Dziewięć żyć dziewczyny z czarnym warkoczem
Dziewięć żyć dziewczyny z czarnym warkoczem
Lipiec 2020
Był dwudziesty drugi lipca. Dziewczyna, na oko dwudziestoletnia stała przed drzwiami skromnego, ale zadbanego domu. Stała pięknie o ile można tak powiedzieć. Opierała rękę na prawym biodrze przechylonym lekko w bok. Zapukała do drzwi. Miała na sobie czarne obcisłe spodnie, luźną koszulkę i okulary przeciwsłoneczne z różowymi szkłami i srebrnymi oprawkami. Co chwila odrzucała do tyłu swoje długie prawie do pasa, czarne włosy splecione w warkocz delikatnym ruchem głowy. Zniecierpliwiona zapukała do drzwi energiczniej niż można było się spodziewać. Nikt nie otwierał. Sięgnęła więc do kieszeni i wyciągnęła kluczyk z breloczkiem przedstawiającym emotikonę szczęścia, szeroko uśmiechniętą buźką. Drzwi nie dały się jednak otworzyć, przez kluczyk włożony od środka. Dziewczyna spojrzała w górę i kopnęła w drzwi. Pomyślała jak bardzo nienawidzi swojego ojca. Przeszła kawałek wzdłuż ściany domu, do najbliższego okna.
-Tato!- zawołała lekko znużonym głosem jednocześnie pukając w szkło.
-Tato!
Nikt nie odpowiadał, więc ruszyła dalej, zaglądając do każdego okna i wołając z coraz bardziej wyczuwalną nutką wściekłości. W ostatnim oknie, przez które zwykle widać było pokój ojca, zasunięta była roleta. Nigdy nie widziała jej opuszczonej w dzień. Dziwny niepokój uderzył dziewczynie do głowy, ale odruchowo odsunęła go do emocjonalnego tła. Zawsze uważała, że właśnie dlatego to głównie mężczyźni popełniają samobójstwa. Przez ukrywanie swoich emocji w końcu rozrywają się od środka. Albo przechodzi ich zgnilizna i niczym pleśń daje się zauważyć dopiero gdy jest już za późno. Spróbowała zajrzeć przez cienką linię pod roletą, ale słońce nie pozwalało dojrzeć nic w ciemnym wnętrzu. Tworząc z dłoni coś w rodzaju daszka dziewczyna spojrzała do środka. Tym razem dojrzała w mroku leżący pośrodku kapeć, a obok przewrócony kuchenny stołek. Odruchowo zmarszczyła brwi, a po chwili pod wpływem impulsu otworzyła oczy najszerzej jak potrafiła i poczuła zbliżające się torsje. Dziewczyna przybrała niezdrowego koloru. Gdyby kolor ten miała farba ścienna pasowałaby do niej nazwa „Ból Brzucha”. Słodki róż jej okularów kontrastował z twarzą potęgując bladość. Powstrzymywany niepokój gdyby mógł zapewne wychodziłby już każdym porem jej ciała. Dziewczyna resztką rozsądku wybrała numer alarmowy i drżąc przybliżyła telefon do ucha.
***
Strażak ostrożnie, ale szybko wkroczył do domu przez wyważone drzwi. Od razu do uszu dobiegły mu ciche trzaski, jakby szybko paląca się żywiczna szczapa. Skierował się do źródła dźwięku i otworzył drzwi. Mimo, że wiedział co prawdopodobnie czeka go w pokoju, drgnął. Na naderwanym żyrandolu wisiał szczupły mężczyzna w średnim wieku. Najbardziej średnim jaki może być, gdzieś pomiędzy czterdzieści pięć, a czterdzieści osiem lat. Szyję ściskał mu czarny, oficerski pas, bardzo podobny do pasa jaki strażak miał w tym momencie na sobie. Twarz miał sinoczerwoną z elementami szarości, jakby mocno dojrzałą śliwkę zmieszać z betonem i posypać dużą ilością pudru. Język mężczyzny prawdopodobnie był przygryziony, bo po brodzie powoli skapywała ślina zmieszana z dużą ilością krwi. Pokój urządzony był oszczędnie. Pod oknem stała złożona amerykanka, przy niej stolik i gramofon, na którym płyta domagała się obrotu na drugą stronę. To właśnie ona wydawała trzeszczący dźwięk. Był to debiutancki album Joy Division. Pięćdziesiąt pięć minut później ciało mężczyzny leżało już w pobliskim prosektorium.
***
Pierwszy dzień maja 1999
Szarpiący się mężczyzna przywiązany do leżanki był prowadzony po białym szpitalnym korytarzu. Krzyczał niewyraźne słowa zdartym pełnym bólu, niezrozumienia i wściekłości głosem. Przy nim szło szybkim krokiem kilka osób, dwie pielęgniarki, salowy prowadzący łóżko i czarnowłosy lekarz na zmianę mówiący coś w stronę pielęgniarek i uspokajający pacjenta. Po chwili lekarz machnął ręką, cała grupa zatrzymała się, a jedna z pielęgniarek na polecenie doktora odchyliła rękaw mężczyzny na leżance i wstrzyknęła domięśniowo coś w jego ramię. Następnego ranka, już po godzinie dziesiątej ten sam mężczyzna siedział w lekarskim gabinecie z przygłuszonym lekami głosem i delikatnie głupim wyrazem twarzy.
-Nigdy tego nie zrozumiem Pani doktorze, nigdy- Gdyby nie benzodiazepiny mężczyzna nie powiedziałby tego tak spokojnie.
-Nie w tym rzecz… Nie musi Pan rozumieć
Po dłuższej rozmowie z lekarzem mężczyzna został odesłany do sali, w której tymczasowo spał. Idąc, korytarzem, ominął nieśmiało machającą do niego czarnowłosą dziewczynkę. Miała rozpalone policzki i mokre, przekrwione oczy. Patrzył na nią beznamiętnym, łagodnym, wzrokiem, w którym widać było jednak zagłuszone cierpienie, patrzył jak Jezus idący na wzgórze czaszki.
***
Ostatni dzień kwietnia 1999
-Chodźmy na samą górę -Powiedziała młoda kobieta z czarnym warkoczem do mężczyzny idącego po schodach o krok za nią.
-Jak chcesz możemy iść, ale nie wiem czy to na pewno dobry pomysł.
-Oczywiście, że nie- kobieta roześmiała się.
Chwilę później zatrzymała się na półpiętrze i schyliła kładąc dłonie na kolanach. Spojrzała na mężczyznę jakby z odrobiną nostalgii. Patrzyła tak chwilę, aż On się odezwał:
-Wszystko w porządku?
-Tak- uśmiechnęła się kobieta- dlaczego miałoby być inaczej? – bardziej stwierdziła niż spytała.
-Nie wiem, ostatnio dziwnie na mnie patrzysz… jakbyś spoglądając na mnie przypominała sobie dzieciństwo albo myślała o niewykorzystanej szansie na ekscytującą podróż.
-Proszę, nie gadaj bzdur - kobieta odwróciła wzrok i pobiegła schodami w górę.
Po kilku minutach oboje stali po środku dachu w środku miasta i właściwie po środku ich świata. Słońce już zaszło i na bezchmurnym niebie pozostawała jeszcze coraz mniej intensywna smuga czerwieni. Wiał delikatny wiatr, jaki na czwartym piętrze ustępuje tylko w samo południe.
-O czym teraz myślisz?- spytał mężczyzna
- Martwię się
-O co?
-O ciebie, o dziecko… Błagam cię wyrzeknij się jej…
-Nie rozumiem, o jakim dziecku ty mówisz? Czy ty…
-Niedługo zrozumiesz- Kobieta wyraźnie bladsza z sekundy na sekundę posuwała się w stronę krawędzi, najpierw powoli, a potem coraz szybciej. Wyglądała jakby biegła mimowolnie wciąż bezskutecznie próbując się zatrzymać.
-Co ty robisz?- zdezorientowany mężczyzna odwrócił ciało w stronę kobiety i zatrzymał oddech. Dopiero o sekundę czy dwie za późno zorientował się co się dzieje. Rzucił się w kierunku swojej ukochanej, a gdy stracił ją z oczu padł na kolana chwycił się za włosy i krzyknął jedyne co mógł krzyknąć w tej chwili:
-Nie!Nie!Nie!
***
2000
Rok później, gdy wyszedł ze szpitala, wziął za rękę dziewczynkę z pięknym czarnym warkoczem, jego nową córkę, i ruszył do domu. Spojrzał na nią kochającym wzrokiem.
-Jesteś tak samo piękna jak twoja mamusia.
***
2041
Mężczyzna powiedział do lekarza przytłumionym lekami głosem:
-Nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem… nigdy.
-Nie w tym rzecz proszę pana… nie w tym rzecz.
s.k.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania