Elektromechanik świata

Tadeusz, stary polski elektromechanik siedział pochylony nad rozebranym elektrycznym zegarem, wsłuchując się w jego ciche tykanie. Każde drgnięcie mechanizmu zdawało się odpowiadać rytmowi jego własnego serca – serca, które przeżyło już ponad siedem dekad. Warsztat tonął w półmroku wczesnego wieczoru, a on, otoczony przez tryby, kondensatory i kłęby utlenionej kalafonii, czuł znajomy spokój. Był w swoim świecie: świecie przewodów, iskrzących styków i zębatych kół. Tutaj wszystko miało miejsce i funkcję, każda śrubka pasowała do gwintu, każdy obwód domykał ciąg przyczyn i skutków. Uniósł głowę i spojrzał na ścianę, gdzie wisiała stara, pożółkła mapa nieba – pamiątka młodzieńczych marzeń o dotknięciu gwiazd. Tuż obok, na półce, stało szklane naczynie z elektrolitem własnej produkcji i zanurzoną w niej anodą, w którym pływały ze złością wrzucone niedokończone projekty: miniaturowy sensor nastroju, próbnik częstotliwości Bóg wie czego, coś na kształt mechanicznej ważki, która unosiła się z niezrozumiałego powodu nad elektrolitem. Każdy z tych wynalazków był kolejnym nieudanym krokiem w jego podróży ku zrozumieniu świata. Przez całe życie zdobywał wiedzę i umiejętności, wierząc, że pewnego dnia, niczym zegarmistrz rozkładający skomplikowany mechanizm, rozbierze rzeczywistość na czynniki pierwsze i pojmie jej istotę. Od dzieciństwa nosił w sobie pragnienie dotarcia do ostatecznej prawdy. Wspomnienia przesuwały mu się teraz przed oczami niczym kadry starego filmu. Pierwszy dotyk prądu, gdy jako chłopiec wsunął drucik do gniazdka i poczuł w ręce mrowienie nie z tej ziemi. Pierwsza książka o elektryczności, zaczytana do miękkich brzegów. Pierwsze radio sklecone z kryształka, baterii z latarki i drutu, które zaskrzeczało ludzkim głosem wyłowionym z niewidzialnych fal. Każde takie doświadczenie było dla niego objawieniem – odkrywaniem kolejnej warstwy świata. Życie upłynęło mu w rytmie cichego brzęczenia transformatorów i stukotu narzędzi. Jako młodzieniec budził podziw rówieśników, gdy potrafił jednym spojrzeniem diagnozować usterki maszyn. Później, już jako dojrzały mężczyzna, zyskał renomę majstra od rzeczy niemożliwych – naprawiał aparaty i biourządzenia, których nikt inny nie umiał tknąć, ożywiał maszyny spisane dawno na straty. Niejeden raz szeptano, że ma w sobie coś na kształt magii, lecz on tylko uśmiechał się pod nosem. Wiedział, że to nie nadprzyrodzony dar, a czysta logika i zrozumienie praw natury. A przynajmniej tak sobie powtarzał. Mimo uznania, jakim się cieszył, pozostał człowiekiem skromnym i skupionym na swoim celu. Nie założył rodziny – nie czuł takiej potrzeby, jakby gdzieś pod skórą wiedział, że jest tu przechodniem. W chwilach szczerości przed sobą samym przyznawał, że ludzie wydawali mu się zagadką równie wielką co kosmiczne sygnały radiowe. Ich motywacje, pragnienia, lęki – obserwował je niby badacz owady w szklanym terrarium. Z jednej strony odczuwał do nich sympatię, z drugiej – pewien dystans, którego nie potrafił zniwelować. Paradoksalnie to właśnie ten dystans czynił go dobrym słuchaczem i doradcą: obcy troskom codziennym, potrafił trzeźwo ocenić każdy problem. Lata mijały, a on kolekcjonował drobne mądrości niczym kolejne zębatki do swojego wewnętrznego mechanizmu pojmowania świata. Każda przeczytana książka, każda naprawiona maszyna, każda bezsenna noc spędzona na rozważaniach metafizycznych – wszystko to dokładało się do rosnącej układanki. Był przekonany, że zbliża się do jakiegoś przełomu, do odkrycia zasadniczej prawidłowości rządzącej istnieniem. Czasem, gdy nad ranem odkładał lutownicę i wpatrywał się w gasnące lampy starego radia, wydawało mu się, że jest już o krok – że tuż za mgłą świadomości majaczy odpowiedź na pytanie, które nawet nie zostało jeszcze w pełni sformułowane. Jednak im więcej wiedział, tym bardziej rozumiał, jak wiele pozostaje tajemnicą. Wszechświat zdawał się być nieskończonym labiryntem trybów i obwodów, a on – tylko mechanikiem z małą latarką, błądzącym wśród olbrzymich maszyn. Bywały dni, gdy ogarniała go frustracja. Czuł wtedy, że cel, do którego dąży, oddala się w miarę, jak on się do niego przybliża. Jakby sama natura rzeczywistości droczyła się z nim: gdy już prawie rozumiał mechanizm, okazywało się, że to tylko drobny trybik większej układanki. Mimo to nie poddawał się. Całe dekady spędzone na doskonaleniu się, na składaniu w całość prawd fizyki, biologii, filozofii – wszystkiego, co mogło przybliżyć go do prawdy – hartowały jego umysł. Był jak stal sprężynowa: wyginany tysiąc razy, lecz nigdy niezłamany. Wierzył, że nawet jeśli sam nie zdoła rozwikłać zagadki istnienia, to przynajmniej zbliży się do niej tak, że zajrzy za zasłonę pozorów. Do tego parszywego dnia...

Wczesnowiosenny deszcz uderzał o szyby warsztatu, gdy nadszedło przedpołudnie, które odmieniło wszystko. Pochylony nad starym cyfrowym radioodbiornikiem DAB, elektromechanik stroił je jak co wieczór na fale lokalnych stacji, łowiąc dalekie, obce głosy w wyobraźni jakby łapał krótkie fale analogowego radioodbiornika. Było coś kojącego w tym szumie i trzaskach wyobrażonego eteru – jakby wszechświat szeptał mu do ucha swoje tajemnice. Tego wieczoru jednak spośród nieprzeniknionej cyfrowej ciszy wyłonił się dźwięk inny niż zwykle: wysoki, przenikliwy ton, który zdawał się wwiercać wprost w jego czaszkę. Zamarł, przekręcając gałkę. Ton narastał i opadał w rytmicznej sekwencji, przypominając kod Morse’a, lecz nieznany, nieludzki. Serce zabiło mu mocniej; poczuł nagły niepokój, ale i nieodpartą ciekawość. Drżącymi rękoma podkręcił wzmocnienie, wypuścił gałkę regulacji częstotliwości i nachylił się bliżej głośnika. Przez chwilę miał wrażenie, jakby dźwięk dochodził nie z radia, lecz z wnętrza jego własnej głowy. Zastygł bez ruchu. Sekundy dłużyły się w napięciu, gdy nagle z głośnika popłynął głos. Kobiecy głos, mówiący językiem, którego nie znał – a mimo to rozumiał każde słowo. – …eksperyment zakończony niepowodzeniem… – sygnał nie trzeszczał, a głos brzmiał wyraźnie, dziwnie znajomo. – …wiek subiekta przekroczył próg odwrócenia… powrót niemożliwy… Zimny dreszcz przebiegł mu po plecach. Słowa wnikały mu w świadomość, choć brzmiały obco. „Eksperyment”? „Subiekt”? To brzmiało, jakby ktoś właśnie go opisywał. On był obiektem eksperymentu? Niemożliwe. Musiał źle zrozumieć. – …dezaktywacja persony nastąpi w ciągu jednego cyklu… pozostawiono na orbicie pamięć zbiorową… – ciągnął głos, podczas gdy on czuł, że pokój wiruje. Oparł się o stół, bo nogi odmawiały mu posłuszeństwa. – …przepraszamy, siostro.

Radio zamilkło. Zapanowała cisza tak głęboka, że słychać było jedynie dudnienie krwi w jego uszach. Elektromechanik siedział osłupiały, wpatrując się w migoczącą zielonkawo lampę cyfrowego radia. Ostatnie słowo – siostro – odbijało mu się echem w umyśle. Jakie siostro? Kto do kogo mówił? Serce waliło mu w piersi. Czuł, że coś się w nim załamuje, pęka jak naprężona cięciwa, która trzeszczy tuż przed zerwaniem. Sięgnął nieprzytomnie do radia i potrząsał, jakby chciał wydobyć z niego więcej dźwięków, lecz nagle rozdarł mu czaszkę ostry ból. Obrazy posypały się przed oczami – nie, to były wspomnienia, cudze, a jednocześnie jej własne. Ujrzała niebo o dwóch wyblakłych słońcach zachodzących nad obcym horyzontem. Poczuła czyjeś – swoje? – drobne dłonie o niezliczonych palcach połączonych błoną unoszące się przed twarzą. Twarz… widziała w lustrze twarz młodej kobiety o skórze w kolorze bursztynu i ogromnych, czarnych oczach. Kobiety, którą była. Osunęła się na kolana, krzycząc bezgłośnie w przerażeniu - była stworzeniem wodnym, wyrzuconym na brzeg i w przerażeniu łapiącym powietrze. Wszystko wirowało. Napłynęła kolejna fala wizji: laboratorium w kształcie kuli, istoty pochylone nad kapsułą; potem Ziemia widziana z góry, z dołu, rosnąca w polu widzenia; krzyk niemowlęcia – jej własny pierwszy krzyk pośród obcych ludzi. Wspomnienia, uśpione przez dziesięciolecia, runęły na nią lawiną. Była obcą istotą, z innego żywiołu, z pozaziemskiej cywilizacji, która przybrała ludzką postać mężczyzny. Przez całe życie udawała człowieka, nawet o tym nie wiedząc. A w swoim prawdziwym świecie… była kobietą, nigdy nie opuszczającą ocenanu. Kobietą-naukowcem, która dobrowolnie poddała się przemianie, by żyć wśród ludzi i badać rozwój tej prymitywnej cywilizacji.

Padła na podłogę warsztatu pośród porozrzucanych narzędzi, dysząc ciężko. Umysł szalał jej od nawału myśli. Czuła się rozdarta na pół – pomiędzy to życie, które pamiętała jako swoje jedyne, a życie innej istoty, które nagle również stało się jej. Kim właściwie była? Starszym mężczyzną, mechanikiem z Ziemi, czy też istotą z obcego świata, która tylko nosiła ten kostium przez kilkadziesiąt lat? Drżącymi dłońmi dotknęła swojej twarzy, szukając na niej obcej maski. Oczywiście, wyczuła tylko pomarszczoną, papierową skórę starego człowieka, którego zawsze widziała w lustrze. Ale teraz już wiedziała, że to tylko powłoka. Narzucone przebranie. Gdzieś pod nią kryła się inna twarz, której piękno zamajaczyło jej w przelotnej wizji. Twarz, która była jej prawdziwym obliczem. Leżała tak długo, niepewna, czy umysł wytrzyma to wszystko. W pewnej chwili pomyślała, że może to udar, halucynacja, padaczka, alzheimer, starcza przypadłość zapominania, albo jakiś eksperyment radiowy, który przypadkiem wpłynął jej na mózg. Kurczowo chwytała się nadziei, że jest jednak człowiekiem i że zmysły płatają jej figle. Ale im dłużej leżała w półmroku warsztatu, tym mocniej doświadczała dwoistości siebie. Pamiętała fakty ze swego ludzkiego życia – i równocześnie nabierały ostrości fakty z życia przed życiem, tego sprzed przybycia na Ziemię. W końcu z trudem podniosła się z podłogi przeleżawszy w przerażeniu całe popołudnie. Przez małe okienko warsztatu widziała, że deszcz ustał, a chmury rozwiały się, ukazując rozgwieżdżone niebo. Nigdy wcześniej nie czuła się tak samotna pod tym niebem, czując tęsknotę za oceanem którego nigdy tymi oczami nie widziała.

Jej gwiazdy – gdzieś tam, wśród niezliczonych światełek – były teraz nieosiągalne. Wiedziała już, co oznaczał komunikat: nie mogą jej zabrać z powrotem. Została porzucona na Ziemi, uwięziona w ciele, które się starzeje i psuje. Jej prawdziwy gatunek przekreślił ją i skazał na powolne wygaszenie na obcej planecie, tak po prostu, zimnym głosem przeprosiwszy „siostrę” za kłopot. – Jak mogliście… – szepnęła ochryple, nie wiedząc nawet, do kogo kieruje te słowa – do migoczących gwiazd czy do własnych wspomnień. Łzy napłynęły jej do oczu, gorące i gęste. Całe życie czuła się odmienna, ale nigdy by nie przypuszczała, że aż tak. Całe życie poświęciła na zrozumienie świata, a oto świat zakpił z niej w najbardziej okrutny sposób, odsłaniając prawdę o niej samej dopiero wtedy, gdy na jakiekolwiek zmiany było już za późno. W tamtej chwili coś w niej pękło. Zrodziła się furia – powolna, lodowata furia z poczucia najgłębszej zdrady. Zdradzili ją wszyscy: obcy, którzy ją tu posłali i zostawili na pastwę losu, oraz ludzie, wśród których żyła, bo żaden nie mógł dostrzec, kim naprawdę była. Była sama. Sama jak nigdy dotąd, z dwiema duszami krzyczącymi w jej jednej głowie. Minęły długie godziny, nim zdołała zebrać rozbiegane myśli. Furia, która tliła się w niej po odkryciu prawdy, początkowo kierowała ją na mroczne ścieżki skończenia z tym cierpieniem raz na zawsze. Chwilami czuła, że wbrew wszystkiemu byłaby zdolna zburzyć ten świat, skoro nie było w nim dla niej miejsca ani zrozumienia? W jej skołatanej głowie roiły się szalone pomysły – od wywołania globalnej awarii sieci elektrycznych, po rozprzestrzenienie śmiercionośnego wirusa, który położy kres wszystkiemu, co ją otaczało. Ale każdy z tych pomysłów gasł tak szybko, jak się pojawiał. Bo zaraz potem odzywała się inna cząstka jej tożsamości – ta, która kochała iskrę życia w każdej maszynie i każdym stworzeniu. Cząstka, która była przecież człowiekiem przez tak wiele lat. Gdy gniew opadał, rodziła się refleksja. Czy winni byli ludzie? Byli nieświadomi jej istnienia i trwania w cierpieniu, żyli własnym życiem, w większości dobrym i prostym. Nie oni ją tu przysłali ani nie oni ją porzucili. Ba, wielu z nich okazało jej serdeczność przez lata, choć nigdy nie poznali jej tajemnicy. Prawdziwi winowajcy byli nieosiągalni, gdzieś wśród zimnych gwiazd. Zemsta na odległej cywilizacji była niemożliwa – a zemsta na ludziach byłaby niesprawiedliwa i pusta. Czy zniszczenie kogokolwiek da jej ukojenie? W resztkach swojego złamanego serca wciąż miała iskierkę czułości do rodzaju ludzkiego. W końcu sama stała się na swój sposób człowiekiem – wychowała się tu, myślała i czuła jak człowiek. To, że teraz znała prawdę, nie przekreślało lat doświadczeń ani więzi z tym światem. Jeśli cokolwiek dobrego wyniosła z tej misji, to właśnie zrozumienie ludzkiej kruchości i wielkości zarazem. Ludzie byli niedoskonali, błądzili, często nie widzieli dalej niż czubek własnego nosa – lecz potrafili też przejawiać dobro, współczucie, twórczą myśl. Byli może mało rozwinięci w oczach jej macierzystej cywilizacji, ale nosili w sobie olbrzymi potencjał. Zaczęła analizować, czy coś jeszcze może zrobić... Skoro nie mogła wrócić do swojego gatunku, a zemsta nie miała sensu – co jej pozostało? Spojrzała na swoje pomarszczone ręce, które tyle lat z troską składały najdrobniejsze mechanizmy. Co oznacza, iż pozostał jej czas na zakończenie cyklu? Czy to oznacza, że jej czas się kończy? Może mogła jeszcze raz wykorzystać swój talent, by dokonać czegoś znaczącego. Nie dla zemsty, ale dla przyszłości by zostawić po sobie dziedzictwo, potomstwo... Nie z nienawiści, lecz z nadziei. W głowie kiełkował plan tak śmiały i niezwykły, że nawet jej samej zdawał się początkowo nierealny. Postanowiła wykorzystać pozostałe jej zdolności i wiedzę – tę zebraną przez całe ludzkie życie oraz tę, która powróciła objawieniem z głębin obcej pamięci – by wpłynąć na losy ludzkości. Nie zniszczyć ją, ale udoskonalić. Skoro jej własny gatunek ją odrzucił, uczyni sobie nowy dom z tej planety. Zamiast porzucić gatunek ludzi w ich regulowanej przez infekcje grzybicze ewolucji, przyspieszy ją, da im prezent, który sama chciałaby otrzymać: szansę na gwałtowne poszerzenie świadomości sensorycznej, przyspieszenie funkcji poznawczych. Czuła w kościach, że pozostały jej czas uplywa. Ciało było słabe, każda komórka zdawała się przypominać o swym obcym pochodzeniu i chylić ku rozpadowi. A jednak umysł – dwoisty, ale scalający się powoli w jedną, nową całość – pracował teraz na najwyższych obrotach. Przez kolejne tygodnie, dnie i noce warsztat znów ożył stukotem narzędzi i blaskiem iskrzących obwodów. Staruszka, wbrew bólowi przeszywającemu jej ciało, konstruowała urządzenia, jakich świat jeszcze nie widział i nigdy nie miał poznać. Z kawałków starej aparatury laboratoryjnej zbudowała prowizoryczny bioreaktor. Wykorzystując ogniwa słoneczne i baterie samochodowe, zasiliła instalację, która przypominała nieco jej dawne wynalazki – lecz działaniem sięgała cudu. Dzięki wspomnieniom, które odzyskała, posiadała wiedzę o ludzkim genomie i o tym, co można w nim zmienić, by rozwinąć ukryte możliwości mózgu. Płat przedczołowy – siedlisko wyższych procesów poznawczych, świadomości, empatii – mógł stać się kluczem. Gdzieś w niciach kwasu desyksorybonukleinowego należało zapalić iskrę, która sprawi, że ten obszar rozkwitnie pełnią potencjału. Zaprojektowała cząsteczkę – coś pomiędzy grzybem przenoszonym drogą powietrzną, wirusem, a nanomaszyną – zdolną wniknąć do ludzkich komórek i dokonać tej drobnej korekty. Drobnej, a zarazem ogromnej w skutkach. Z trudem, ale i z determinacją, syntezowała tę nanocząsteczkę w swoim prymitywnym laboratorium. Aż zrodziła się z tego niewidoczna gołym okiem konstrukcja. Pod mikroskopem dostrzegła maleńkie, geometryczne konstrukty, reagujące na impulsy elektryczne, gwałtownie replikujące się w jej własnym ciele. Wprogramowała im jedno zadanie: przeniknąć do genomu Homo sapiens i podkręcić ewolucję tam, gdzie natura postępowała dotąd zbyt wolno. Były jak klucz pasujący do dawno zastanej, zardzewiałej kłódki – klucz, który miał ją otworzyć. Kiedy pierwszy pojemnik z iskrzącym, srebrzystym roztworem był gotowy, uniosła go w drżących dłoniach. Już wtedy odczuwała świat każdym zmysłem chłonąc to tu i teraz. Patrzyła wszystkimi oczami, czując całą sobą, jak eteryczna ciecz delikatnie fosforyzuje w cieniu lampy. Oto trzymała w rękach przyszłość gatunku, który przez lata uważała za swój własny. Ogarnęła ją dziwna, cicha duma. Może i była tylko trybem w niepojętej machinie wszechświata, ale nawet tryb potrafi wprawić całą machinę w nowy ruch, jeśli jest właściwie umiejscowiony. Może to do niej będą się modlić ludzie w przyszłych pokoleniach. Kolejnej nocy wspięła się na pobliskie wzgórze, skąd roztaczał się widok na pogrążone w mroku miasto. W kieszeni niosła kilka niewielkich kapsuł z fungi-nano-wirusem, zabezpieczonych jak najcenniejszy skarb. Niebo było czyste, jak tamtej pamiętnej nocy – gwiazdy zdawały się mrugać do niej tajemniczo. Być może gdzieś tam, jej dawna cywilizacja obserwowała tę planetę z daleka, nieświadoma, jaką iskierkę pozostawiony tu agent właśnie zamierza wzniecić. Staruszka – już wiedziała, jak myśleć o sobie w kategoriach płci – stanęła na szczycie i kolejno uwalniała kapsuły w powietrze. Każda z nich pękała z cichym trzaskiem, uwalniając miliardy mikroskopijnych grzybich nośników w wiatr. Unosiły się niewidzialną chmurą, którą podchwycił nocny wietrzyk i poniósł nad śpiące miasto, a potem dalej, ku kolejnym osiedlom, w świat. Rozproszą się po atmosferze, pomyślała, i spadną z deszczem na ziemię, wnikną w glebę, wodę, organizmy. Przyjmie je Gaja, wchłonie Pacha Mama. Rozniosą się jak dawniej przenosiły się epidemie – tylko że to będzie epidemia świadomości, zaraza oświecenia. Patrzyła, jak ostatnia kapsuła rozbłyska w powietrzu. Czuła, jak ból przeszywa jej pierś – serce ledwie nadążało z pompowaniem krwi. Wiedziała, że być może właśnie przypieczętowała swój los, nadwyrężając resztki sił. Osunęła się na kolana na mokrej trawie, a w oczach stanęły jej łzy ulgi. Stało się. Decyzja zapadła i czyn został dokonany. Teraz ludzkość podąży ścieżką, którą jej wskazała – choć nigdy nie dowie się, kto tchnął w nią tę iskrę. Świt zastał ją opierającą się plecami o pień starego dębu na zboczu wzgórza. Mgła unosiła się nad łąkami, a pierwsze światło dnia nieśmiało muskało kontury miasta. Czuła, że zbliża się koniec – serce tłukło się nierówno niczym zepsute wahadło zegara, oddech stawał się płytki. Każda komórka jej ciała była wyczerpana do granic możliwości. A jednak w jej umyśle panował dziwny spokój. Furia wyparowała, pozostało znużenie, ale i ulga. Zrobiła, co mogła. Reszta należała już do ludzi. Wstała z trudem i powlokła się w dół ścieżki, w kierunku budzących się ulic. Chciała jeszcze raz poczuć puls tego świata z bliska. Miasto zaczynało dzień – tu mleczarz jak przed stu laty znów rozwoził szklane butelki, które wreszcie wyparły plastik, tam piekarz wystawiał pierwszy chleb, gdzie indziej grupa dzieci biegła za piłką, śmiejąc się radośnie przed szkołą. Zwykły poranek zwykłych ludzi. A jednak… Ona, która teraz patrzyła na to spojrzeniem dwojga istot, miała wrażenie, że dostrzega subtelną różnicę. Może to tylko jej wyobraźnia, a może pierwszy znak? Zdawało jej się, że śmiech dzieci brzmi jakoś bardziej harmonijnie, że oczy przechodniów błyszczą żywszym blaskiem, że w powietrzu unosi się ulotna iskierka nadziei trudna do uchwycenia. Zatrzymała się na skwerze, gdzie stała kamienna ławka – ta sama, na której dawniej przysiadała czasem, wracając z zakupów, by nakarmić gołębie okruchami chleba. Opadła na nią ciężko, czując, że siły ją opuszczają. Serce zabolało ją mocno; świat na moment pociemniał jej przed oczami. Gdy obraz znów się wyostrzył, zauważyła obok siebie małą dziewczynkę, na oko siedmio- lub ośmioletnią, bacznie jej się przyglądającą. Musiała podejść cicho, bo nie zauważyła jej wcześniej. Miała poważne, duże oczy i jasne włosy splecione w warkocz. – Dziadku, dobrze się czujesz? – zapytała, przekrzywiając główkę. W jej głosie brzmiała dziecięca troska, szczera i bezpośrednia. Elektromechaniczka uśmiechnęła się blado. Być może wyglądała naprawdę marnie, skoro obce dziecko podeszło zapytać. Skinęła głową i wydusiła cicho: – Wszystko w porządku, malutka… Tylko odpoczywam. Dziewczynka jednak nie odeszła. Usiadła na ławce obok niej, wciąż wpatrzona uważnie. Miała wrażenie, że jej przenikliwe oczy zaglądają prosto w głąb jej istoty, aż do obu dusz, które w sobie nosiła. Czy mogła przeczuwać? Dzieci miewają przecież intuicję, a może już działała iskra, którą rozsiała? – Mała, nie powinnaś… – zaczęła słabym głosem, chcąc ją odprawić, bo czuła, że dzieje się z nią coś dziwnego. W tej samej chwili poczuła, że skóra na jej twarzy mrowi osobliwie. Jakby tysiące mrówek przebiegały pod powierzchnią. Dłonie zaczęły jej drżeć nienaturalnie. Przestraszyła się – czyżby teraz, w najmniej odpowiednim momencie, jej ludzka powłoka miała się rozpaść? Czy przemiana, której nie dokończyli tamci, nastąpi właśnie teraz? – Czy coś boli? – głos dziecka był zdumiewająco spokojny, niemal dorosły w brzmieniu. Spojrzała na na dziewczynkę i zobaczyła w jej oczach zrozumienie, które przekraczało wiek. Nie było w nich strachu, raczej ciekawość i współczucie. Wzięła drżący oddech. Nie chciała jej przerażać swoim widokiem, ale czuła, że nie zdoła powstrzymać tego, co nadchodzi. Poczuła, jak coś w niej pulsuje obco; kątem oka zobaczyła, że skóra na jej przedramieniu nabiera lekko złotawego odcienia, a pod nią zarysowują się nietypowe linie – jakby przebijała się przez nią inna struktura. Dziewczynka zamiast uciec, wyciągnęła drobną dłoń i położyła na jej ręce. Jej dotyk był ciepły i uspokajający. – Nie bój się, dziadku – powiedziała cicho. – Wszystko będzie dobrze. Z gardła elektromechaniczki wydobył się zdławiony szloch. Łzy pociekły jej po policzkach, lecz tym razem nie były to łzy rozpaczy, a ulgi i wzruszenia. Delikatny, ludzki gest tego dziecka w ostatniej chwili jej życia był jak obietnica. Obietnica, że ludzkość, której powierzyła przyszłość, może faktycznie stawać się lepsza, mądrzejsza, bardziej empatyczna. Poczuła, że ogarnia ją ciemność. Gdzieś z oddali słyszała jeszcze wołanie dziewczynki: „Ludzie, pomóżcie!” – jej głos brzmiał jednocześnie dziecięco i zdumiewająco stanowczo. Ktoś podbiegł, rozległy się zamazane krzyki, ale ona już nie potrafiła złożyć z nich słów. Ostatnim wysiłkiem uniosła powieki. Nad sobą ujrzała pochylone, zatroskane twarze – kobietę, mężczyznę, może kogoś jeszcze. Ich rysy zamazywały się w jasnej poświacie poranka. Czuła, że jej oczy – te oczy, które być może już stawały się na powrót czarne i obce – spoglądają na nowy gatunek człowieka. Nowy – bo z iskrą, której brakowało staremu. Czy oni wiedzą, co się w nich zmienia? Oczywiście, że nie – i może to lepiej. Czuła, że zsuwa się gdzieś poza ciało, poza czas. Przez ułamek sekundy miała wrażenie, że unosi się nad sobą i widzi tę scenę: grupkę ludzi pochylonych nad bezwładnym ciałem starca na ławce, i małą dziewczynkę trzymającą go za rękę. Jej ręka nie wyglądała już całkiem ludzko – lecz nikt zdawał się tym nie przejmować. Być może widzieli tylko umierającego człowieka i zatroskani o jego los, nie dostrzegali niezwykłości jego przemiany. A może widzieli, ale nowa świadomość podpowiadała im akceptację tego, co odmienne. „Czy to właśnie jest ostateczne zrozumienie?” – pomyślała jeszcze gdzieś na granicy świadomości. – „Że nieważne, kim się urodziliśmy ani kim nas uczyniono, ale czego dokonamy dla innych?” Uśmiechnęła się w duchu, czując, że odpowiedź – jak zawsze – jest i nie jest dana jednocześnie. Była tajemnicą, w którą teraz wnikała bez lęku. Jej ostatnia myśl była spokojna: że choć umiera z dala od gwiazd swojego dzieciństwa, nie umiera samotnie. Jest otoczona nową, rozwijającą się ludzkością, która pewnego dnia – dzięki niej – sięgnie dalej, niż ona kiedykolwiek mogła. A potem odeszła, zrzucając ludzką powłokę niczym zużyte przebranie.

Uwolniona od ciała świadomość przez krótką chwilę otuliła świat cichym pożegnaniem – jak ciepła fala, której nikt nie zauważył, ale każdy mógłby poczuć w sercu. I zniknęła pochłonięta przez ziemię, pozostawiając po sobie tylko drobne, nieuchwytne wspomnienie w zbiorowej pamięci – wspomnienie kogoś, kto mógł być snem, legendą albo iskierką, od której mógł zapłonąċ wielki ogień.

Nanogrzyby które stworzyła pokryły każdą komórkę jej ciała przekazując screenshot odchodzącej świadomości do sieci neronalnej Pacha Mamy przez grzybnię oplatającą każdy punkt na Ziemi. Wtedy właśnie Ziemia zrozumiała, że nie jest sama... i wybuchła broniąc się przed inwazją obcych w przestrzeń kosmiczną sporami grzybni rozsiewając swoją zaraźliwą formę życia wraz ze świadomością zbiorową superistoty od miliardów lat zasiedlającej i regulującej życie na tej planecie. Nano-grzyby Tadeusza zamarły kilka minut później zneutralizowane przez ziemskie zbrojne grzybnie, a jego ciało zasiedliły ciekawe odkrycia tysiące gatunków wyspecjalizowanych grzybów rządzących tą planetą od miliarda lat, które już wierząc, że nie są same we wszechświecie, planowały podbój kosmosu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Nemo1214 4 miesiące temu
    Ciekawy pomysł i dobrze napisane w sensie warsztatu. Nie wiem czemu takie słabe oceny. Może dlatego, że nie jest klasycznym powiadaniem o zielonych/szarych ufoludkach. Ja jednak daję 5*.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania