Eksterminacja krwiożerczych wiewiórek

Gwiazdy iskrzyły na nocnym niebie. Wzmagający się wiatr delikatnie muskał wysoką trawę i koronę drzew, a deski starej karczmy złowrogo skrzypiały. W środku było chłodno, zimne powietrze wdzierało się przez wszystkie szczeliny, a najmocniej przez uchylone drzwi, które ledwo trzymały się na zawiasach, jednakże nikomu z gości zupełnie to nie przeszkadzało. Jednych rozgrzewał alkohol, innych widok pięknej kelnereczki, a jeszcze innych zażarta dyskusja. Przy jednym ze stolików, w miejscu, gdzie najmocniej wiało chłodem, siedziała trójka awanturników: dwóch ludzi i młoda elfka. Byli podrapani, przyozdobieni licznymi świeżymi ranami, bruzdami i siniakami. Wyglądali na wyraźnie niezadowolonych, choć daleko im było do cierpiących inwalidów wojennych – ból uśmierzał narastający gniew i frustracja. Zamówili trzy kufle piwa, lecz żadne z nich nie piło. Zajęci byli planowaniem eksterminacji grupy groźnych wiewiórek, które wcześniej tego dnia spuściły im łomot.

– Wieje tu jak cholera – marudził Vimer, brodaty mężczyzna w średnim wieku, przyciskając lniany worek wypełniony lodem do obolałego czoła.

– Mówiłam, że trzeba poszukać innego zajazdu – odpowiedziała z niesmakiem elfka Koya, niechętnie biorąc łyk ciepłego już ale.

– Tak? Szukalibyśmy pół nocy, a tu mamy robotę do wykonania. Nie jesteśmy, na Miautatesa, na wycieczce – odrzekł gniewnie Alec, długowłosy szermierz i samozwańczy przywódca grupy.

– Ja przy tym wietrze nie wypocznę i jutro będę bezużyteczny – protestował Vimer.

– Takiś miękki, brodaczu? – zakpił Alec. – Nie rób z siebie panienki. Już jedna w drużynie wystarczy.

– Sugerujesz coś, chłopcze? – Koya zniżyła głos.

– Sugeruję jedynie, że byłaś dziś zupełnie bezużyteczna.

– Tłumaczyłam ci, że potrzebuję więcej czasu, by rozstawić pułapki!

– A powinnaś to tłumaczyć tym przeklętym wiewiórom, bo jak widać wcale nie miały ochoty czekać, aż księżniczka Koya ustawi te swoje beznadziejne mechanizmy!

– Oho, taki jesteś! – Gwałtownie wstała od stołu, nieomal przewracając kufel. – Zero wdzięczności. Już chyba zapomniałeś ile razy wam tyłki ratowałam. Wypisuję się z tego!

– A proszę cię bardzo. Koniec z podchodami. Po prostu pójdziemy i spalimy ten pierdolony las, z tobą lub bez ciebie!

W karczmie nagle zapanowała nienaturalna cisza. Wszelki ruch ustał, jedynie świst wiatru dawał oznaki życia. Wszyscy odeszli od swoich stołów, nawet karczmarz i kelnerka porzucili swoje stanowiska. Jak jeden mąż zbliżyli się do nieszczęsnej trójki i morderczym wzrokiem patrzyli na ich kurczące się w niepokoju sylwetki.

– Czy coś nie tak? – zapytał cicho Vimer, zerkając na wyraźnie niezadowolony tłum.

– Co żeśta mówili o lesie!? – zagrzmiał karczmarz, złowieszczo waląc pięścią w stół.

– Ten, no… – Alec jąkał się, chowając ręce w kieszeniach spodni.

– No, powtórz im to, Alec. Nie zgrywaj tchórza – zachęcała go Koya, jakby była zupełnie nieświadoma zagrożenia.

– Nie pomagasz…

– Halo!? – ponownie podniósł głos karczmarz. – Głuchyś? A może najpierw trzeba bić, a potem pytać?

– A co wam tak zależy na tym lesie? – wtrącił się Vimer.

– Las to nasz dom i skarb, łachudro! – odpyskowała mu kelnerka. – I nie pozwolimy, by byle przyjezdni tak o nim mówili.

– Taa? A te wiewióry i inne monstra wam nie przeszkadzają, hę? – Alec powoli tracił cierpliwość.

– One nie mają nic do rzeczy! – W karczmarza wstąpiła nowa fala gniewu. – Las jest święty i palić go nie można! Wynocha z mojej knajpy, heretycy.

Sytuacja robiła się napięta. Bez awantury nie dało już się odejść, a w zasadzie trójka awanturników nie miała zamiaru opuszczać karczmy. Nigdzie indziej dachu nad głową by nie znaleźli, a perspektywa spędzenia zimnej i wietrznej nocy pod gołym niebem napełniała ich umysłu niepokojem większym niż wspomnienie ostatniej porażki. Ignorując wściekły tłum szybko nachylili się nad stołem i zaczęli naradę. Cierpliwość karczmarza była jednak na wyczerpaniu, a niespodziewane zachowanie nieproszonych gości jeszcze bardziej go rozsierdziło, toteż zupełnie bez ostrzeżenia pochwycił za kołnierz Koyę, podnosząc ją bez wysiłku i trzymał nad ziemią, uśmiechając się złowieszczo.

– Hej! Puszczaj! – Drobna elfka okładała dryblasa kolejnymi ciosami, lecz nie zrobiło to na nim najmniejszego wrażenia.

– Odejdźcie albo sam was wyrzucę – powiedział twardo, a jego oferta była ostateczna.

Vimer i Alec spojrzeli nań groźnym wzrokiem, lecz to była jedyna broń jaką mieli w zanadrzu. Oboje aż za dobrze wiedzieli, że w swoim obecnym stanie nie są w stanie przeciwstawić się takiej sile. Westchnęli ciężko, odeszli od stołu, a tłum rozrzedził się, ustępując im miejsca.

– Zostaw ją – powiedział Alec. – Pójdziemy stąd.

Koya nadal się miotała, a twarz karczmarza nieco złagodniała. Odstawił ją niedbale na ziemię, a ona niemalże się przewróciła, łapiąc równowagę. Zbliżyła się do towarzyszy, spojrzała na nich z rozczarowaniem, jednakże ciężko jej było ich winić.

– Nie chcę was tu więcej widzieć – pożegnał ich karczmarz, patrząc jak opuszczają pomieszczenie.

Gdy już znaleźli się na zewnątrz, Alec w przypływie frustracji kopnął z całej siły drzwi, wyrywając je z zawiasów. Siła uderzenia wepchnęła je do środka i gdy tylko z hukiem opadły na podłogę, trójka awanturników pobiegła wzdłuż drogi, oddalając się od feralnej karczmy.

– Gratuluję – powiedziała Koya, łapiąc oddech, gdy już nieco zwolnili. – Pokonały nas wiewiórki, nie mamy gdzie spać, a w najgorszym wypadku do jutra zdążymy zamarznąć.

Vimer i Alec jednak ponuro milczeli, a drobna elfka, początkowo zirytowana ich ignorancją, jeszcze parę razy próbowała się odezwać, lecz wkrótce przestała i dalej wędrowali już w ciszy.

Weszli do lasu, chcąc się oddalić od szlaku i wioski. Panowała tu kompletna ciemność, ledwo widzieli się nawzajem, a trzask gałęzi, dalekie wycie wilków i liczne inne odgłosy, sprawiały, że nie mogli nawet spokojnie usiąść na ziemi i choćby trochę odpocząć. Na całe szczęście drzewa blokowały trochę wiatr, jednakże mróz nie ustępował – zdawało im się nawet, że robi się coraz zimniej. W końcu zbliżyli się do siebie, położyli się na suchej, drapiącej trawie i bez większych nadziei patrzyli tępo w zachmurzone, całkowicie czarne niebo.

Robili się powoli senni, Koya już zmrużyła oczy, lecz nagle z ich prawej strony rozległ się głośny trzask, zupełnie jak gdyby ktoś przebijał się przez krzaki i zarośla. Momentalnie wstali, chwycili za schowane w pochwach miecze i wypatrywali nadchodzącego zagrożenia. Wkrótce zobaczyli rozbłyskające niedaleko małe światło, a przy nim ludzką sylwetkę zmierzającą w ich stronę.

– Kto idzie? – zakrzyknął Vimer, a jego pytanie odbiło się głuchym echem.

– Myśliwy – odpowiedział głos.

Wkrótce stanął przed nimi wąsaty mężczyzna o przyjaźnie wyglądającej twarzy skrytej pod dużą, ozdobioną piórami czapką. Kula światła, którą wcześniej przywołał delikatnie migała, odchodząc od niego i zbliżając się do trójki awanturników, oświetlając ich.

– Czego chcesz? – zapytał Alec.

– Słyszałem, że macie problem z wiewiórkami – powiedział, przywołując drugą kulę światła, która już pozostała w pobliżu jego twarzy.

– Skąd? – wypytywał dalej przywódca grupy.

– Wiem o wszystkim, co się dzieje w tym lesie – odrzekł tajemniczo.

– Zamierzasz nam pomóc? – zapytała Koya, nie kryjąc nadziei w głosie.

– Jeśli podzielimy się nagrodą. Pół na pół, a dodatkowo będziecie mogli u mnie przenocować.

Oferta ta nie wydała im się szczególnie uczciwa, jednakże ze względu na swoją sytuację trudno im było jakkolwiek negocjować. Przedyskutowali to między sobą i ostatecznie się zgodzili, przystając na propozycję myśliwego. Ten uśmiechnął się szeroko, wyszczerzając swoje żółte, dziurawe zęby i ruszył w stronę lasu, a awanturnicy poszli za nim. Szli przez około piętnaście minut, aż w końcu trafili na oświetloną magicznymi światłami wąską ścieżką prowadzącą do skrytego wśród krzaków i drzew niewielkiego domku, z którego komina wydobywał się ledwie widoczny w mroku dym. Weszli, otrzepując przed wejściem buty i rozsiedli się na rozstawionych wokół kominka krzesłach, myśliwy zaś usiadł na okrytym skórami najróżniejszych zwierząt fotelu, umiejscowionym bardziej z boku, z prawej strony. W kociołku gotowała się trudna do zidentyfikowania zupa, a w łóżku z prawej strony drzemała kamiennym snem dziewczyna, nieświadomie trzepocząc co jakiś czas wielkimi, błoniastymi skrzydłami.

– Rogatoskrzydła… – zauważył Vimer, spoglądając mimochodem w jej stronę.

– Tak, to moja uczennica. Rzadko się spotyka kogoś z jej gatunku w tych stronach… – odrzekł myśliwy.

– To co z tymi wiewiórami? – zagadnął Alec, starając się ignorować zapach gotowanej w kociołku potrawy.

– Brak wam doświadczenia – stwierdził myśliwy, patrząc na ich liczne rany. – Do takiego polowania potrzeba strategii. Wszystko wam wyjaśnię. Jednakże najpierw powinniście coś zjeść i zregenerować rany.

Podszedł do jednej z szafek umiejscowionych na ścianie, wyjął cztery miski i ostrożnie nalał do nich zupy, podając po kolei każdemu ze swoich gości. Porcje były duże i syczące: słodki smak warzyw oraz delikatna ostrość przypraw zadowoliły również kubki smakowe. Najedzeni i rozgrzani awanturnicy oddali myśliwemu puste naczynia, on zaś ponownie wstał ze swojego okrytego skórami fotela i tym razem wyjął z szafki różnego rodzaju maści oraz dziwnie wyglądające opatrunki.

– Zajmę się waszymi ranami.

Grupa nie protestowała. Oddali się w ręce myśliwego, który zręcznymi ruchami wysmarował lub opatrzył każde ich nawet najmniejsze zadrapanie. Po chwili poczuli dziwną ulgę, gdy w magiczny sposób ponownie stali się w pełni zdrowi i funkcjonalni. Po przegranej walce nie pozostały nawet ślady.

– Czemu to robisz? – zapytał Alec, nadal będąc pod wrażeniem tej dziwnej medycyny.

– Moja uczennica jest chora. – Nieznacznie zerknął w stronę łóżka. – Nagroda jest wysoka, w sam raz, by kupić lekarstwo, którego mi brakuje. A do tego polowania potrzeba większej grupy, więc postanowiłem, że będę współpracować z łowcami nagród, którzy w końcu się tu pojawią. A wasza sytuacja tylko mi pomogła. Bałem się, że będę musiał uciekać się do przemocy, jeśli nie da rady dogadać się z kwestiach finansowych.

– Dałbyś radę zabić kilka osób? – zapytał z zaciekawieniem Vimer.

– Tak – odrzekł bez zastanowienia myśliwy, a następnie przeszedł do wyjaśniania planu.

Wszystko wyglądało na dosyć proste. Głównym atutem wiewiórek były ich szybkie ataki i możliwość natychmiastowego odwrotu. Zeskakiwały, zaskakując wrogów i szybko wskakiwały na drzewa, unikając kontr – w ten właśnie sposób pokonały wcześniej grupę Aleca. Pułapki to był dobry pomysł, jednakże wiewiórki, szczególnie w tych stronach, były niezwykle przebiegłe – momentalnie rozpoznawały mechanizmy i nie dawały się w nie złapać. Kluczem do zwycięstwa była zmiana otoczenia. Wywabienie wiewiórek z lasu to jednak sztuka niezwykle trudna, gdyż te diabelskie stworzenia doskonale sobie zdają sprawę z przewagi, którą posiadają w otoczeniu drzew. Jednakże to nadal tylko zwierzęta i łatwo je oszukać, wykorzystując ich instynkty. Myśliwy planował użyć wiewiórczych feromonów, które akurat posiadał. Z ich pomocą Vimer i Alec mieli wywabić wiewiórki wprost na znajdującą się na południu polanę, gdzie czekała przygotowana wcześniej wypełniona tym samym zapachem klatka. Owszem, wystarczyło stoczyć bitwę na otwartej przestrzeni, jednakże myśliwy chciał mieć pewność, że uda im się zabić wszystkie potwory, samemu nie odnosząc większych ran.

– To ryzykowne – przyznał, patrząc na Aleca i Vimera – jednakże nie mamy innego wyjścia. Mogę na was liczyć?

Trójka awanturników zgodnie przytaknęła i wkrótce wyruszyli na polowanie.

Myśliwy przekazał mężczyznom jeden z flakonów z feromonami, drugi zaś wziął ze sobą i razem z Koyą ruszył na polanę. Zastali klatkę w nienaruszonym stanie – ostrożnie rozlał zawartość buteleczki do środka, a Koya przyglądała się temu, rozświetlając magicznym światłem przestrzeń wokół. Po chwili się odsunęli i schowani w trawie wyczekiwali na nadejście Aleca, Vimera oraz zgrai wściekłych wiewiórek.

– Zaraz tu będą – zauważyła Koya, słysząc nadchodzący od strony lasu hałas.

Rzeczywiście, ledwie chwilę potem dwójka mężczyzn wybiegła zza krzaków, a za nimi pędziło stado ogromnych, zdeformowanych wiewiórek, które straszliwym rykiem rozdzierały sterylną, nocną ciszę. Alec, biegnąc z przodu, wyrzucił z całych sił flakon przed siebie, trafiając wprost do wnętrza otwartej klatki. Uskoczył na bok i to samo uczynił Vimer, wpadając na niego i przyciskając go swoim ciężkim cielskiem. Bestie wtłoczyły się do klatki i gdy tylko myśliwy upewnił się, że są tam wszystkie, pociągnął za ukryty w trawie sznur i ciężkie metalowe wrota zatrzasnęły się, więżąc rozwścieczone zwierzęta.

Wkrótce cała czwórka zbliżyła się do klatki i rozpoczęła brutalną eksterminację. Koya uderzała precyzyjnymi wiązkami energii, zaś mężczyźni kłuli mieczami tłoczącą się wewnątrz, okrytą sierścią masę. W końcu ostatnia wiewiórka wydała agonalny ryk, a cała grupa powróciła do ukrytego w lesie domku, rozstawiając wcześniej barierę ochronną wokół klatki, by przypadkiem żadne ciało nie zniknęło podczas nocy. Zapadli w miły, głęboki sen i gdy tylko się zbudzili powrócili na polanę, mając tym razem za towarzysza zleceniodawcę – sołtysa pobliskiej wioski.

– Tak, wszystko się zgadza. – mruknął oglądając zawartość klatki. – Siedem wiewiórek, wszystkie martwe… Tak, nagroda się należy.

To powiedziawszy przekazał Alecowi wypełniony srebrnymi monetami mieszek. Nie tracąc czasu, myśliwy rozdzielił nagrodę i zdjąwszy czapkę, pożegnał awanturników. Rozstali się, wymieniając się ciepłymi pozdrowieniami i obietnicami ponownego spotkania. Trójka awanturników powróciła zaś na szlak, by przyjąć kolejne zlecenie.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Iza Luis 4 miesiące temu
    Zdeformowane, krwiożercze wiewiórki wzbudzają lęk i odrazę. Natomiast leśniczy zaskarbił sobie moją sympatię. Podobało mi się.
  • Pan Buczybór 4 miesiące temu
    Dzięki za komentarz
  • satyrekrol 4 miesiące temu
    W takiej przestrzeni historyjki fantasy, spoko loko
  • Pan Buczybór 4 miesiące temu
    dzięks

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania