Egzyst (III)

To zabawne, że uciekam w stronę miłości, namiętności, a cały, ten życiowy sukces stał się tylko dodatkiem do romantycznych myśli, które nosiłem w sobie przez lata, ale przez długi czas nie dopuszczałem ich do myśli. Nie mogę mówić, że byłem ascetą, żyłem w celibacie i unikałem zbliżeń, ale nie mogę też mówić, iż oddawałem się wszelkim namiętnością lub, że nie oddawałem się określonym w całości. Namiętność stała się dla mnie boginią.

 

Zrozumiałem to szybko – wszyscy, bardziej niż rozsądku, pragniemy ukierunkować swoje działanie w taki sposób, by było spójne z tym, co człowieka pociąga, czego pragnie, co go intryguje. Nasze popędy, jeśli nadać im konkretny kierunek, stają się po prostu siłą. Tłamsić w sobie tą siłę, to żyć nie tylko w błędzie, ale też kłamstwie. Dominować namiętność przez racjonalność i rozsądek, to złożył siebie w ofierze jałowości, wypaleniu. Sprawić, że cokolwiek określamy jako wartość, jest tylko logicznym uzasadnieniem tej wartości bez realnego jej odczucia. Nie mogłem przed sobą ukrywać, że popędy, namiętności, emocje, potrzeby i pragnienia są tym, co realnie kształtuje życie człowieka, ale nie mogłem też powiedzieć, iż zdaję się na ich burzliwą, chaotyczną łaskę, bo wtedy nic bym nie osiągnął poza chwilowymi skokami endorfin, adrenaliny, chwilowym zaspokojeniem podniecenia.

 

Nie mogę też powiedzieć, że pewne namiętności można w sobie rozwijać, aczkolwiek możliwość ich tłumienia, ograniczenia powinna nieść w sobie możliwość równoczesnego ich rozwoju. Tym bardziej, że namiętność to coś, co brzmi jednak intymne i fizycznie, pasja natomiast to brzmi dumnie i kulturalnie. Różnica, jeśli w ogóle jakakolwiek istnieje między nimi, jest nikła i semantyczna. Pasja to namiętność, pożądanie, chorobliwość, która rozciąga się na cały układ nerwowy, wrasta w skórę i wytycza odgórny system podejmowania decyzji i działań. Nie wydaje się sensownym zadaniem ograniczać popęd, lecz właściwsze jest nadanie mu takiego kierunku, by jego dążenie przysłużyło się planom długoterminowym, niż tylko chwilowej satysfakcji.

 

Nie da się też ukryć, że teraz jestem miękki. Mógłbym pytać: gdzie jest moja charyzma, stanowczość, wewnętrzna siła, spójność i transparentność. Lecz nigdzie nie poszły, zwyczajnie ustępują miejsca, by na pierwszy plan wyszedł człowiek, który nie musi nic wiedzieć, nie ma nic do udowodnienia, który przeszedł już drogę na szczyt i na tym szczycie zbudował swój dom. A teraz? Teraz, dla mnie, dopiero pojawia się wolność. A przynajmniej jej realne doświadczenie. Życie wedle własnych zasad jest niewolą na równi niewoli życia wedle zasad cudzych. I tu i tam trzeba się podporządkować. Łatwiej jednak podporządkowuje się komuś na zewnątrz, cudzej sile, bo ona nie jest tak wyrozumiała i trzyma się zasad, bo tych łatwiej się trzymać, gdy można karać innych, a nie trzeba siebie. Jednak nie wierzę w wolność, a jednak doświadczam jej dopiero na starość, bo jest to drugi, po młodzieńczym, idealistycznym wyobrażeniu świata buncie, etap, kiedy człowiek od wyobrażeń na temat wolności, przechodzi do jej przeżywania w momencie, gdy może sobie na to pozwolić. Jachty, moje auta, posiadłości, majątek, firmy, wszystko to nie jest wolność, a piękny sposób na łagodzenie zniewolenia przez samego siebie, rzeczy, presję, stres, potrzebę, by działać, by mieć więcej i robić lepiej. Jest to wewnętrzna dyktatura i reżim, których mogłem się długo trzymać i wiele im zawdzięczam, ale nie jest to powód, by w wyniku tej wdzięczności, miał się nagle łagodniej o tym wypowiadać.

 

Jeśli przyszedłeś tutaj, by usłyszeć, że dyscyplina jest ważna i pragniesz utwierdzić się w przekonaniu, że wyrabiając sobie odpowiednie nawyki osiągniesz sukces, w pewnym stopniu mógłbym przytaknąć i powiedzieć jasno: rób to, co ja, a pewnie osiągniesz to, co ja. Byłoby to zbyt proste, zbyt nowoczesne, zbyt obłudne. Obłuda ta nieustannie czeka, aż człowiek zdejmie swoją autentyczność, swoje ja-emocjonalne, by założyć pożądaną przez tłum pozę. Całe, nasze bycie stało się sprzedajnym produktem, który można opakować w taki lub inny format, stworzyć taką lub inną historię, jak robią to wszyscy, nieco po 20-stce internetowi specjaliści od biznesu, którzy pracują najczęściej od 15-go roku życia, często nawet nie ukończyli szkoły, a teraz zbliżają się do poziomu milionera. Nie chciałbym cię smucić, ale ta narracja jest dość stara i ma swoje korzenie w kulturze amerykańskiej i w słodkim „American Dream”, który media do dzisiaj propagują. Tam nikt nie lubi ani się chwalić, ani mówić, że osiągnął sukces dzięki znajomościom, które są potrzebne, a jeśli już o tym mówi, to na przykładzie „starszego fachem” kolegi, któremu musi okazać nie tylko bezgraniczną wdzięczność, ale też uwielbienie, podziw, szacunek, czyniąc nań bohatera tak ogromnego, iż jego, rzekome, dobre serce przyćmi fakty. A faktem tym jest potrzeba nawiązywania wartościowych kontaktów.

 

Mówię o tym dlatego, że postrzegam teraz szczytne, ale błędne założenia w kulturze, która kładzie nacisk na sukces. Pojawiająca się tam izolacja, odcięcie od świata zewnętrznego, anglojęzyczne określenia, które mają na celu sprawić, że jednostka jest jednostką samodzielną, niezależną, odciętą od świata w imię rozwoju, sprawia, że sam przed sobą weryfikuję fakty. I stwierdzam prostą prawdę: musisz wyjść do ludzi, tak, jak ja wyszedłem do człowieka, jednego, drugiego, trzeciego, szukając wartościowych kontaktów. I jest to również sposób myślenia, który musisz przyswoić: ludzie mają swoją wartość, którą masz prawo określać dla samego siebie. Ich wewnętrzne poczucie wartości nie musi pokrywać się z twoim postrzeganiem ich przydatności. A to w biznesie jest kluczowe. Dlatego dzisiaj dużo romantyzuję. Długo trwałem w czymś na wzór emocjonalnego chłodu – moja sympatia nie była istotna, moja zażyłość nie była nadrzędna – liczył się człowiek, jako zasób, jego kompetencje i to, co faktycznie może włożyć do firmy. Takie myślenie i patrzenie ludzi przeraża, bo odczłowiecza, w pewnym sensie jednostkę, ale muszę cię zmartwić, takie odczłowieczenie jest nam narzucone odgórnie, a wszelka walka o wartości, jakimi są miłość bliźniego, życzliwość, empatia, to wyłącznie idealistyczne, acz puste frazesy. Moja sympatia i przychylność była wynikiem przydatności drugiego człowieka i zarządzając własną sympatią, dawałem do zrozumienia innym, czy ich wyniki są zadowalające, czy nie. Ludzie pracowali nie tylko na wypłatę, ale również moją sympatię, bo był to dodatkowy aspekt, forma podziękowania, dostrzeżenia ich pracy i starań.

 

Pamiętam jednak dobrze, że przyszedł taki moment, gdy córka zaczęła już mówić, być żywą, wiecznie obecną osóbką. Pewnego razu, gdy wróciłem z biura, a ona podbiegła do mnie, mocno mnie przytuliła i powiedziała, z uroczym, szczerbatym uśmiechem, że „tatusiu, kocham cię”, coś mi się stało. Patrzyłem na człowieka, jako na zasób. Jakim zasobem była dla mnie córka? Żadnym. Nie miała obecnie wartości, a jej wartość była potencjalna i leżała w moich rękach, w wychowaniu, edukacji, wskazaniu ścieżki rozwoju. Ale jej, pięcioletniej i słodkiej istocie to było obce. Niepotrzebne, odległe, abstrakcyjne. Ona potrzebowała uczucia. Bezwzględnie. Potrzebowała uczucia, które nie pojawia się we mnie na podstawie jej przydatności, ale po prostu dlatego, że jest, że jest moim dzieckiem i jej się to należy.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania