fragment ilustracji.
Marcin przyłożył do książki swój fragment. Pasował idealnie.
Przez chwilę nic się nie działo. Nagle, z cichym cmoknięciem, dwie części obrazka połączyły się tak, że nie pozostał najmniejszy ślad po uszkodzeniu.
Cała trójka znieruchomiała.
Ilustracja przedstawiała rudowłosą z marzeń Marcina i jej psa.
Dziewczyna poruszyła głową.
– Widziały panie? – szepnął Marcin.
Rudowłosa spojrzała mu prosto w oczy. Uśmiechnęła się delikatnie, odwróciła i pobiegła. Spaniel pomknął za nią. Oboje zniknęli za zakrętem malowanej alejki.
Pozostał tylko niewielki pałacyk w parkowej scenerii. Na jego ozdobnej wieżyczce zegar wskazywał dwudziestą.
– Co… co to było? – pierwsza otrząsnęła się pani Małgorzata. Zmierzyła chłopaka podejrzliwym wzrokiem.
– Widziałam. Ona się do pana uśmiechnęła. Chyba pan wie coś więcej?
Marcinowi nie pozostało nic innego, jak opowiedzieć całą historię spotkania i poszukiwań rudowłosej.
– Niesamowite – wtrąciła Betty. – Gdybym zobaczyła to sama, pomyślałabym, że mam omamy. Ale we troje?
Małgorzata potarła czoło w zamyśleniu.
– Wspomniał pan, że dwudziesta to jej godzina. Tak powiedziała?
– Dokładnie. A teraz patrząc na ilustrację, moim zdaniem to nie przypadek, że na obrazku też jest dwudziesta.
– Sprawdźmy opis – wtrąciła Betty. Może to nas naprowadzi na jakiś ślad.
Pochylili się nad książką. Przy samym obrazku były tylko krótkie opisy architektury pałacyku, jednak na następnej stronie…
A jednak. Stało się! Moja ukochana Marianna zniknęła. Ostatni raz widziano ją, jak biegła ze swoim czarnym spanielem jakby za czymś goniąc.
Czyżby? Czy to możliwe, że rodowa legenda jednak opierała się na prawdzie? W pobliżu tego pałacyku od zawsze rosły potężne dęby. I zawsze ich było pięć. Gdy któryś usychał, spadał jeden żołądź i wkrótce były w komplecie.
Babcia często ostrzegała nas, byśmy nie chodziły tam, szczególnie wieczorem. Twierdziła, że czas płynie tam inaczej.
Śmiałyśmy się z tego nieraz.
Dziś nie jest mi do śmiechu…
Zapadła cisza.
Wreszcie pani Małgorzata odetchnęła głęboko i powiedziała.
– Całe życie uważałam, że na wszystko można znaleźć racjonalne wytłumaczenie
Uśmiechnęła się bezradnie.
– A teraz nie mam żadnego. Żeby zrobić następny krok, trzeba by zlokalizować ten pałacyk, ale do tego to chyba potrzebujemy wróżki.
Betty roześmiała się.
– Oj, panie Marcinie, ale pan narozrabiał. Mama od dzieciństwa tłumaczy mi, że duchy, cuda i zjawiska nadprzyrodzone istnieją tylko do chwili, kiedy ktoś je porządnie zbada.
Małgorzata spojrzała ponuro.
– Dalej tak uważam!
– To zbadaj. Przed chwilą wspomniałaś coś o wróżce.
Marcin wstał i zaczął chodzić po salonie.
– Na wróżkę jeszcze będzie czas, choć i ona może stać się potrzebna. A na razie poszukałbym historyka. Mamy realne dane. Nazwisko hrabiny, ilustrację przedstawiającą pałacyk. Jest o co się zaczepić. I – chyba wrócę do pana Korwina. Powinno go to zainteresować.
– Zgoda, ale to ma być po mojemu – odezwała się Małgorzata.
– Zaproszę go na obiad pod „Złotego kaczora”. I was oczywiście też – powiodła po młodych wzrokiem. Przy dobrym jedzeniu najlepiej się omawia poważne sprawy.
– Uff! – teatralnie odetchnęła Betty.
– A już myślałam, że całe dochodzenie chcesz zagarnąć dla siebie.
***
Towarzystwo musiało uzbroić się w cierpliwość. pan Korwin, aczkolwiek bardzo zainteresował się historią dziwnej ilustracji, miał wcześniejsze zobowiązania.
Do spotkania doszło cztery dni później.
Gdy już oddano należytą cześć talentowi kucharza z „Złotego kaczora”, antykwariusz sięgnął do teczki, z którą się nigdy nie rozstawał i wyjął kilka akwarel namalowanych na grubym kartonie.
– Na podstawie informacji, które przekazała mi pani Bittner, wytypowałem kilka obiektów związanych z hrabiną Holińską – powiedział, pokazując ilustracje przedstawiające dworki i pałace.
– Niestety na żadnym z wyszukanych przeze mnie obrazów nie ma wieży z zegarem, a jak rozumiem, ma on w tej historii istotne znaczenie. Natomiast przy dwóch pałacach znajdują się grupy pomnikowych dębów. To również wziąłem pod uwagę.
Pani Małgorzata z przepraszającym gestem przerwała wypowiedź antykwariusza.
– Proponuję zmianę miejsca obrad – uśmiechnęła się. – Zapraszam wszystkich na kawę do mnie. Tu nie ma warunków do spokojnej pracy, ciągle ktoś mi zagląda przez ramię.
No i… zawiesiła głos, Betty upiekła karpatkę według starego przepisu.
Wniosek przeszedł przez aklamację. Po krótkim spacerze wznowiono dociekania.
Towarzystwo zgodnie pochyliło się nad obrazkami, bacznie wypatrując jakichkolwiek śladów, które mogłyby naprowadzić na właściwy trop.
– To na pewno ta! – zawołała Betty, podnosząc wyblakłą akwarelę do światła.
– Po czym to sądzisz moja droga – sceptycyzm jej mamy był wręcz namacalny.
– Ja… Nie wiem. Poczułam, usłyszałam Jakby… ktoś mnie stamtąd zawołał. I te dęby…
– Hmm… I to ma być powód, byśmy gnali do… jak to jest podpisane? – Korczewa – opętane czterysta kilometrów?
Marcin odchrząknął.
– Ja… nie lekceważyłbym tej wersji. Przecież kilka dni temu wszyscy widzieliśmy, jak Marianna uśmiechnęła się i pobiegła z psem. Skąd możemy wiedzieć, czy nie próbuje się z nami skontaktować? Może Betty rzeczywiście coś odebrała?
Nieoczekiwane wsparcie przyszło ze strony antykwariusza.
– Moi drodzy. Tak naprawdę nie mamy żadnych jednoznacznych przesłanek, więc moim zdaniem zaufanie intuicji Betty, nie jest złym rozwiązaniem.
– Korczew – mruknęła prawie przekonana seniorka. – Coś mi ta nazwa przypomina.
Betty uśmiechnęła się.
– Niedawno przeglądałaś album „Pałace i dwory Podlasia”, który przyniósł ci stary wielbiciel.
Być może tam trafiłaś na opis. Tylko wtedy nic ci to nie mówiło.
***
Po krótkiej dyskusji przyjęto, że kierowcą podczas tej wyprawy będzie Marcin.
Wprawdzie nie miał najnowszego samochodu, ale jego bus zapewniał większy komfort podróży jak i obszerniejszą przestrzeń bagażową, niż nowoczesny Lexus pana Korwina.
Podczas jazdy Betty przeglądała w albumie informacje o Korczewie.
Jak wyczytała, kompleks budynków składał się z dużego pałacu, w którym według zapisów pamiętnika mieszkała babcia autorki.
Kolejny fragment tak ją poruszył, że przeczytała go na głos.
– „ Natomiast w głębi parku stoi Pałacyk Syberia z charakterystyczną wieżą ozdobioną kwadratową tarczą zegara. Według miejscowych przekazów zegar na wieży zatrzymał się na godzinie ósmej, ponoć sto lat temu. Dom usytuowany jest w sąsiedztwie najstarszych dębów w całym kompleksie. Idąc dalej tą samą parkową osią, można dotrzeć do stojącego wśród nich zabytkowego kamienia.”
Dziewczyna podniosła głowę.
– Wszystko się zgadza – wyszeptała.
– Nie przesadzaj, moja droga – zaczęła ją hamować matka.
– Na płocie było napisane „miód” i ten, co uwierzył, do lekarza musiał iść, bo drzazga w język mu się wbiła. Uwierzę, jak zobaczę na własne oczy!
To mówiąc, założyła słuchawki i uciekła od dalszej dyskusji w świat muzyki Szopena.
Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów przejechano w ciszy.
Marcin koncentrował się na szosie i tylko czasem w myślach pojawiało się rude pasemko włosów czy błysk zielonych oczu.
Betty dalej wertowała to pamiętnik, to album, próbując znaleźć dalsze informacje.
A Korwin i Małgorzata odpłynęli z tego świata czyli mówiąc prozaicznie – zasnęli.
Chrzęst opon na żwirze podjazdu obudził starszyznę. Marcin z fasonem podjechał pod szerokie schody prowadzące do kolumnady i dalej do wejścia. W głównym pałacu był hotel, więc oczywiste było, że nie szukali noclegu nigdzie indziej.
Przeżyli chwilę grozy, gdy dotarło do nich, że w ferworze poszukiwań zapomnieli o rezerwacji.
Miła recepcjonistka uspokoiła ich obawy, mówiąc, że zaledwie kilka pokoi było zajętych.
– Wybraliście państwo dobry termin – powiedziała z uśmiechem. – Do wczoraj mieliśmy tu komplet. Wesele trwało trzy dni.
***
Po rozlokowaniu w pokojach towarzystwo umówiło się na wspólną kolację w hotelowej restauracji.
Panowie bez utyskiwania przyjęli jako pewnik, że na „ładniejszą część” zespołu przyjdzie im nieco poczekać. Ich cierpliwość została jednak wynagrodzona niespodzianką.
Panie pojawiły się w strojach może nie z czasów powstania pałacu, ale z całą pewnością nawiązujących do stylu retro. Małgorzata wystąpiła w wieczorowej, marszczonej sukni z jedwabiu. Natomiast Betty w obcisłej kreacji z głębokim dekoltem, wyglądała jakby właśnie wyszła z salonu końca XIX wieku.
Marcin, gdy ją zobaczył, cicho westchnął. Coś do niego dotarło – „Betty była kobietą!”
Dziewczyna zauważyła jego zapatrzenie i zadowolona z osiągniętego efektu, minęła go lekko kołysząc biodrami.
W drodze do restauracji uwagę całej czwórki przyciągnęły duże tablice rozmieszczone wzdłuż hotelowego holu. Przedstawiały kolejne pokolenia właścicieli pałacu, uwiecznionych na fotografiach, rycinach i modnych w okresie międzywojennym sylwetkach portretowych. Natomiast ostatnia plansza była poświęcona obecnym właścicielom pałacu. Pod zdjęciami widniała data: 2024 rok. Zdjęcie było więc świeże, zaledwie sprzed dwóch lat.
Zatrzymali się na chwilę, przyglądając się dawnym i obecnym mieszkańcom Korczewa.
– Marcin, zobacz! – zawołała nagle Betty, wskazując na fotografię szczupłej brunetki z leżącym u jej stóp chartem. Na ścianie za postaciami wisiał kalendarz z 1915 roku.
– Te oczy, nos. Jesteś do niej podobny!
– Ty już wszędzie widzisz Marcina – burknęła Małgorzata, ale podeszła, by lepiej się przyjrzeć.
– Chociaż… trochę podobieństwa jest – przyznała niechętnie.
Zdarzenie przeszło jakoś bez dalszych komentarzy. Mimo to Betty, chcąc ukryć zakłopotanie, wzięła Korwina pod ramię i ruszyła w stronę restauracji.
Marcin popatrzył za nimi z nieoczekiwaną zazdrością, ale westchnął z rezygnacją i podał ramię pani Małgorzacie.
Kolacja upłynęła na luźnej rozmowie. Wszyscy, jakby zbierając siły na następny dzień, unikali rozmowy o celu przyjazdu. Na roztrząsanie zagadki Marianny przyjdzie czas.
Wkrótce rozstali się, ustalając spotkanie na śniadaniu o dziewiątej rano. Wprawdzie antykwariusz coś mruczał o „pogańskiej godzinie”, ale został przegłosowany.
***
Dzień zapowiadał się słoneczny. Towarzystwo w miarę punktualnie spotkało się przy stoliku. Nawet Korwin spóźnił się zaledwie kilka minut.
Pachnące omlety z konfiturami zajęły wszystkich na dłuższą chwilę. Pierwsza odezwała się, jak zawsze aktywna, Małgorzata.
– To jaki plan proponujecie na dzisiaj? – zapytała z taką intonacją, że nie było wątpliwości, iż sama ma już jedyną słuszną koncepcję.
Po chwili ciszy Marcin, z grzecznym ukłonem, ale i puszczając oko do Betty, powiedział:
– Może najpierw wysłuchamy pani propozycji.
– Więc po pierwsze, musimy zbadać wszystkie trzy punkty mające prawdopodobnie związek z całą historią. Uważam, że najpierw dęby, potem kamień, a na końcu pałacyk z zegarem.
– Widziałam informację, że pałacyk, po wcześniejszym zgłoszeniu, można zwiedzać samodzielnie. Klucz jest w recepcji – wtrąciła Betty.
– Tym lepiej. Nikt nam nie będzie przeszkadzał w zaglądaniu w zakamarki – podsumowała głównodowodząca. – Ale tak swoją drogą, czemu wpuszczają tam bez przewodnika?
– Z tego, co wyczytałam w albumie, na tę chwilę, pałacyk wyremontowano jedynie z zewnątrz, żeby nie szpecił krajobrazu. W środku niewiele zostało. Trochę dawnych malowideł na ścianach i, oczywiście, sama architektura.
– Betty jak widać odrobiła lekcję na szóstkę. – Skomentował Marcin, z uśmiechem.
– Moja krew – tym razem Małgorzata pochwaliła córkę. – Ale kawa dopita, za pół godziny spotykamy się przy schodach!
***
Na twarzach zbierającej się czwórki widoczne było napięcie. Każde z nich zastanawiało się „Co przyniosą najbliższe godziny?”
Szli spacerowym krokiem, podziwiając rozpościerający się przed nimi park.
– Spójrzcie – Marcin powiódł ręką. – Pomimo że park głównie składa się z dębów, ta grupa przerasta pozostałe co najmniej o kilka metrów!
Gdy podeszli bliżej, okazało się, że „zaczarowane” drzewa, jak je nazwali, rosną na narożnikach regularnego pentagramu. Cztery z nich miały ponad metrową średnicę pnia, ostatni połowę tej wartości, jednak rósł dokładnie na swoim wierzchołku.
Pośrodku polany sterczał ponad półtorametrowy, omszały menhir, niczym gnomon ogromnego zegara słonecznego.
Doszli do obrzeża polany. Gdy minęli jej granicę, po twarzach Małgorzaty i Marcina idących przodem, przebiegły dziwne skurcze. Ustały, gdy cofnęli się poza obrys pentagramu.
– Uff! – Sapnięcie pani Bittner wyrażało niespotykaną u niej frustrację.
– Wszystko się sprzysięgło, abym jednak uwierzyła w istnienie sił nadprzyrodzonych! Normalnie natrafiłam na elastyczną ścianę!
– Też to poczułem – potwierdził Marcin – To było… jak dotknięcie sprężystej galarety.
Betty położyła chłopakowi rękę na ramieniu.
– A poczułeś coś jeszcze? Usłyszałeś? – spytała z napięciem,
– Nie wiem. Jakby… szept: „Nie teraz, nie czas…”
– Czyli lepiej stąd odejdźmy. – Pan Korwin zdecydowanym ruchem odciągnął Małgorzatę dalej od dziwnej granicy.
– Zobaczmy co znajdziemy w pałacyku. Ale najpierw…
Z nieodłącznej torby wyjął sporą butelkę niecodziennego kształtu.
Cztery metalowe kieliszki napełnił intensywnie, ale przyjemnie pachnącym płynem.
– Bez obaw – zachęcił. – To wzmacniająca nalewka ze starych rodzinnych przepisów.
Nie powiem z czego, bo ma tyle składników, że za każdym razem muszę ponownie sięgać do receptury.
Rzeczywiście, nalewka poprawiła wszystkim nastrój. Ruszyli dalej.
***
Alejka skręciła w prawo i gdy minęli zakręt, ich oczom ukazał się niewielki pałacyk.
Jasne ściany, czerwona dachówka i kolumnowy ganek nadawały mu wygląd klasycznego dworu.
Od budynku wyraźnie odcinała się okrągła wieża na kamiennej podstawie, z wysokim stożkowym zwieńczeniem. Pod nim widniała kwadratowa tarcza zegara, który od prawie stu lat wskazywał ósmą.
Marcin podniósł głowę, patrząc na nieruchome wskazówki.
– To tutaj czas musiał się zatrzymać. Marianna powiedziała wtedy: To moja godzina, taka mi przypadła.
– Czyli tu trzeba szukać rozwiązania – niemal chórem powiedziała pozostała trójka.
Ruszyli do wejścia. Kluczem otrzymanym w recepcji otworzyli stare dębowe drzwi z mosiężną klamką. W środku było czysto i jasno. Właściciele najwyraźniej dbali nawet o rzadko odwiedzane zakamarki.
– Chyba… zaczniemy od zegara – Powiedziała Małgorzata, dziwnie cicha od zdarzenia z elastyczną przegrodą.
W milczeniu weszli na kręte schody prowadzące na wieżę. Parter i pierwsze piętro zajmowały pojedyncze pokoje na planie koła.
Drugie piętro, dużo niższe od wcześniejszych kondygnacji, w większości zajmował mechanizm zegarowy, więc musieli mocno się ścieśnić.
Marcin, chcąc zrobić więcej miejsca pozostałym, wcisnął się pomiędzy bok mechanizmu i ścianę wieży. Pechowo uderzył głową w jakiś wystający element, więc odruchowo skurczył się, by uniknąć kolejnej kolizji. Wtedy zauważył coś dziwnego, czego nie było widać, gdy stał wyprostowany.
Między zębami dwóch sąsiednich kół tkwił stary, kuty gwóźdź. A powyżej, w drewnianym elemencie konstrukcji, był pusty otwór, zasnuty pajęczyną.
– Chyba znalazłem winowajcę… – mruknął – Stamtąd musiał wypaść.
Spróbował poruszyć gwóźdź palcami, ale był mocno zaklinowany. Rozejrzał się, próbując znaleźć logiczny związek między zablokowanymi kołami a resztą mechanizmu.
– No… nie wiem – powiedział to ni do siebie ni do pozostałych.
– To mi wygląda na część odpowiedzialną za bicie godzin. Jeżeli zegar wskazuje ósmą, a tu jest blokada, być może, że niepełne wybicie godziny uruchomiło zdarzenia, które rzuciły Mariannę w międzyczas.
– Brzmi jak w bajce. Inna wersja „O śpiącej królewnie” – powiedziała Betty.
– Ale jedynym sposobem, by sprawdzić, czy masz rację, jest uruchomienie zegara.
Problem okazał się trudniejszy niż na pierwszy rzut oka się zdawało. Gwóźdź nie tylko był zaciśnięty siłą mechanizmu. Wieloletni kurz, pył, pajęczyny, połączone z zaschniętym smarem, utworzyły trudną do usunięcia masę.
Chłopak wyjął uniwersalny scyzoryk, z którym się nie rozstawał. Przez dłuższą chwilę cierpliwie wydłubywał zanieczyszczenia.
W pewnym momencie sfrustrowany słabymi postępami zaklął.
– Jak wydostać to diabelstwo!
Spróbował stukania w gwóźdź, ale scyzoryk był za lekki, by spełnić rolę młotka i wybić przeszkodę.
– Pójdę poszukać jakiegoś kamienia – widząc problem, powiedziała stojąca najbliżej drzwi Betty. I nie czekając na nic, szybko zbiegła po schodach.
Wróciła po minucie tryumfalnie prezentując kawałek granitu wielkości pięści.
– Jesteś nieoceniona – pochwalił.
Zmienił teraz sposób działania. Swój ukochany scyzoryk wykorzystał jako pobijak i krótkimi uderzeniami próbował wybić gwóźdź. Nie było łatwo. Na okładzinach scyzoryka pokazały się nitki pęknięć, a gwóźdź jedynie lekko się przesunął.
pan Korwin podsunął mu butelkę ze swoją nalewką.
– Ludziom pomaga prawie na wszystko. Spróbuj, może i tu zadziała.
Chłopak wylał kilka kropel cennego trunku na oporny metal. I czy to gwóźdź już był obluzowany, czy smarowanie pomogło, po kolejnym uderzeniu – sukces.
Gwóźdź jeszcze nie dotknął ziemi, gdy wokół zegara pojawiła się widmowa poświata. Kilkakrotnie zapulsowała i zgasła.
Zapadła cisza. Po dłuższej chwili nasi detektywi z rozczarowaniem popatrzyli na siebie.
Nic się nie działo. Zniechęceni zeszli na dół i stanęli przed wieżą.
I wtedy zabrzmiało donośne BAMM!!!
Gdy zdezorientowani rozglądali się wokół, od strony magicznego kręgu dobiegło cichnące echo.
BAM! BAM! BAM…
Nim ucichły ostatnie dźwięki, przestrzeń między dębami zasnuła mgła. Po chwili wyszedł z niej czarny spaniel, a za nim – Marianna. Niezmieniona od wieku.
Zebrani patrzyli na nią z radością przemieszaną z osłupieniem. Małgorzata przecierała oczy.
– Uszczypnij mnie – wręcz nakazała, zwracając się do Betty. Głośne – Au! – jakie po chwili wyrwało się z jej ust, przekonało ją, że to się dzieje naprawdę.
Marianna podeszła najpierw do Marcina.
– To ty! My się znamy… Szukałeś mnie?
Chłopak wziął ją za rękę, chcąc sprawdzić, czy znów nie przemknie mu przez palce. Ale nie, wąska dłoń była ciepła, a uścisk budził zaufanie.
Małgorzata podeszła i z wahaniem podała rękę przybyłej. Realny dotyk przywrócił jej rumieniec na twarzy, a oddech się uspokoił. Pozostali przywitali się w milczeniu, nie do końca wiedząc, jak się zachować wobec gościa z przeszłości.
– Jak mnie znaleźliście? – spytała Marianna – I jak wam udało się otworzyć czas?
Ruszyli swobodnym spacerowym krokiem. Marcin opowiedział całą historię poszukiwań, nie pomijając ani zasług uczestników, ani przypadków, które były pomocne.
Marianna, gdy dowiedziała się, że główną przyczyną jej zagubienia w czasie był… gwóźdź, westchnęła.
– A miałyśmy go mocniej wbić. Wieszałyśmy tam zioła do wysuszenia. Miejsce było znakomite, suche i przewiewne. Gdybym wiedziała…
– Jak to często robiłam, pobiegłam z psem do starych dębów. Babcia ostrzegała, by tam nie chodzić, ale, tyle razy to robiłam i nic się nie stało...
Byłam właśnie koło głazu, gdy usłyszałam bicie zegara. Nie zwróciłam uwagi, że uderzeń było tylko siedem.
– Pewnie dwudziesta, Dżeka, wracamy na kolację – zawołałam psa.
– W tym momencie otuliła nas gęsta mgła. Zostałyśmy wciągnięte w przestrzeń między czasem. Podróżowałam obok, nie mogąc dostać się do rzeczywistości. Co dziwne, nie musiałam jeść, spać. Żyjąc tam, pojawiałam się w różnych miejscach, ale nie do mnie należała decyzja gdzie.
Mogłam za to widzieć wszystko. Stąd, gdy połączyliście dwie części obrazka, na chwilę ilustracja stała się okienkiem między czasami. Mogłam dać wam znak – mówiąc to, uśmiechnęła się do Marcina, na co Betty lekko się nadąsała.
– Raz na kilka, kilkanaście lat coś się zmieniało, na chwilę stawałam się materialna. Pewnego razu, gdy pojawiłam się w domu, kierowana impulsem przedarłam obrazek z pamiętnika siostry i włożyłam jego część do ulubionej książki babci – „Dzieje Polski”. To było jedyne co przyszło mi do głowy, żeby zostawić jakiś ślad, sprowokować do poszukiwań. Ale, nic to nie dało. Przynajmniej do dzisiaj – dodała z uśmiechem.
– Tak było również wtedy, gdy mogłeś mnie dotknąć. Jak zaobserwowałam, dostrzec mnie mogli tylko nieliczni krewni. Niestety – z każdym pokoleniem było ich coraz mniej. A i tak nikt nie umiał mi pomóc. Traktowali mnie tylko jak ducha, palili świece, modlili się.
Do dzisiaj nie wiem, jak to było, że ty mogłeś mnie widzieć
Wbiła wzrok w Marcina.
– Czyżby…? – pytanie zawisło w powietrzu.
Odezwał się Korwin. – A jak można wyjaśnić elastyczną przegrodę dzisiaj wśród dębów?
I – jak to było? „Nie teraz, nie czas…”
Marianna pokiwała głową. – Tak, to ja byłam za przegrodą. Widziałam was na wyciągnięcie ręki. Tylko tyle mogłam zrobić, żeby was ostrzec. Gdybyście posunęli się krok dalej, mogliście dołączyć do mnie.
– A mnie nurtuje jeszcze jedno zdarzenie – odezwała się Betty. – Marcin opowiadał, że gdy spotkaliście się w parku, byliście razem zaledwie kilkadziesiąt sekund. Jak więc się stało, że dla niego minęła godzina?
– Po prostu przez kontakt ze mną wpadł na chwilę w międzyczas. Na szczęście, nie na stałe…
Opowieści zajęły ich tak bardzo, że nie zauważyli, że stoją już przy schodach do głównego wejścia.
Gdy szli długim holem, Betty poskoczyła niecierpliwie.
– Marianno! Musisz to zobaczyć! To nic pewnego, ale…
Pociągnęła ją w stronę, gdzie stały tablice ze zdjęciami.
– Popatrz – wskazała fotografię, która wcześniej ją zainteresowała.
– Czy ona ci kogoś przypomina?
Marianna pochyliła się, by lepiej widzieć.
– To… Viola, moja siostrzenica. A obok niej Astor. Ten chart nikogo poza nią nie tolerował.
Przyjrzała się dokładniej i spytała Betty.
– Ale, o co ci chodziło z tym zdjęciem?
W tym momencie odruchowo spojrzała na Marcina.
– Rzeczywiście. Oczy, nos, zarys ust… Kim byli twoi dziadkowie? – spytała
Marcin z zakłopotaniem pokręcił głową.
– Dziadek Robert Wilanowski i moja babcia Marianna, z domu Szymanowska. Mieli jednego syna, mojego ojca. O dalszej rodzinie niewiele wiem. Dziadkowie zmarli, zanim zacząłem się interesować takimi rzeczami, a rodzice też nie mieli za dużo danych.
Marianna przez chwilę mruczała coś pod nosem, próbując poskładać rodzinną genealogię.
– To jest możliwe. Viola wyszła za Szymanowskiego. Byłam na ich ślubie. Mieli córkę Mariannę. Dali jej imię po mnie – byłam jej matką chrzestną.
Spojrzała na Marcina.
– No i jeżeli ta Marianna była twoją babcią, to Viola była twoją prababką.
Marcin zdębiał, patrząc na piękną dwudziestopięciolatkę, która, jak się zanosiło, była ciotką jego prababki.
Zapadła cisza. Wszyscy przetrawiali nieoczekiwaną konkluzję Marianny.
Pierwszy ocknął się z zamyślenia pan Korwin. Wyjął z teczki spory tablet i z wyraźną wprawą zaczął w niego stukać. Raz i drugi rzucał pytanie o dane przodków to do Marianny, to do Marcina i…
– No, MyHeritage jak zwykle niezastąpione – powiedział z zadowoleniem.
– Wychodzi na to, pani Marianno, że pani analiza jest bez zarzutu.
Pokazał wszystkim wyświetlony diagram obejmujący kilka pokoleń Wilanowskich i Szymanowskich. We wcześniejszych pokoleniach wyraźnie widniały łączące się z nimi linie Marianny Drzewieckiej i Haliny z Drzewieckich Holińskiej…
***
Droga powrotna, gdy wszyscy w busie siedzieli blisko, sprzyjała rozmowom. Trochę chaotycznie, ale udało się w miarę ustalić co robić dalej?
Pomimo sugestii Małgorzaty, Marianna zdecydowanie odcięła się od możliwości dochodzenia praw do rodowego majątku. Uznała, że nawet najbardziej życzliwy urzędnik nie uwierzy, że stoi przed nim Marianna Drzewiecka lat 124. A na wieloletnie korowody prawne nie miała ani chęci, ani funduszy.
Pani Bittner uznała te racje i zaproponowała Mariannie swój pokój gościnny na czas nieokreślony. Co skończyło się serdecznymi uściskami i brawami reszty zespołu.
Czary minęły, zaczęło się normalne życie.
Marcin kilkakrotnie zapraszał Mariannę na spotkania, ona odwiedziła go w domu. Zauroczenie i przeżyta przygoda zbliżyły ich do siebie, ale… co tu dużo mówić. Każde z nich było z innej bajki.
W efekcie zostali naprawdę dobrymi przyjaciółmi.
Marcin zdobył szeroką wiedzę o swoich praprzodkach, o których nawet specjalistyczne portale nie wiedziały. Marianna z kolei systematycznie była zaznajamiana ze współczesną codziennością i jej techniką. Wprawdzie nie uciekała przed samobieżnym odkurzaczem, cały postęp mogła obserwować na bieżąco, ale… jak go obsługiwać, to była zupełnie inna sprawa.
Betty, jak przed przygodą, kontynuowała naukę w Akademii Muzycznej. Nie za często, ale zawsze z przyjemnością szukała towarzystwa Marcina, który też jej nie unikał.
Nie umawiali się, ale… dwa, trzy razy w miesiącu wpadali na siebie, co kończyło się kawą, kinem czy spacerem.
***
Do towarzyskiej tradycji weszły comiesięczne spotkania przy kawie, które na zmianę organizowali Małgorzata i antykwariusz. Za każdym razem przygotowywali jakąś historyczną ciekawostkę do pokazania lub opowiedzenia.
Marianna, po kilkumiesięcznej aklimatyzacji w nowej dla niej rzeczywistości, znalazła swoje miejsce. Zaczęła malować akwarele, początkowo dla przyjemności, ale wkrótce jej talent został zauważony.
Jak pisano w prasie:
– W malarstwie Panny Drzewieckiej zachwyca jej niezwykła wierność dziewiętnastowiecznej manierze akwareli.
Do wypromowania jej twórczości przyczynił się też pan Korwin, który nie tylko ozdabiał okno wystawowe antykwariatu jej pracami, ale i dzięki różnym znajomościom, zorganizował wystawę obrazów w prestiżowej galerii.
W konsekwencji już po półtora roku podróżniczka w czasie całkiem się usamodzielniła.
***
Od przedziwnych zdarzeń minęły dwa lata.
Prawie w kolejną rocznicę rozwiązania zagadki Betty miała swój pierwszy profesjonalny recital fortepianowy, na który oczywiście zaprosiła wszystkich znajomych.
Po gali, oklaskach i wspólnym obiedzie towarzystwo rozeszło się, każdy w swoją stronę. Każdy? No nie!
Betty i Marcin spacerkiem poszli w kierunku parku. Celowo czy przypadkiem, ale usiedli na ulubionej ławeczce chłopaka.
– Tu wszystko się zaczęło – powiedział cicho.
– I tu się zakończy – zdecydowanym tonem powiedziała Betty, kładąc mu głowę na ramieniu.
Przez park przemknął ostatni cień rudowłosej i wesołego psa…
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania