Egzorcysta
„I stropił się szatan, kiedy spostrzegł, ile jego dzieci jest niszczonych na ziemi…”
Skeld Rainhold prowadził pewną ręką swojego forda mondeo. Zaciskał mocno dłonie na kierownicy. Lało tak mocno, że wycieraczki na podwójnej prędkości nie nadążały usuwać wody z szyby. Wokół świat przedstawiał się jak rozmazany obraz, malowany akwarelą, postacie przenikające ulicami pod parasolami wyglądały tajemniczo. Koniec lutego przyniósł obfite deszcze i…opętania.
To był wieczór, jak setki poprzednich. Ścisły post pozwolił Skeldowi wprowadzić się w głęboką medytację, wyrzucić zbędne myśli z zakamarków świadomości. Bieżnia i dwie godziny wycisku na siłowni dopełniły przygotowań.
Skeld był wysokim, grubokościstym mężczyzną. Czarne, długie włosy zaplecione w kilka warkoczy, spływały swobodnie po skórzanej kurtce, sięgającej kolan. Bojówki i buty magnum, dopełniały mrocznego wyglądu. Tak lubił, taką miał naturę. Uważany często za arbitralnego typa, musiał radzić sobie jakoś pomiędzy dwoma światami. Tym ziemskim, chorym, pełnym dwunożnych wilków, gotowych sprzedać matkę i roztargać komuś gardło, i tym bardziej przerażającym, paranormalnym, ale przewidywalnym, władanym przez demony.
Był wojownikiem, przyjmującym wyzwania na nieco innym polu bitwy. Bez drzew, trawy, czy betonu. Bez broni palnej, czy białej. Jego bronią był potężny umysł. Dar, pochodzący może od boga, aby mógł bronić słabe istoty, a może od samego szatana, który stwierdził, że powoła osobę ziemską, aby uczyniła jego wysiłki bardziej wyrafinowanymi, zmuszała do większej przebiegłości.
Skeld wprowadził samochód na podjazd przed dużą kamienicą. Trzylitrowa jednostka mruczała pięknie, pokazując swą siłę.
Chwilkę siedział w aucie przy włączonym silniku, wsłuchując się w bębniący o karoserię deszcz. Zamknął oczy, oddychał głęboko i spokojnie.
Po kilku minutach wyłączył silnik, otworzył oczy. Spojrzał na okno jednego z mieszkań. Jasne światło mówiło mu, że to właśnie tam zło znalazło sobie gniazdo.
Po chwili szedł pewnym krokiem w stronę wejścia do klatki schodowej.
Na schodach zadudniły jego ciężkie buty. Na drugim piętrze przystanął, dotknął wnętrzami dłoni drzwi środkowego mieszkania. Poczuł mocne wibracje. Rozluźnił mięśnie karku, coś chrupnęło w kręgach szyjnych. Nacisnął klawisz dzwonka. Drzwi otwarły się, ukazując zmartwionego, starszego mężczyznę. Podkrążone, przekrwione oczy świadczyły o bezdennym smutku i braku snu od długiego czasu.
Skeld kiwnął w milczeniu głową, minął mężczyznę i skierował kroki w stronę pokoju, z którego dobiegały nieartykułowane wrzaski i przekleństwa w języku hebrajskim, łacinie i włoskim. W drzwiach pokoju minął się z księdzem, który w oczach miał przerażenie. Słaniał się na nogach, trzymał oburącz za głowę. Księdza odprowadził charczący, głęboki baryton :
- Tak, spierdalaj klecho do kościółka! Sram na ciebie! Idź walić konia w konfesjonale, albo rżnąć siostrę Lucynę! – Dawać tu następnego! – Zarechotał głos.
- Skeld wszedł do pokoju. Zobaczył leżącą na łóżku półnagą, młodą dziewczynę na skraju wyczerpania fizycznego. Wyrwane włosy walały się wszędzie. Skrwawiona, posiniaczona twarz była groteskowo wykrzywiona, z pomiędzy rozchylonych nóg dziewczyny sączyła się krew zmieszana z kałem. Panował nieopisany smród. W pokoju oprócz łóżka nie było żadnych mebli. Tylko niezliczone obrazki ze świętymi i krzyże.
Skeld spojrzał na dziewczynę, uśmiechnął się lekko. Przekręciła głowę jak zwierzę, czekając na jakieś działanie, lub słowa. Skeld zamknął oczy.
- Hej, będziesz spał, czy może chcesz jej włożyć kutasa w pięknie obesraną dupę? – Zapytał demon, śmiejąc się.
- No, nie bądź nieśmiały jak tamten klecha. – Demon splunął w stronę Skelda. Znów się śmiał.
Skeld otwarł oczy. Żarzyły się na niebiesko. Wyciągnął dłonie przed siebie, w stronę demona.
Znikł uśmiech z jego twarzy. Patrzeli sobie głęboko w oczy. Po chwili z dłoni Skelda buchnęło oślepiające, białe światło.
Demon wydał z siebie potężny ryk. Łóżko podnosiło się i opadało z łoskotem. Szyby w okiennicy rozprysły się na tysiące kawałków, ale żaden z nich nie ugodził Skelda.
Minęła może minuta. Minuta okrutnego ryku, smrodu, wrzasku udręczonej dziewczyny, dźwięków jakby dobywających się z tysiąca płonących dusz. A potem nastąpiło wrażenie ogłuszenia wybuchem bomby lotniczej zaraz obok. Skeld upadł na prawe kolano, lecz zaraz podniósł się. Z nosa pociekły stróżki krwi.
Nastała zdrowa cisza. Tylko deszcz bębnił o parapet, zalewając podłogę. Dziewczyna zasnęła.
Skeld wyszedł z pokoju, położył rękę na ramieniu mężczyzny.
- Przenieście ją do innego pokoju, dajcie prawdziwego rosołu i umyjcie. Dziewczyna potrzebuje kroplówki i leczenia. Tu jest numer do zaufanej ekipy, przyjadą do kilkunastu minut. – Skeld wręczył mężczyźnie wizytówkę.
- Nie wiem, jak mamy panu dziękować – Człowiek wręczył Skeldowi wypchaną kopertę.
- Właśnie to pan zrobił.
Pojawiła się w drzwiach kuchni starsza kobieta. Miała aparat tlenowy i kupę kabli w żyłach.
Skeld oddał kopertę.
- To wszystkie wasze oszczędności? – Zapytał
Mężczyzna spojrzał na żonę, potem na Skelda.
- Tak
- Nie będę na was żerował, dobranoc. - Skeld odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę wyjścia.
Zbiegł po schodach, lodowate krople deszczu przyjął z ulgą. Zaczynała podnosić się temperatura jego ciała.
Odpalił silnik, na którego odgłos uśmiechnął się. Z impetem ruszył w mokrą noc. Silnik zawył, gotowy do wykonywania najbardziej wygórowanych poleceń stopy pchającej pedał gazu. Jechał bardzo szybko. Nie zważał na warunki. Musiał jak najszybciej dostać się do domu. Samochód posłusznie pokonywał zakręty, ledwo trzymając się nawierzchni.
Kiedy dotarł przed swój dom, od razu wypadł z auta, nie gasząc silnika. Zwymiotował w kałużę. Przechodzący obok człowiek spojrzał w jego stronę. Twarz miał okrutnie wykrzywioną o sto osiemdziesiąt stopni, białą jak papier. Nie miał źrenic, tylko ciemne oczodoły. Uśmiechnął się sycząc jak wąż, pokazując spiczaste, długie zęby.
Zaczynały się halucynacje.
Skeld wprowadził pospiesznie auto do garażu. Potem pędem dostał się do łazienki. Do wanny wypełnionej wodą wrzucił dwa worki uprzednio przygotowanego lodu. Z szafki wyciągnął termometr cyfrowy. Przyłożył do ciała. Wskazanie przekraczało czterdzieści jeden stopni.
Na swoje odbicie w lustrze nawet nie spojrzał. Spodziewał się najgorszych wizji.
- No, przygotuj się na tęgie lanie demonie, twardy jesteś, ale trafiła kosa na kamień powiadam ci. – Powiedział do siebie.
Wziął głęboki oddech. Zacisnął zęby. Powoli zaczynał wchodzić do lodowatej wody z lodem.
-Achhhrr! – Zagrzmiał, kiedy zanurzył lewą nogę. Po chwili był zanurzony poszyję. Zimno ścisnęło jego ciało w niewidzialnym imadle.
Zamknął oczy, wprowadzając się w stan kontrolowanej hipotermii. Medytacja, której nauczył się za gruby pieniądz w klasztorze w Namarjung w Nepalu, pozwalała przetrwać takie sytuacje bez szkody dla organizmu. Po niespełna dwóch minutach odpłynął do astralnego świata. Miał dziesięć minut na uwolnienie się od demona, którego przejął od dziewczyny.
Jeśli samemu nie wybudzi się, w domu pojawi się ekipa z adrenaliną, defibrylatorem i kocami termicznymi. Na szczęście w świecie astralnym dziesięć minut to bardzo dużo czasu. Raz tylko zdarzyło mu się skorzystać z pomocy zaufanych i wtajemniczonych ludzi.
Wyszedł z ciała. Zobaczył siebie leżącego w wannie. Rozejrzał się wokół. Obraz był trochę nieostry. Chwilę dryfował pod sufitem, a kiedy połączył świadomość cielesną, ze świadomością astralną i przejął nad nimi kontrolę, w sekundzie wystrzelił w górę.
Za nim ciągnęła się delikatna nić stanowiąca połączenie powłoki astralnej z ciałem. W chwili zagrożenia, ciało natychmiast przyciągało duszę. Skeld nauczył się ignorować to działanie, ponieważ musiał odnaleźć demona i pokonać go, wypędzić ze swego ciała. Tym razem to one odnalazły jego. Poczuł mocne szarpnięcie za nogę. Zobaczył obrzydliwą kreaturę o dwóch głowach. Włochaty stwór szczerzył kły w paszczękach. Za kreaturą lewitowała ludzka postać. Oczy, usta i nos miała jakby zalepione błoną. Mężczyzna. Wyglądał, jakby wpadł do kadzi z jakąś mazią zielonego koloru. Z uszu wyłaziły robaki wszelakiej maści i spadały w otchłań.
Oczy Skelda stały się niebieskie. Emitowały oślepiające światło. Stwór poluźnił uchwyt szponów, w końcu puścił całkiem. Skeld skoncentrował się. Przeniósł demony w swym świetle do jasnego pomieszczenia. Stwór próbował go rozszarpać. Skeld wykonał unik, skrzyżował kciuki obu dłoni i uderzył jeszcze jaśniejszym światłem prosto w głowę demona. Drugi już nie podchodził. Stał w jednym miejscu, szarpał się w niewidzialnym kaftanie.
Skeld emanował światłem milionów fleszy. Wskazał na kreaturę i zagrzmiał:
- Imię! – Istota wiła się, pluła żółtą cieczą, drapała powietrze pazurami
- Nomen! - Jeszcze mocniej uderzył Skeld.
- Belfegor! – Zaryczał demon zniekształconym głosem.
- Nakazuję tobie, opuścić moje ciało! – Demon był już prawie spalony, ale nie dawał za wygraną. Przeklinał Skelda, patrzył mu w oczy.
- Ego praecipio tibi, ut relicta corpus! – Skeld ostatkiem sił zwiększył swoją wolę.
Demon z piskiem wypadł poza obręb pomieszczenia.
Skeld natychmiast przerzucił słabnące światło na postać mężczyzny.
- Nomen! – Rozkazał Skeld.
- Sathariel! – Wykrzyczała postać w bólu. Ze wszystkich otworów zaczęła wypływać cuchnąca breja.
- Ego praecipio tibi, ut relicta corpus!
Demon zaczął się śmiać przez ból. Wolno, trzęsąc się jakby był podłączony do prądu, zbliżał się do Skelda. Otwór gębowy przebił się przez błonę, ukazując czarne, krzywe, ostre kły.
Skeld czuł już cuchnący oddech. Potępiony zwymiotował na Skelda tysiącem much i robaków gnilnych. Skeld ukląkł, zebrał w sobie moce z najgłębszych zakamarków umysłu. Szybko wstał i pochwycił obiema dłońmi głowę będącego już przy nim demona. Światło przebiło czaszkę, wypłynęło oczodołami i ustami. Demon zaczął kurczyć się w spazmach, po czym pękł. Został po nim tylko popiół. Teraz wokół panowała cisza. Skled natychmiast przywołał swoje ciało.
Zerwał się z krzykiem z wanny. Do łazienki właśnie wpadała ekipa reanimacyjna.
Skeld zwymiotował na podłogę. Gestem dłoni powstrzymał ich.
- Wróciłem. – Zakomunikował.
Kobieta w czarnym kombinezonie pomogła mu wyjść z wanny.
- Dzięki Ewo. – Skeld nieznacznie uśmiechnął się. Ekipa w ciszy wycofała się.
Kobieta rozpięła włosy widząc, że nie będzie akcji reanimacyjnej. Kasztanowa fala rozlała się na ramiona. Ciemne oczy uśmiechały się, lecz usta wyrażały smutek.
- Któregoś razu ani ty, ani my nie zdołamy cię uratować. – Powiedziała, dobrotliwie okrywając Skelda termicznym kocem. – Chodź, powycieram cię, pomogę się przebrać.
- Jedź lepiej do rodziny, będzie mąż pytał, gdzie byłaś. – Skeld szczękał zębami.
- No proszę cię, Klaudia jest już prawie dorosła, a Robert,… Robert pewnie siedzi przed telewizorem z sąsiadem. – W jej głosie było słychać smutek.
Pomogła Skeldowi zdjąć kąpielówki. Uśmiechnęła się, widząc skurczonego penisa.
- A cóż to za robaczek? – Zapytała.
- Hej, hej, przy tak niskiej temperaturze miał prawo się zmniejszyć.
- Ach wy mężczyźni. Ja tu żartuję, a ty to na poważnie wziąłeś.
- Mąż wie, że wycierasz obcego faceta i oglądasz jego przyrodzenie? – Skeld postanowił być uszczypliwy.
- Dobra, dość wygłupów. Ubieraj się, ja postawię wodę na herbatę.
- Zjesz ze mną kolację? – Strzelił znienacka Skeld.
- W sumie, to czemu nie, ale daleko od centrum, nie chcę potem się tłumaczyć. - Ewa oglądała jego muskulaturę.
- Pojedziemy za miasto. Odparł Skeld ubierając sztruksowe spodnie.
Skeld był głodny jak wilk. Pojechali do Chińskiej knajpki. Tematów przy stole nie brakowało. Oboje znali się już bardzo długo. Skeld czuł, że nie jest jej obojętny. On także darzył Ewę uczuciem, którego jednak nie potrafił określić. Nie była w jego typie, jak sobie to tłumaczył. Znali się jeszcze zanim Ewa założyła rodzinę. Poza tym, Watykan nie pochwalał związków w organizacji, do której należeli. Długo rozmawiali o życiu, o dzieciach Ewy. Skeld uświadomił sobie, że tak naprawdę nie wie dokąd zmierza, jaki ma cel.
Odwiózł Ewę do siebie, tam przesiadła się do swojego samochodu. Skeld zaparkował forda. Potem obrał kurs nocnej knajpy, gdzie zamierzał się napić i być może przywalić komuś w gębę, albo sam dostać manto. Szedł zamgloną aleją, nie mijając kałuż. Zdał sobie sprawę, że słyszy dziwne szepty, że cienie wokół stały się głębsze i jeszcze bardziej czarne.
- Walcie się. – Powiedział półgłosem Skeld i splunął w ciemność.
W knajpie było tłoczno, śmierdziało potem i dymem wymieszanych gatunków papierosów.
Roiło się od podejrzanych typków. Będzie draka. Tacy jak Skeld zawsze zwracali uwagę. I nigdy nic dobrego z tego nie wynikało. Skeld usiadł na wolnym barowym, wysokim krześle, pomiędzy oburzonymi recydywami.
- To miejsce jest zajęte wszarzu.- Powiedział zezowaty, otyły, spocony jak cała drużyna piłkarska po meczu gość, bez krztyny włosów na połyskującej glacy.
- No już tak, przeze mnie. – Uśmiechnął się prowokująco Skeld. Barman spojrzał spode łba, czując w powietrzu rozpierduchę.
- Setkę Johny Walkera poproszę, bez lodu, bez wody.
Barman nalał, nachylił się :
- Setka na koszt firmy, i spieprzaj, bo nie chcę tu dziadostwa.
- Wezwij ochronę – Głupio uśmiechnął się Skeld – A na alkohol mnie stać, nie potrzebuję Caritasu. – Skeld rzucił niedbale 50zł na blat, po czym wypił kieliszek jednym haustem. Chwilę delektował się piekącym trunkiem, po czym z zamkniętymi oczyma wolno go połknął. – Nalej drugi. – Przesunął z rozmachem szkło po blacie.
- Ej, facet, wypad, to jest moje miejsce. – Skeld usłyszał za plecami. Wolno odwrócił się.
Stał przed nim naładowany „metką” , pryszczaty gość, średniego wzrostu. Widać było po nim, że zażywał sterydy bez ćwiczeń.
- A gdzie tak pisze? – Skeld obejrzał krzesło z ironią w głosie. Zauważył, że tamten zamierza chwycić go za rękaw. Szybkie, mocne uderzenie „młotem”, czyli dolną częścią zaciśniętej pięści spowodowało kompletne zdemolowanie gościa. Sekundę później drugi delikwent został mocno pchnięty, powodując efekt domino. Trzeciego z paczki Skeld próbował kopnąć na wprost z wykrocznej, jednak nie udała mu się ta sztuka i dostał prosto w czoło. Zdołał chwycić kolesia za manatki i obaj padli na podłogę. Skeld zamroczony po ciosie, walił na oślep. Trafił w szczękę. Usiadł na pokonanym zamierzając przerobić jego twarz na sałatkę, ale zapomniał o tym, którego pchnął. Poczuł mocne uderzenie w czubek głowy. Kufel pięknie rozprysnął się na dziesiątki kawałków, przy okazji orząc skórę. Skeld padł jak długi. Zbierał kopniaki od obu gości. Z głowy ciekła krew, lecz Skeld nie dawał za wygraną. Chwycił stopę tego, który przywalił mu kuflem i nienaturalnie ją wykręcił. Tamten zawył jak bity pies i padł na podłogę. Skeld podniósł się gotowy do dalszej walki. Wpadło czterech wielkich jak góry ochroniarzy. Skeld uśmiechnął się przez kurtynę krwi.
- A już myślałem, że to koniec. – Powiedział.
- Wyjdziecie sami, czy mamy was wykopać? – Zapytał największy z nich.
Skeld opuścił gardę. Rozejrzał się. Napotkał same obojętne spojrzenia. Dotknął czubka głowy, spojrzał na dłoń, po czym ruszył do wyjścia.
Nie palił, a mimo to poczuł chęć na papierosowy dym. Od pierwszego napotkanego palacza wysępił fajkę. Zaciągnął się głęboko. Poczuł dym rozchodzący się w płucach. Gryzł. Przyjemnie gryzł. Skleld zakaszlał, pochylając głowę. Krople krwi obficie zabarwiły kałużę.
Przyłożył dłoń w miejsce uderzenia. Pulsowało. Palce wyczuły mokrą powierzchnię.
Z kurtki wydobył telefon. 2:24. Późno.
Zaciągnął się drugi raz. Cisnął petem w kałużę.
Otwarł folder „wiadomości”. Napisał: „Potrzeba założenia szwów na głowie”. Wybrał numer Ewy i kliknął „wyślij”.
Po chwili dostał odpowiedź:” Mam dyżur w miejskim. Podjedź na izbę przyjęć”
Odpisał :”Piłem”. Długo nie przychodziła zwrotna wiadomość. Zdążył już dotrzeć do domu.
W końcu odezwał się telefon. „weź taxi”. Na tę wiadomość już nie odpisał. Wziął ostrożnie prysznic. Cała kabina przybrała kolor czerwieni. Alkohol rozrzedzał krew, więc krwotok nie ustawał.
Z apteczki wyjął potrzebne specyfiki i zaczął oczyszczać na wyczucie ranę.
Usłyszał dzwonek wejściowych drzwi. Spojrzał na telefon. ”Będę za 20 minut”
A jednak. Pomyślał. Zanim zszedł na dół, Ewa zdążyła swoim kluczem otworzyć.
Spotkali się w połowie drogi. On nago, ona w kurtce narzuconej na biały strój lekarza. Krótka spódniczka i fartuch sięgający za talię, ale powyżej pośladków.
Ewa zmierzyła nagość Skelda. Skeld ujrzał Ewę w innym świetle. Coś tchnęło wnętrze jego wyobraźni.
- Dziękuję, że przyjechałaś.
- Za to mi płacą Skeld. - Ewa minęła go na schodach idąc do łazienki. Nie była zachwycona przerywaniem pracy, bo jakiś egzorcysta ma rozbitą głowę na własne życzenie.
Skeld usiadł na brzegu wanny. Nic nie mówił. Czuł, że Ewa jest zła.
- Znowu się biłeś?
Nie odpowiedział. Ewa pochyliła głowę, patrząc mu w oczy. Miała rozpuszczone włosy.
- Pytam o coś.
- Przecież wiesz. – Burknął Skeld dotykając włosów Ewy. – Ładnie pachną twoje włosy.
- Dzięki, ale to nie na temat. – Ewa była wściekła. Odsłoniła ranę, skrzywiła się.
- Masz rozprutą dynię konkretnie. Będzie dużo szwów i dużo bólu. Piłeś, znieczulenia nie podam.
Skeld wzruszył ramionami.
- Jak chcesz Ewcia.
- Ewci teraz tutaj nie ma. Ewcia została za drzwiami.
Skeld uśmiechnął się
- Jak chcesz Ewcia.
Ewa pokręciła głową na znak dezaprobaty.
Kiedy zakładała szwy, Skeld czuł nieopisany ból, i, nieopisane pożądanie.
Nie pozwolił jej dokończyć zabiegu. Dotknął dłońmi jej ud.
- Skeld, co robisz? – Ewa była zaskoczona, ale nie odsunęła się.
Skeld dotarł do pośladków. Ewa zadrżała.
- Chcesz zepsuć naszą przyjaźń? – Zapytała niepewnym głosem.
- Chcę. Skeld wyszukał dwoma palcami wzgórka łonowego i powolutku włożył je w wilgotną już muszelkę. Rozpiął Ewie spódniczkę. Ściągnął ją. Potem bieliznę.
Jego język rozpoczął wędrówkę po odkrycie nowego doznania.
Kilka minut później Ewą wstrząsnęły urzeczywistnione marzenia senne.
Skeld wstał. Na bardzo długi czas zastygli w gorącym i głębokim pocałunku.
Ewa najpierw pieściła dłońmi jego męskość, a potem włożyła do ust. Pewnie i zdecydowanie.
Skeld chwycił Ewę za włosy, przyspieszając nadciągający sztorm.
Usta Ewy wypełniły się sokami Skelda.
Skeld dosłownie zdarł z niej ubranie. Wziął na ręce i zaniósł do sypialni. Tam rzucił na łóżko.
Wszedł w nią głęboko, brutalnie. Ściskał piersi i pieścił szyję. To było długie i mocne doznanie.
Kiedy ochłonęli, Ewa w milczeniu, z lekkim uśmiechem ubierała się. Potem również w milczeniu dokończyła zabieg szycia.
Odprowadził ją do drzwi. Nie pozwolił ubrać butów. Wziął ją na komodzie garderoby.
Rozstali się bez pytań i spojrzeń.
Następne tygodnie mijały bez kontaktu. Skeld w końcu zdenerwował się i zadzwonił. Dzwonił dziesiątki razy. Bez odzewu.
Któregoś wieczoru zadzwonił telefon. Podany, adres, gdzie wykryto opętanie spowodował, że Skeldem wstrząsnęło. Ulica Słowików 23. Dom Ewy.
Przygotował się należycie. Medytował dłużej, nawet porozmawiał ze znajomym księdzem.
Późnym popołudniem stanął przed drzwiami jej domu.
Dzieci nie było, mąż wyglądał źle. W domu cuchniało złem.
- Jak długo to trwa? – Zapytał Skeld
- Trzy tygodnie. Dostała pierwszego ataku w kościele.
- Co zrobiła?
Cisza trwała długo. Skeld czekał cierpliwie. Mąż Ewy zakrył twarz w dłoniach.
- Wyrwała księdzu kielich z opłatkami podczas komunii i zwymiotowała do niego.
- Dlaczego dopiero teraz się Pan zdecydował?
- Nie zdecydowałem się. Znajomy mi to załatwił. Ewa była u psychiatry, który stwierdził rozchwianie emocjonalne. Jest na silnych lekach psychotropowych.
- Niech pan prowadzi.
Gdy zbliżyli się do drzwi sypialni, Skeld przyłożył dłoń do drzwi. Wibracje, które poczuł mówiły, że będzie bardzo ciężko. Pchnął je bezszelestnie.
Mąż Ewy wszedł za nim.
Ewa leżała przypięta pasami do łóżka. Wokół panowała potworna groza. Było gorąco. Skeld podszedł do Ewy. Przyłożył dłoń do jej czoła. Była blada i wychudzona. Paznokcie miała zdarte. Otwarła oczy. Źrenice rozlały się w czerń.
- Dzień dobry kochany. Czekaliśmy na ciebie. Cipka Ewy jest gotowa do rżnięcia. Ja już ją miałem, teraz kolej na ciebie łowco demonów.
Mąż Ewy spojrzał na Skelda. Skeld nie potrafił ukryć zmieszania.
- Proszę wyjść.
- Jestem jej mężem. Mam prawo tu być.
- Nie zrozumie pan tego, co się tutaj będzie działo.
- Jestem jej mężem z małym fiutkiem, mam prawo tu być i gówno żryć. – Demon piskliwym głosikiem odezwał się znów. Zarechotał.
- Wyjdź! – Ryknął Skeld.
Kiedy został sam uśmiechnął się. Demon przekręcił głowę jak pies.
- Znam cię dobrze Skeld. – Powiedział chrapliwym głosem.
- Zawrzyj gębę i daj pracować. – Odparł Skeld.
- Nie chcesz poznać mojego imienia?
- Właśnie o to miałem zapytać. – Skeld spojrzał mu w oczy.
- To miała być niespodzianka, ale nie potrafię wytrzymać. Jam jest ten, który podał jabłko Ewie.
Skeld nie dał po sobie poznać, jak bardzo był zaskoczony. Sam szatan pofatygował się, aby przejąć ludzkie ciało. Nie będzie łatwo. Skeld uśmiechnął się szyderczo do demona i uczynił dłońmi znak.
Pomieszczenie zalało białe światło. Dźwięk towarzyszący temu przypominał otwarcie wrót miejsca, gdzie krzyczało z bólu tysiące gardeł. Po chwili dźwięk ucichł, jasność znikła.
Skeld upadł na oba kolana. Z nosa pociekła strużka krwi. Zakaszlał.
Do pokoju wpadł mąż Ewy.
- Wyjdź!
Dopiero, gdy się pozbierał, podszedł do łóżka i rozpiął Ewę. Wziął ją na ręce.
- Już dobrze, wszystko dobrze. – Wyszeptał jej do ucha i ucałował w czoło.
Wyszedł z pokoju.
- Zmień pościel. Pomogę ci ją wykąpać.
- Kima dla ciebie jest Ewa? – Zapytał zaszokowany gość.
- Dobrą znajomą. – Rzucił sucho Skeld.
Skeld dał mu wizytówkę z numerem, pod który ma zadzwonić, kiedy wyjdzie. Pomógł odświeżyć Ewę i wypił w milczeniu szklankę wody.
Potem wsiadł do swojego forda i ruszył z piskiem opon. Zrobił sobie ostrą jazdę po opuszczonych terenach przemysłowych, po czym wrócił do domu. Był pewien, że walka, którą stoczy nie przyniesie mu wygranej. Przeciwnik był zbyt mocny. Musiałby jechać do Watykanu. Ale po co? Po to, by szatan przejął jakieś inne ciało? Nie.
Wydobył ze skrytki napoczętą butelkę wódki. Zatrzymał samochód na bezdrożu, skąd rozpościerał się piękny widok na miasto. Wolno sączył palący płyn, aż opróżnił całość.
Potem odpalił jednostkę i zjechał na główną drogę. Chwilę później był w domu. Na podłodze w salonie narysował pentagram, pośrodku którego stała maleńka pozłacana szkatułka. Czuł, że demon chce przejąć nad nim kontrolę, dlatego w wyuczonym pośpiechu dopełnił rytuału oczyszczenia i przygotowania do części kulminacyjnej. Rozebrał się do naga. Wszedł w obręb pentagramu. Zapalił pięć świec, które symbolizowały ogień, wodę, powietrze, ziemię i ludzką świadomość. Napisał na przygotowanej odpowiednio wcześniej kartce kilka słów, po czym schował ją do koperty. Na kopercie widniało nazwisko i adres Ewy. Wziął głęboki oddech. Wymawiał wolno i starannie formułę rytuału. Jego ciało było rozpalone. Walczył z nieopisanie złą siłą, próbującą powstrzymać go od zakończenia obrzędu. Ostatnimi siłami woli wydobył z pozłacanej szkatułki fiolkę z bezbarwnym płynem. Uśmiechnął się przez łzy, po czym otwarł fiolkę i wychylił zawartość do dna. Po trzydziestu sekundach jego ciało spięło się, z ust wypłynęła odrobina piany, po czym Skeld miękko opadł na podłogę.
Dwa dni później Ewa otrzymała kopertę. Drżącymi dłońmi otwarła ją. Kartka zawierała te oto słowa: „ To była prawdziwa przyjemność oddać za Ciebie życie. Skeld Rainhold”…
Miesiąc później skontaktował się z nią pełnomocnik tajnych służb Watykanu.
Watykan
Ewa stała ze łzami w oczach i uśmiechem na twarzy przy tablicy z napisem : „ Skeld Rainhold – Zginął w walce ze złem. Cześć jego pamięci”
Dotknęła brzucha. Nosiła w łonie jego dziecko. Synka…
Komentarze (1)
A bede wracala do tego i czytala po trochu:)
5 :)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania