Echo i cień

Podniósł głowę i uśmiechnął się do słońca, które już przez wiele lat zasłaniało światłem niecne postępki włamywacza. Nie wierzył w propagandę przysłów, dlatego postanowił sprawdzić, czy najciemniej jest naprawdę pod latarnią. Było. Obrabiał domy w bezwstydnej nagości pogodnych, jasnych dni, kiedy ludzkie mrowię harowało, a mrowiska stały opuszczone. Nie wpadł nigdy, choć nie zawsze udawało się wyjść z cennym łupem.

Przeskoczył furtkę, rozejrzał się, sięgnął do futerału na skrzypce i wyciągnął łom. Balkonowe drzwi odpuściły szybko. Zamarł na chwilę w kompletnym bezruchu.

— Czysto – mruknął.

Przetrząsnął szafki i szuflady, po czym zabrał się do kartkowania książek, których długie rzędy ciągnące się na lekko zakurzonych półkach zapowiadały żmudną pracę. Westchnął jak robotnik, który tępą łopatą musi wykopać głęboki i szeroki rów, ale ponieważ na dnie wcale nierzadko czekała nagroda, więc harował ciężko.

— „Rosemary’s baby” – przeczytał głośno tytuł wertowanej książki.

Gdzieś u sąsiadów zakwiliło dziecko, na zewnątrz chmura zasłoniła słońce, pomieszczenie na chwilę utonęło w mroku. Skwitował uśmiechem literacko–muzyczno–plastyczny zbieg okoliczności; lubił ładne rzeczy, a ta była perłą. Nie rzucił książki na podłogę tak, jak pozostałych; wypadła z rąk sama. Myślał, więc nakręcony umysł wiele mówił, lecz nie przed wszystkim ostrzegał, dlatego dopiero po chwili zrozumiał, że nie było żadnej chmury, a odgłosy dziecięcego płaczu nie dobiegły od sąsiadów lecz z przeciwległego krańca pomieszczenia. Stał jak wryty, nie rozumiejąc zjawiska. Krzyk dziecka się wzmagał, pokój tonął w ciemności, chociaż słońce zalewało światłem świat. Jakby dwie potężne płaszczyzny wszechbieli i wszechczerni spotkały się tuż za oknem tego przeklętego domu. Ogarnął go lęk. Nie przed duchami, lecz przed zwykłym ludzkim prawem. Dzieciobójstwo, pedofilia, jeżeli coś temu maluchowi się stanie, będzie pierwszym w gronie podejrzanych.

— Zostawili dzieciaka bez opieki – szepnął i powoli podszedł do łóżeczka, na które wcześniej nie zwrócił uwagi.

Dziecko, sine od płaczu, wydawało się, że zaraz padnie. Szybkim fachowym ruchem włożył prawą rękę pod główkę, a lewą w okolice krzyża, uniósł i przytulił niemowlę do siebie. Płacz cichł, pokój jaśniał. W duchu dziękował Bogu za godziny, które poświęcił opiece nad siostrzeńcem.

— Jestem w śnie – pomyślał z ulgą. — Wystarczy, że krzyknę.

Jednak czuł, że krzyk zdradziłby nie wyśnioną lecz prawdziwą obecność intruza.

Położył dziecko do łóżeczka i, nie dbając już o własne bezpieczeństwo, zdjął cienkie rękawiczki, które schował do kieszeni spodni, po czym rozłożył kocyk na sąsiednim szerokim stoliku i powtórnie uniósł niemowlaka.

— Dziewczynka – szepnął z uśmiechem w czasie przewijania.

Do podgrzewacza włożył przygotowaną wcześniej przez kogoś butelkę i nacisnął guzik urządzenia. Dzieciak fiknął nóżkami, zaśmiał się, uderzył powietrze zaciśniętymi piąstkami. Blask pomieszczenia oślepiał. Dziewczynka zakwiliła; pokój zasnuła gęsta ciemna mgła. Smoczek butelki wetknięty w niewielkie usteczka uciszył dziecięce łkanie i rozproszył noc. Trzymając niemowlę w ramionach, na siedząco usnął.

Ocknął się o czasie. Do powrotu mieszkańców miał jeszcze godzinę. Położył delikatnie maleństwo do łóżeczka i wymknął się tą samą drogą, którą przybył kilkaset chwil wcześniej. Przy furtce odwrócił się na chwilę i, jakby nie chcąc kogoś zbudzić, szepnął cicho do siebie: „śpi mocno”. Przez okna przymkniętego balkonu wydobywał się słoneczny blask.

Odpoczywał. Myśl, wyciszona kąpielą, lekką kolacją, muzyką i książką zredukowała w przedsennych rozliczeniach niezrozumiały czynnik gry ciemności i światła w tamtym dziwnym domu, aby skoncentrować umysł na nieskażonej emocji. Złodziejską duszę wypełniało teraz monolityczne uczucie, przy którym inne bladły jak gwiazdy przy pełni księżyca. Tęsknił. I z tęsknotą usnął.

Niecierpliwość obudziła się pierwsza. Kazała iść, biec, pędzić tam, gdzie dziecięcy śmiech jaśniał dniem, a płacz sprowadzał gęstą noc, ale musiał czekać, aż napiętnowany rodzicielską nieodpowiedzialnością dom opustoszeje, więc czekał, mierząc czas instynktem przestępcy. Gdy już nadszedł upragniony moment, nie zwlekał ani chwili. Ubrał się, do futerału na skrzypce wrzucił łom, po czym sprężystym krokiem sprawnego mężczyzny rozpoczął śmiały i radosny marsz.

Kilkadziesiąt minut później cel pojawił się w zasięgu wzroku, ale wewnętrzny system ostrzegawczy wysłał jednocześnie silniejsze sygnały. Zakochaną parę spacerującą po osiedlowych uliczkach rozpoznał natychmiast. Nie byli ani parą ani zakochani.

— Cholery można dostać – rzucił, mijając się z dwojgiem tajniaków penetrujących teren po wczorajszych złodziejskich wybrykach. — Dzień w dzień, noc w noc ten bachor tam wrzeszczy, a czepiają się moich skrzypiec!

Uderzył dłonią w futerał i zniknął za rogiem otoczony rojem gestów neurotycznego artysty. Okrążył budynek, rozejrzał się, przeskoczył furtkę i zabrał się do pracy. W szczelinę między ramą balkonowego okna a futryną wcisnął łom, po czym energicznym ruchem uruchomił dźwignię. Niechlujnie naprawiony zamek nie stawiał oporu. Stał przez chwilę na granicy zalanego słońcem ogrodu i pokoju, który wypełniała zapłakana noc. Uśmiechnął się i przekroczył próg.

Dzień w dzień, tydzień za tygodniem zmianą pampersów, porcjami mleka, kołysaniem, tuleniem utrzymywał równowagę między światłem a ciemnością.

— Załatwili sobie darmową niańkę – powiedział któregoś razu do dziecka. — No, za cenę ciągłego naprawiania zamka. Właściwie to jak ty masz na imię? Pomyślę i jutro ci powiem.

Gdy „jutro” zamieniło się w „dzisiaj”, a niecierpliwa tęsknota w śmiały i radosny krok, maszerował z gotowym imieniem na ustach. Łom tym razem niósł w sportowej torbie, ponieważ w futerale spoczywały skrzypce. Przekroczył próg i zalała go bolesna ciemność. Potężnym wysiłkiem woli otworzył jeszcze oczy, aby nakarmić pewnością zwierzę przerażenia. W pokoju ani śladu łóżeczka, dziecka, szerokiego stołu z górą pampersów i podgrzewaczem.

— Co z nią zrobili? – pomyślał.

— Wreszcie cię mam złodzieju skurwysynu – usłyszał jeszcze głos z oddali i na długą chwilę zgasł.

— Muszę wyjść – rzucił mężczyzna do żony. — Pilnuj kochanie tego śmiecia – wskazał na przywiązanego do krzesła włamywacza. — Czekaj…

Wziął coś ze stołu, podszedł do złodzieja i, szarpiąc za włosy, odchylił mocno głowę więźnia, po czym czarnym markerem wyrysował na jego szyi półkolistą linię. Żonie wcisnął do ręki ukochaną brzytwę.

— Gdyby się ruszył, tnij wzdłuż tej krechy.

— Kiedy przyjdziesz? – zapytała przerażona.

— Godzina, nie więcej – pocałował ją w usta i wyszedł.

Gdy wrócił, przywitał go dygot i płacz kobiety.

— Nie umiałam, znowu czegoś nie umiałam! Znowu coś źle zrobiłam! – krzyczała, bijąc piąstkami w pierś mężczyzny.

— Ciiii – przytulił czule żonę i głaskał po plecach.

Zrozumiał, ale aby się upewnić, podszedł do więźnia, wyciągnął z kieszeni higieniczną chusteczkę i otarł jeszcze świeżą krew. Rzeczywiście. Linia cięcia rozmijała się w pewnym punkcie z łukiem zaznaczenia, aby samowolnym zygzakiem dryfować dalej na mielizny efektów niestarannie wykonanej pracy.

Usiedli razem na kanapie naprzeciwko włamywacza. Już przeszło. Już była szczęśliwa. Wdzięczna za delikatną naganę i rzeczową korektę, z prawidłowo (wzdłuż wyrysowanej markerem linii) podciętym gardłem patrzyła na niezdarnie przez siebie zrobionego trupa, a rozluźnione coraz bardziej ciało wtulało się w męskie ramię, zupełnie jak dziecko, którego tak pragnął, a którego mu nigdy nie dała.

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (11)

  • Dekaos Dondi 2 miesiące temu
    Nachszon→Bardzo ciekawy tekst. Taki ''inny''. Jakby miedzy czymś a czymś.
    Jakby chodziło tylko o jedną osobę, w kilku wersjach punktu widzenia. Nie wiem jak rzec.
    Raczej każdy zrozumie inaczej→zdaniem mym:)↔Pozdrawiam:)↔5
  • Nachszon 2 miesiące temu
    DD, Dziękuję Ci za docenienie tej inności.Bardzo interesujące spostrzeżenie - kilka wersji punktu widzenia tej samej osoby w jednolitym linearnym tekście. To chyba lepszy myk niż "Gra w klasy". Oczywiście żart, nie śmiałbym się równać z wielkim Julio. Bardzo Ci DD dziękuję.
  • pasja 2 miesiące temu
    Powiało mrocznym klimatem z książki „Rosemary’s baby”. Można pomyśleć o rozdwojeniu jaźni. Dom wypełniony pragnieniem za dzieckiem i obwinianie się za ten fakt nieszczęśliwej kobiety. Mężczyzna zaś do przesady perfekcyjny. Świadczy o tym nakreślony półkolisty szlaczek do przecięcia tętnicy szyjnej. Pozostawia brzytwę i wychodzi, kiedy wraca czule uspokaja biedną kobietę. Czy jest nadludzki?
    Obok przepiękny proces przemiany wyłamywacza z łomem w nianię ze skrzypcami. W ogóle uważam, że złodziej był bardzo zorganizowanym i eleganckim włamywaczem. W dzień okradał domy, a wieczorem słuchał muzyki i czytał książki. Czy to czysty przypadek, że znalazł się w tym domu, że wymknęła mu się z rąk ta właśnie książka, że miał doświadczenie w pielęgnowaniu dzieci?

    "Jakby dwie potężne płaszczyzny wszechbieli i wszechczerni spotkały się tuż za oknem tego przeklętego domu. Ogarnął go lęk. Nie przed duchami, lecz przed zwykłym ludzkim prawem" - jak mocno i prawdziwie pomyślał w tamtej chwili, bo to ludzie piszą prawo i go stosują według swojej perspektywy.
    Był jak najbardziej doskonałym ogniwem w tej całej tajemniczej układance.„utrzymywał równowagę między światłem a ciemnością”… tak zaoferowany małą dziewczynką nie dostrzegł śmierci.
    Przed swoim zatraceniem zapomniał o niej. Wszystko inne było ważniejsze. Nawet niósł dla niej imię niewyjawione przez Autora. Ciekawe jakie?

    „Potężnym wysiłkiem woli otworzył jeszcze oczy, aby nakarmić pewnością zwierzę przerażenia”… ostatni raz szukał dziecka, lecz nic nie ujrzał.
    Niedokończenie skrzypcowej muzycznej aranżacji. Niedokończenie przejścia w inny wymiar. Zakończenie też jest niedokończone. Pozostawia wiele znaków zapytania do odgadnięcia. Jedno z nich to, że nie wiemy nic o dziecku, jedynie płeć.
    Sam tekst ciężki usadowiony w psychologicznej matni.
    Pozdrawiam
  • Nachszon 2 miesiące temu
    Ale się przejechałaś Pasja po tekście w tym pozytywnym znaczeniu. Rozebrałaś go niemal do naga. Taki Czytelnik jak Ty, to prawdziwy skarb. Zamiast skrzypiec zagrały Twoje myśli i to jest właśnie to. Super komentarz. Super odbiór. Super wyczucie. I w ogóle super. Dzięki Ci pasja śliczne.
  • Marian 2 miesiące temu
    No, jest to coś ciekawego.
    Trochę horroru, trochę SF, ale w sumie OK.
  • Nachszon 2 miesiące temu
    SF? hmmm, ciekawe. No ale autor nigdy nie panuje do końca nad tekstem. Dziękuję bardzo.
  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka. Może ta para na końcu to była ta sama para, którą uważał za tajniaków, a jednak okazało się inaczej. Prawidłowo rozpoznał, że nie są zakochani, nieprawidłowo, że nie są parą. I wpadł.
    A co do dziecka – niby jest powiedziane, że chciała go ta para, a ja sądzę, ze tak naprawdę najbardziej chciał go włamywacz. Dlatego, gdy włamał się do domu, w którym naprawdę płakało dziecko, wszystko mu się przewartościowało i podświadomie dążył już tylko do tego by dać się złapać. To mogłoby mu dać szansę na nowe rozdanie. Nie przewidział jedynie, że w tym nowy rozdaniu dostanie tak słabe karty.
  • Nachszon 2 miesiące temu
    Bajkopisarzu, mogło tak być, mogło tak być, ale mogło też być zupełnie inaczej. Któż to wie, jak to było naprawdę. No ja w każdym razie nie wiem. Dziękuję Ci śliczne za przeczytanie i komentarz.
  • Wrotycz 2 miesiące temu
    Bardzo na tak. Lubię już w trakcie i zaraz po przeczytaniu oglądać swoje rozproszone wokół głowy myśli i wrażenia. I szukać najbardziej jasnych, ustanawiających porządek.
    Tu skupiłam się na symbolice światła i ciemności. Dziecko - zawsze pokój zalany słońcem i radosna droga do niego. Dziecko to echo i cień? Na pewno nie było realne, bo nikt nie zostawia niemowlęcia samego na tak długi czas. Chyba że jest ono pragnieniem, do którego się wraca. Bezimiennym, nawet nie poczętym.
    Ciemność to zło. Strach, przerażenie. To realność, w której pedanteria męża ustanawia porządek, pozwala funkcjonować w braku.
    Złodziej... wirtuoz marzenia o dziecku. On jest dobry i zły. I dziecko też nie bez powodu pojawiło się podczas wertowania Rosemary baby.
    Brak maleństwa i ciągłe tego faktu rozpamiętywanie niszczy relacje między żoną i mężem. Tzn. mąż ją 'karze', wymagając, jeśli nie dała mu ukochanej córki, perfekcji we wszystkim innym.
    Dobrze myślę?
    Mąż sam siebie łapie. Jest złodziejem ich wspólnego czasu, bo światłem dla niego jest nienarodzone dziecko, a ciemnością - realne życie z niedoszłą matką.
    Sam siebie zabija? Nie, kiedy się już złapał na tym, co robi, kiedy już sobie uświadomił, że tak niszczy, chce pozwolić żonie zabić swoje alter ego, którego się bała. Tej wymagającej perfekcji - jego ciemności. Kocha go i nie potrafi spokojnie, celnie, beznamiętnie potępić.

    Niby wymagający porządek to jasność, ale najciemniej jest pod latarnią. Mąż/złodziej nie ukrywał frustracji z powodu bezpłodności.
    A ta para tajniaków? To oni w nielicznych chwilach, kiedy oboje kontrolowali sytuację i starali się nie wracać do wielkiego braku.
    Echo bólu ucichnie, a z jasności i ciemności będzie spokojna szarość, już tylko cień.

    Świetne opowiadanie drażniące zmysły. Nachszonowe do bólu.
    Radosna udręka mijającej godziny.
    Kilka czytań.
    I pewnie zbłądziłam, ale do wszystkiego można przywyknąć.
    Grunt, że mi się własne myśli pozwoliły utkać w odbiorczy arras.
  • Nachszon 2 miesiące temu
    Wrotycz, ależ interpretacja! Przecudna, przesmakowita. Jak to dobrze zaprosić ludzi do podróży, a jeszcze lepiej, gdy ludzie z tego zaproszenia skorzystają. Wyciągasz z opowiadania nawet to, czego ja sobie pisząc nie uświadamiałem. Cudny komentarz, niesamowite myślenie. W połączeniu z komentarzem Pasji to prawdziwy wybuch jądrowy. Ależ się cieszę i pozdrawiam. Ach, i oczywiście bardzo dziękuję z głębin swojego serca, którego podobno nie mam.
  • Wrotycz 2 miesiące temu
    A kto twierdzi, że nie masz? Pamiętam, że niedouczonych krytykantów wykpiwałeś niemiłosiernie, ujmując się za tekstami.
    ______________________________________-
    Obym nie zginęła przez promieniowanie:)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania