Egzyst (II)
Jeśli mówię, że opinie ludzkie nie miały na mnie wpływu, również nie oznacza to, że stałem naprzeciw im obojętny. Nie jest zresztą w moim przypadku obojętność wskazana. Bycie niewzruszonym – to szanuję, bycie ponad emocjonalne doświadczenie – to sobie cenię bardzo. Dlatego, nawet jeśli wydawała mi się przykrą czyjaś opinia, nie udawałem przed sobą, iż mnie zupełnie nie obchodzi. Musiałem przecież zdać się na prosty fakt, iż emocjonalnie była ona dla mnie odczuwalna. Zawsze jednak patrzyłem na emocje, jako na coś, co jest bardziej złożone, co może mieć swoje źródło we mnie i mieć do powiedzenia na mój temat sporo. Oczywiście, to, jak się ludzie zachowują, mówi również sporo o nich samych. Jednak, jako młody człowiek jeszcze, świadomie podjąłem decyzję, iż rozwój jest tym, co mnie interesuje, musiałem swoją uwagę skupić na sobie. Na tym, co przeżywam i dlaczego. Jednocześnie mieć na tejże uwadze fakt, iż jestem człowiekiem i wiele z moich doświadczeń nie nosi znamion jednostkowości, czy indywidualizmu, lecz po prostu wpisuje się w naturę człowieka. Emocję traktowałem jako informacje na temat siebie, ale zainteresowanie uwielbieniem, podziwem, szacunkiem, które są charakterystyczne dla ego, traktowałem jako obszar motywacyjny moich działań. Nie mówię, że nadrzędny, bo nigdy nie potrafiłem ustanowić cudzego zachwytu nade mną, jako nadrzędności, ale traktowałem to raczej jako formę gratyfikacji, która przecież sprawia przyjemność.
Nie da się też ukryć, iż człowiek zmierza w stronę przyjemności. To jeden z podstawowych popędów. Przyjemność fizyczna, od kontaktów intymnych, przez dobre jedzenie, droższe ubrania, gadżety, po przyjemność psychiczną, która też może być wynikiem bliskości fizycznej, materializmu lub bardziej złożonych aspektów psychologicznych. I ta złożoność do dzisiaj mnie interesuje. Dlatego nie mogę ustanawiać przyjemności ani jako nadrzędnego celu, ani wartości samej w sobie. Przyjemność staje się rezultatem, często to efekt uboczny. Dlatego mówię, iż ambiwalencja jest ważna. Z jednej strony opinie nie ludzi nie definiują tego, kim jestem i nie mogę pozwolić, by cudze opinie miały wpływ na to, kim jestem lub kim się czuję. Z drugiej zmierzam swoim postępowaniem w stronę uzyskania określonych, pozytywnych opinii. Paradoksalnie, możliwe, że nie uzyskam ich nigdy w takim stopniu, jakim bym sobie życzył. Finalnie, nie mogę na nikim wymusić konkretnej opinii. Mogę dać mu coś do zbudowania tej opinii. Ale opinia ta jest tylko interpretacją, a ta zależną od osobowości człowieka, czynników, które są poza zasięgiem mojego wpływu.
W przypadku przyjemności ambiwalencja jest również ważna. Chociaż jest to doznanie bardzo egzystencjalne, to znaczy takie, które umacnia w człowieku chęć życia, nie może być czymś, co staje się podstawą podejmowania decyzji i samego zachowania, bo staje się wytyczną, która finalnie osłabi poczucie kontroli nad własnym życiem, którym zawładnął hedonizm. Wydaje się zatem stosownym praktykować dążenie do przyjemności, osiągniecie której wymaga wysiłku, pracy, a nawet wyrzeczeń. Dlatego w pewnym momencie powstała we mnie myśl, iż zacznę pisać książkę. Jest to wynikiem tego, iż przede te wszystkie lata, właściwie od momentu, gdy pierwszy raz wszedłem na rynek pracy, po realizację projektów, testowanie modeli i strategii działania, prowadziłem notatki. Nie były to notatki literackie. Czasem luźne zapisy, czasem obserwacje, czasem spostrzeżenia, czasem zapisane cele, wytyczenie ścieżek ich realizacji, czy rachunek sumienia. Teraz jednak, z perspektywy lat mogę powiedzieć, że to, co pragnę przekazać ma wartość, a wyznacznikiem tej wartości jest moja obecna sytuacja, którą mogę się poszczycić, z której jestem dumny, wdzięczny sobie, ale też bardziej świadomy, dojrzalszy, ale też starszy.
Z racji wieku dotyka mnie czasem myśl o śmierci inaczej, niż dotychczas i jest to dotyk chłodny, realny, który zdaje się być czymś, co przypomina, że niegdyś umowna koncepcja przemijania, teraz staje się na wskroś prawdziwa. Siłą rzeczy człowiek więcej spogląda wstecz. To, co przed nim traci wartość, bo nieuchronność śmierci uruchamia lęk. Dlatego rzeczą istotniejszą stało się zapisanie własnego życiorysu, niż tworzenie kolejnej strategii działania, chociaż, moje obecne pisanie staje się strategią działania w obliczu tego, co nieuniknione.
Są takie wspomnienia, które przyćmiewają inne, dlatego, że oddziałują na wielu poziomach: intelektualnych, emocjonalnych, fizycznym. To są wspomnienia, które nas realnie kształtują i których widmo zostaje z człowiekiem do końca. Dlatego są takie zapachy, które pomimo upływu lat są równie intensywne. Dla mnie to zapach ciała kobiety, którą poznałem przed laty. Zapach ciała, które dorastało w słonecznej, nadmorskiej miejscowości, gdzie pewna sielankowość mieszała się z poczuciem wolności, ciekawości i tęsknoty za czymś nieznanym. Oczy, które każdego dnia patrzą na morze, jeśli wystarczająco bystre, zaczynają marzyć o tym, co kryje odległa granica horyzontu. Historie, które dzieją się za tym horyzontem urastają do rangi mitów i stają się tak realne, jakby człowiek już je przeżył, a teraz do nikt tęskni. Bezkres morza zdaje się otwierać człowieka na świadomość, iż braknie mu życia, by przeżyć wszystko to, co chciałby przeżyć. Bo jak przeżyć wielką miłość i przelotny romans. Jak poznać dziesiątki ciał, których charyzma pociąga bardziej, niż tylko uroda fizyczna, a jednocześnie jak pozostać wiernym jednej tylko osobie, z którą człowiek wiąże się na całe życie, zakłada rodzinę? Nasze namiętności nieustannie walczą z rozsądkiem. Dlatego mój podziw zawsze budził artyzm, którego techniczny rozum nie wygrywał z namiętnością, ale potrafił, poprzez rzemiosło, tą namiętność ukazać w całej, brutalnej sile. Artyzm też skrywa się zapachu ciała kobiety, którą wtedy spotkałem, a która była tym wszystkim, czym nie mogła być.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania