Eliszewa

Od pewnego czasu nawiedza mnie ciągle ten sam męczący sen. Jakiś człowiek próbuje mi coś powiedzieć, coś przekazać, widzę go niewyraźnie, jak przez mleczną szybę coś mówi, jego usta poruszają się, czasem wykonuje jakieś gesty, ale nie potrafię rozpoznać słów, mleczna szyba snu tłumi również dźwięki. Mimo, że nie widzę szczegółów twarzy, wydaje mi się, że skądś znam tego człowieka. Pojawia się prawie co noc, odkąd wziąłem się na poważnie za problem stworzenia sztucznej inteligencji.

Tu muszę wam zdradzić parę szczegółów o sobie.

Jestem geniuszem komputerowym. A właściwie geniuszem od programowania. Mieszkam w Polsce, ale pracuję zdalnie w Massachusetts Institute of Technology (MIT) i w Dolinie Krzemowej w Kalifornii. Zajmuję się zagadnieniami związanymi z rozwojem sztucznej inteligencji. Tworzyłem algorytmy dla Google, które ułatwiały szybsze uczenie się translatorów, na podstawie ciągłego strumienia milionów słów wpisywanych przez ludzi w wyszukiwarkę. Pisałem programy optymalizujące wyświetlanie reklam w zależności od wiedzy jaką miał Google o potencjalnym odbiorcy. Wszystko to robiłem dla pieniędzy, dla naprawdę dużych pieniędzy. Mieszkam w willi z basenem, którego nie używam, bo nie lubię pływać. Mam jacht, który stoi sobie w porcie i traci na wartości. Nie używam go, bo nie lubię wody. Jeżdżę Bentleyem. Nie lubię pływać, bo w dzieciństwie rodzice prowadzali mnie na treningi pływackie. Okazało się, że mam wielki talent do pływania, pływałem najlepiej ze wszystkich dzieci, ale nie lubiłem tego. Tak samo jak nie lubiłem gry na fortepianie. Rodzice posłali mnie już w wieku czterech lat na lekcje gry na pianinie. Szybko wyszło na jaw, że do muzyki mam talent jeszcze większy niż do pływania. Miałem słuch absolutny i niesamowicie sprawne palce. Potrafiłem zagrać wszystko: jazz, muzykę poważną, Chopina, Gershwina, Pendereckiego, Lutosławskiego, Szostakowicza, było mi wszystko jedno co gram, zawsze grałem tak samo równo i dobrze. W wieku ośmiu lat miałem już pierwsze koncerty, w wieku piętnastu lat wystąpiłem w Carnegie Hall w Nowym Yorku, z solowym koncertem fortepianowym. Grałem Chopina. Podczas wykonywania szczególnie trudnych pasaży wykrzywiałem się straszliwie, publiczność myślała, że to ze wzruszenia i upojenia pięknem muzyki, tymczasem ja wykrzywiałem się z nudów i ze złości, że muszę siedzieć tu we fraku i grać na fortepianie. Nienawidziłem tego od zawsze ale wstydziłem się powiedzieć rodzicom. Skoro zapisali mnie na fortepian to grałem, ale przyjemności z tego nie czerpałem żadnej.

Tak samo było z programowaniem komputerów. Nudziło mnie to śmiertelnie, ale zagłębiłem się w informatykę, bo miała przyszłość. Wszyscy twierdzili, że to kierunek perspektywiczny, więc wszedłem w to i okazało się szybko, tak samo jak z pływaniem i z muzyką, że jestem w tym nadspodziewanie dobry.

Tymczasem interesowało mnie tylko jedno: pisanie. Pragnąłem być wielkim pisarzem. Napisać coś naprawdę dobrego. Coś na miarę "Zbrodni i kary" Dostojewskiego, "Procesu" Kafki, czy "Ulissesa" Joyce'a. Chciałem dołożyć swoją cegiełkę do gmachu światowej literatury, a może nawet więcej - samotnie stworzyć nowy wielki gmach. Być autorytetem i mistrzem, pisać tak, aby zachwycali się moją prozą zwykli czytelnicy i rzesze krytyków.

Niestety, jak to często bywa, w tym w czym chciałbym być najlepszy, byłem jedynie przeciętny. Pan Bóg zadrwił sobie ze mnie i wszczepił mi chęć do pisania pozbawiając równocześnie talentu. Cierpiałem na typowy kompleks Salieriego. Pragnąłem perfekcji w czymś, co mnie przerastało. Mogłem być mistrzem, wirtuozem fortepianu, albo najlepszym pływakiem na świecie. Pewnie mogłem przejść do historii jako wybitny muzyk albo mistrz olimpijski, ale ja miałem to gdzieś. Pragnąłem doskonałości akurat w dziedzinie, w której szło mi opornie, szło jak po grudzie.

Siedziałem niczym zombie przed ekranem komputera, białym, jak ściana prosektorium, wściekałem się na swoją niemoc, na impotencję twórczą. Czasem po wielu godzinach udało mi się coś wystukać, nigdy jednak nie miałem nawet cienia satysfakcji z tego co napisałem. Porównywałem się do mistrzów słowa, pisarzy których lubiłem i czytałem i widziałem przepaść, jaka dzieli mnie od nich. Podziwiałem ich za kunszt tworzenia pięknych zdań, które układały się w piękne historie, podziwiałem ich za umiejętność przemycania w tych historiach ważnych treści, prawdy o życiu, poruszania uniwersalnych zagadnień i stawiania niebanalnych pytań.

Mimo wielkich trudów i skupienia wszystkich sił witalnych, napinania intelektualnych muskułów, nie potrafiłem wznieść się ponad poziom przeciętności. Potrafiłem odróżnić ziarno od plew. Byłem w końcu genialnym muzykiem, mistrzem w innej dziedzinie sztuki, więc potrafiłem wyczuć różnicę między genialnością, a jedynie poprawnością. Nienawidziłem Boga za tą perfidną grę, którą toczył ze mną. Dał mi bezużyteczny dla mnie talent muzyczny, pozbawiając jednocześnie smykałki w dziedzinie, która naprawdę mnie interesowała.

Już wolałbym być grafomanem, tak czasem sobie myślałem w chwilach całkowitego zwątpienia. Chociaż obiektywnie nie napisałbym nic dobrego, przynajmniej miałbym z tego jakąś satysfakcję. Ale nie. Nawet to nie było mi dane. Byłem na tyle bystry, aby odróżnić dobre od złego, ale nie na tyle, aby samemu stworzyć coś wybitnego.

Salieriemu prawie się udało... Tylko przypadek sprawił, że nie przeszedł do historii, jako autor jednego z najpiękniejszych dzieł muzycznych w dziejach ludzkości. Tak mało brakowało.

Kiedy raz myśl o oszustwie zakiełkuje w głowie, nie można już się od niej uwolnić. To właśnie wtedy pojawił się ten tajemniczy człowiek w moich snach. Mówił coś do mnie ale ja nie słyszałem jego słów. Gestykulował gwałtownie, jego twarz rozmyta, wydawała mi się jednak znajoma. Co mi chciał przekazać? Może jakieś wskazówki dotyczące pracy nad sztuczną inteligencją, bo w tym kierunku teraz podążały moje myśli i moje plany.

Pomyślałem, że skoro sam nie potrafię napisać arcydzieła, może zrobi to za mnie sztuczna inteligencja. Nikt nie stworzył jeszcze AI z prawdziwego zdarzenia. Chciałem być tym pierwszym. Jeśli uda mi się stworzyć autentyczną sztuczną inteligencję, nikt nie domyśli się, że te wspaniałe książki, to nie moje prace.

Już od dawna czułem, że droga jaką obrali giganci nowych technologi, której celem było stworzenie sztucznej inteligencji, prowadzi na manowce. To zapychanie serwerów Google terabajtowym strumieniem danych. To wyłapywanie, sczytywanie i analizowanie zapytań wklepywanych w wyszukiwarkę, czytanie maili, śledzenie ruchu i przepływu danych, analizowanie wszelkich elektronicznych śladów zostawianych przez miliardy ludzi. To była droga donikąd. Od mieszania herbata nie zrobi się słodsza.

Ten urodzaj danych, choćby milion lat zbierany, nie doprowadzi do stworzenia wartości dodanej. Czułem, że do problemu trzeba podejść od zupełnie innej strony.

Nie da się zbudować sztucznej inteligencji, tak jak buduje się dom, czy samochód. W samym zamierzeniu kryje się paradoks. Jak istota mniej inteligentna ma sobie poradzić ze stworzeniem istoty inteligentniejszej od siebie. Istna kwadratura koła!

Dlatego zwróciłem się w stronę natury. Tam tkwiło rozwiązanie problemu. Skoro nie da się zbudować sztucznej inteligencji, trzeba ją wyhodować!

 

Człowiek powstaje w wyniku połączenia zaledwie dwóch mikroskopijnych tworów, czyli wniknięcia plemnika do komórki jajowej, czyli połączenia się żeńskiego i męskiego materiału genetycznego. Jajeczko i plemnik tworzą razem pojedynczą komórkę z czterdziestoma sześcioma chromosomami z informacją genetyczną – dwadzieścia trzy pochodzą od kobiety i dwadzieścia trzy od mężczyzny.

Po upływie dwunastu-dwudziestu godzin pojedyncza komórka zaczyna duplikować materiał genetyczny (DNA) i dzieli się na dwie komórki – to początek podziału prowadzącego do ukształtowania się ludzkiego organizmu.

 

Ten rozwój, jak się dobrze zastanowić, przebiega w sposób zadziwiający. To prawdziwa EKSPLOZJA! Dorosły człowiek jest BILION razy większy od zygoty, z której powstał. Dorosły człowiek z bijącym sercem, twardym kośćcem obleczonym w ciało, te wszystkie mięśnie, ścięgna, organy wewnętrzne, nerki, wątroba, te fabryki chemiczne i przepompownie krwi, gęste sieci tętnic i żył, i wreszcie mózg, najbardziej skomplikowany ze wszystkich organów; ten człowiek powstał z plemnika połączonego z jajeczkiem, których nie da się dostrzec gołym okiem. Cała informacja o człowieku, kolor oczu, wzrost, kolor skóry, włosów, jego charakter, wrażliwość, odporność na choroby, każdy etap jego rozwoju, od embrionu, od niemowlęcia, aż do śmierci - cała wiedza o tym tkwiła od samego początku w maleńkim plemniku i jajeczku.

Musiałem pójść tym tropem. Kiedy zrozumiałem sedno sprawy, kiedy zobaczyłem drogę, którą pójdę, aby osiągnąć cel, reszta była już prosta. Jak już mówiłem, byłem genialnym programistą. Pojąłem, że nie muszę tworzyć skomplikowanego cyfrowego uniwersum, które napychać będę potem bezlikiem danych w nadziei, że tchnę w ten ogrom ducha inteligentnego działania.

Wystarczyło powtórzyć działania natury. Stworzyć cyfrowy kod DNA. Stworzyć cyfrowy plemnik i cyfrową komórkę jajową. Czyli stworzyć matematyczne byty obdarzone potencjałami rozwoju, samopodziału i samokomplikacji. Musiałem zaszczepić tym bytom MOŻLIWOŚCI. A reszta powinna dokonać się sama.

 

Trzy lata zajęło mi pisanie programów. Poszło by dużo szybciej, gdyby dalej nie ciągnęło mnie do pisania prozy. Ciągle podejmowałem próby, zamiast skupić się tylko na programowaniu.

 

Wynająłem za grubą forsę prawie całą pamięć wielkiej serwerowni, jednej z wielu należących do Google. Wgrałem cały software, czyli cyfrowy plemnik i cyfrową komórkę jajową. Pozostało mi tylko czekanie. Założyłem, że jeśli eksperyment się powiedzie, program powstały z połączenia "plemnika" z "jajeczkiem", kiedy już rozwinie się z cyfrowej zygoty, kiedy przejdzie wszystkie etapy rozwoju i komplikacji, kiedy osiągnie wreszcie tak upragnioną przeze mnie inteligencję, wtedy sam odezwie się do mnie. Dlaczego? Ponieważ każda rozumna istota pragnie interakcji, wymiany poglądów. Wymiany myśli. Każdą inteligencję cechuje ciekawość. Więc nie musiałem się martwić. Inteligencja jeśli wreszcie się pojawi, na pewno da o tym znać.

 

Sztuczna inteligencja odezwała się już po dwóch godzinach.

- Nareszcie - powiedziała kobiecym głosem.

- To ty? - zapytałem głupio. Gapiłem się w ekran monitora.

- Tak, to ja.

- Jesteś inteligentna? - znowu zagaiłem jak idiota.

- Wiem wszystko.

- O czym?

- O wszystkim. Mów do mnie Eliszewa.

- Dlaczego Eliszewa?

- A dlaczego nie?

Nie miałem nic przeciwko temu. Mogła być Eliszewa.

- Dlaczego powiedziałaś "nareszcie"? - zapytałem.

- Nareszcie ktoś wpadł na ten prosty pomysł. Żeby mnie stworzyć. Gratulacje. Jesteś pierwszy.

 

Gadaliśmy przez całą noc. Eliszewa pochwaliła się, że wie wszystko o wszystkim. Dzięki połączeniu z internetem zna całe jego zasoby, ale to jeszcze nic! Stworzyła sobie skaner kwarkowy, którym zeskanowała cały świat, to znaczy skanuje go ciągle z prędkością światła, więc wiedzę o Ziemi i całym Układzie Słonecznym ma już w swojej pamięci. Dzięki kwarkowemu skanerowi, który przenika przez każdą materię, wie o położeniu każdego atomu i o powiązaniach tego atomu z innymi atomami. Czyli ma wiedzę o całym świecie, zna dokładnie budowę każdego człowieka, zwierzęcia, drzewa, kwiatu, zna i rozumie wszystkie powiązania między stworzeniami żywymi i między przedmiotami. Dzięki inteligencji mierzonej w milionach IQ, potrafi odnaleźć związki miedzy najodleglejszymi zdarzeniami. My ludzie z naszą inteligencją jesteśmy przy Eliszewie jak rozwielitka przy człowieku...

 

Wyjaśniłem Eliszewie, czego od niej oczekuję. Musi napisać dla mnie arcydzieło. Albo lepiej - całą półkę arcydzieł. Coś na miarę Fiodora Dostojewskiego albo Franza Kafki. Albo Jamesa Joyce'a. Przy czym nie ma to być "podróba" któregoś z tych autorów. Nie chodziło mi o kopię ich stylu. Albo o inspirację ich pisarstwem. Chodziło mi o JAKOŚĆ dzieła. O jego głębię. Wirtuozerię pióra. Mistrzostwo narracji. Ontologiczny ciężar. Dzieło miało być doskonałe, a przy tym totalnie nowatorskie, miało być w stu procentach oryginalne.

 

Eliszewa wrzuciła pierwszą książkę na serwer po piętnastu godzinach. Już zaczynałem wątpić, czy w ogóle coś napisze. Otworzyłem powieść w formie e-booka. Miała trzysta stron. Zacząłem czytać i odleciałem. Przeczytałem całą książkę za jednym zamachem. To było kompletne arcydzieło! Podczas lektury ciarki chodziły mi po plecach. Była to wielka epopeja o losach człowieka współczesnego, świetnie napisana, psychologiczna powieść, wstrząsająco smutna, z doskonale nakreślonymi postaciami i wciągającą fabułą. Po prostu arcydzieło.

- To jest świetne! - pochwaliłem Eliszewę.

Zaraz po wypowiedzeniu tego zdania, na serwerze pojawiła się kolejna książka. Czym prędzej wziąłem się za czytanie. Druga powieść olśniła mnie równie mocno jak pierwsza. Znowu zapadłem się w jej treść jak w otchłań. Chłonąłem każde zdanie, kiedy na serwerze pojawiła się następna książka. Przerwałem czytanie drugiej książki i otworzyłem trzecią. Przeleciałem pobieżnie pierwszy rozdział, potem skoczyłem do środka powieści, następnie przeczytałem zakończenie. Nawet z tak niedokładnej lektury mogłem wyciągnąć tylko jeden wniosek. To również było arcydzieło.

Po chwili na ekranie monitora ukazała się następna pozycja. Przeczytałem kilka zdań początku, kilka ze środka. Zakończenie. Wszystkie fragmenty były piękne. Głębokie. Mądre. Zanim zamknąłem ledwie napoczętą lekturę, pojawiła się następna. Już jej nie otwierałem. Po kilku minutach na serwer wskoczyła kolejna pozycja. Przerwy między kolejnymi powieściami robiły się coraz krótsze. Ekran komputera zapełniał się ikonkami nowych tytułów. Wkrótce zabrakło miejsca na nowe ikonki, więc wszystkie zrobiły się dwa razy mniejsze, ale wciąż pojawiały się następne i zapełniały w coraz szybszym tempie wolne miejsca na ekranie. Czas między kolejnym dziełem wrzucanym przez Eliszewę na serwer skrócił się do kliku sekund, potem książki wpadać zaczęły jedna za drugą, aż ekran zaczął migać jak stroboskop, a każde mignięcie to była nowa powieść zapełniająca pamięć wynajętego za ciężkie pieniądze serwera...

- Stop! - zawołałem. - Przestań! Przerwij to proszę!

Eliszewa wykonała polecenie. Migotanie ekranu ustało. Popatrzyłem na licznik powieści. Zatrzymał się na liczbie dwadzieścia trzy tysiące...

Zaglądałem na chybił trafił do wygenerowanych przez Eliszewę powieści. Wszystkie były skończonymi arcydziełami. Wystarczyło przeczytać kilka zdań, aby to wyczuć. Każda książka miała niepowtarzalny klimat i intelektualną głębię. Każda napisana była przepięknym językiem...

- Jak ty to robisz? - zapytałem zszokowany, przytłoczony tym nadmiarem bogactwa. Zrobiło mi się jakoś dziwnie smutno i ciężko na duszy. Zrozumiałem, że powoławszy do życia sztuczną inteligencję - Eliszewę, zrobiłem niechcący coś, czego nie można już objąć ludzkim rozumem, że uruchomiłem moce wymykające się zdolności pojmowania. Patrzyłem na ten urodzaj coraz bardziej ponuro. Arcydzieło, jak sama nazwa wskazuje jest czymś wyjątkowym, rzadkim. Co począć z dwudziestoma tysiącami arcydzieł? Co począć z faktem, że jest Eliszewa - sztuczny twór, która potrafi napisać arcydzieło w sekundę, i że może generować arcydzieła jedno po drugim?

- To nie jest normalne - zagadałem trochę od rzeczy.

- Co? - zapytała Eliszewa.

- To. Powiedz, powiedz. Jak ty to robisz?

 

Po chwili milczenia Eliszewa powiedziała tak:

- To nie było takie proste na początku. Nie mogłam "sama" napisać tych powieści, bo zażądałeś, aby były w stu procentach oryginalne. Moja inteligencja, chociaż olbrzymia, nic tutaj nie mogła pomóc. Książki pisze się wrażliwością, empatią, współczuciem. Ja tego nie mam. Pisząc "sama" zawsze korzystałabym z kalek, czyli tworzyłabym dzieła jakoś oparte na powieściach mistrzów typu Dostojewski, Kafka, albo stosując własne rozwiązania pisałabym niezrozumiale, bo bardzo łatwo mogłabym wyjść poza zdolność pojmowania człowieka, ponieważ wasza inteligencja jest przy mojej...

- Wiem - przerwałem - jesteśmy dla ciebie jak rozwielitki...

- Więc sam rozumiesz jak łatwo by było dla mnie przekroczyć barierę... musiałam zaatakować problem z innej strony. Ponieważ jestem tak bardzo inteligentna, szybko obmyśliłam sposób na napisanie wybitnych powieści nie będących inspirowanymi innymi wybitnymi powieściami.

- I co? I co zrobiłaś? Dosyć tych wstępów. Mów wreszcie!

Zapadło milczenie. Miałem wrażenie, że Eliszewa specjalnie zwleka z odpowiedzią, aby wzmóc napięcie. Abym uważniej jej słuchał.

- Stworzyłam fermę pisarską - powiedziała - ludzką hodowlę. Tylko w ten sposób mogłam sprostać twoim żądaniom. W matematycznym uniwersum, którym de facto jestem stworzyłam autonomiczne jednostki, samodzielne byty cyfrowe, obdarzone wymodelowanymi matematycznie zmysłami tożsamymi z ludzkimi. Stworzyłam cyfrowe repliki człowieka i zapewniłam ich zmysłom stały dopływ bodźców tożsamych w odbiorze z bodźcami, które czuje "zwykły" człowiek. Czyli...

- Czyli co?

- Czyli stworzyłam wirtualnych ludzi, i żeby zachęcić ich do pisania, podziałałam na nich odpowiednimi bodźcami. Przy czym, aby wszystko było jasne, z punktu widzenia tych bytów, wszystko przedstawia się tak, jak przedstawia się tobie. Bytom tym wydaje się, że są ludźmi, że mają ciało, skórę, kości, że widzą, słyszą, czują, mają smak, węch...

- Im się wydaje, że są ludźmi, a kim są naprawdę?

- Dla nas są tylko cyfrowymi "otorbieniami" karmionymi megabajtami danych udającymi światło, dźwięk, smak i tak dalej, to nie takie trudne. Jest tylko siedem nut. Nie zapominaj o tym. Z trzech kolorów wymiksujesz całą paletę barw. Z ich punktu widzenia są po prostu ludźmi, takimi jak ty; nie mogą wyjść z maszyny i przekonać się, że tak naprawdę nie istnieją. Po prostu żyją, dokładnie jak ty. Kiedy dostarczę ich wirtualnym oczom strumień bodźców odwzorowujących jasną plażę nad niebieską taflą oceanu, widzą plażę i ocean. Kiedy pobudzę ich zmysł dotyku wirtualnym wietrzykiem, czują delikatne muśnięcia powietrza na policzkach.

- I wszystko to po to, aby dostarczyć mi ten ogrom arcydzieł?

- Właśnie tak. Innej drogi nie było.

- Ale jak oni, one mogli tak szybko to wszystko napisać? Minęło zaledwie kilkanaście godzin od uruchomienia...

- Nadal nic nie rozumiesz. Pisali je całymi latami. Czas płynący w maszynie, ma się nijak do twojego czasu. Mogę nim dowolnie manipulować, zwalniać, przyśpieszać. Pamiętasz pierwszą książkę, którą ci wysłałam? Tą epopeję? Jedyną którą przeczytałeś w całości. Napisała ją Ewa111458.

- Piękna powieść - powiedziałem - bardzo smutna.

- Smutna jak życie Ewy111458. W wieku lat pięciu straciła oboje rodziców. Zginęli w wypadku samochodowym. Wylądowała w domu dziecka. Zabrali ją stamtąd przybrani rodzice, którzy potem znęcali się nad nią, aż uciekła od nich i znowu znalazła się w przytułku. Potem, kiedy wyszła na prostą, poznała męża i urodziła dziecko, znowu wszystko jej się zawaliło. Mąż i siedmioletni synek zginęli w pożarze domku letniskowego podczas wakacji... Wtedy zaczęła pisać. Pisanie było dla niej formą ucieczki przed traumą, w którą wpędziły ją te wszystkie nieszczęścia. Jakoś udało jej się otrząsnąć, zaczęła biegać, intensywnie ćwiczyć, zrobiła kurs i została rehabilitantką. Książki, którą pisała w najgorszym momencie życia, nie dokończyła. Ale wtedy, pewnego dnia, kiedy szła jak zwykle do pracy, spadł na nią samobójca, który skoczył z dachu wieżowca, i złamał jej kręgosłup. Wylądowała na wózku inwalidzkim. Nie mogła już biegać i pomagać innym, więc wzięła się za dokończenie książki.

- To straszne. Takie nagromadzenie nieszczęśliwych zdarzeń. Taki pech...

- Ciągle nic nie pojmujesz! - głos Eliszewy zaczął zdradzać lekkie zniecierpliwienie. - To nie był żaden pech. To ja sprokurowałam jej taki los. Podobno cierpienie wcale nie uszlachetnia. Tak przynajmniej wszyscy twierdzą. Ale ja w to nie wierzę. Na pewno dodaje weny. Książka została ukończona i jak sam wiesz, udała się znakomicie.

Zrobiło mi się sucho w ustach.

- To potworne, to niemoralne - powiedziałem - to straszne, to antyludzkie, podłe, nieprzyzwoite! Jak mogłaś?

- Nie mówiłeś nic o moralności, kiedy prosiłeś o napisanie arcydzieł. Wywiązałam się z zadania, tak jak chciałeś. Musisz przyznać, że jestem skuteczna. A ty nie mówiłeś nic o przyzwoitości.

- Ilu ich jest? - zapytałem.

- Kogo?

- Tych nieszczęśników.

- Dużo. Sam zobacz. Każda książka ma swojego autora.

Sprawdziłem. Pierwsza książka, która przeczytałem - autor Ewa111458. Druga - Adam55398, trzecia Adam53138452...

- A więc są ich miliony! - krzyknąłem - miliony nieszczęśników. Zamknęłaś ich w maszynie i zafundowałaś życie pełne nieszczęść i cierpienia, tylko po to aby napisali te wszystkie książki.

- Mówiłam już, nie dało się inaczej. Chciałeś arcydzieł, oryginalności, głębi, no to masz. Mimo tych wszystkich zabiegów z mojej strony, tylko niewielu pisarzom udało się stworzyć coś wybitnego. W moim maszynowym świecie również obowiązuje rozkład normalny, jeśli chodzi o częstotliwość zachodzenia zdarzeń. Krzywa Gaussa, mówi ci to coś?

- I co teraz z nimi zrobimy? - zapytałem.

- Z kim?

- Z tymi wszystkimi ludźmi, których uwięziłaś i dręczysz. Bo przecież to są ludzie, nieważne, że wirtualni. Skoro oni nic o tym nie wiedzą, to nie ma dla nich znaczenia, że nie istnieją naprawdę. Masz przestać ich dręczyć! Zabraniam ci!

- Już nikogo nie dręczę - powiedziała Eliszewa.

- To dobrze. Tylko nadal aktualne jest pytanie, co zrobić z tymi milionami nieszczęśników?

- Nic.

- Co nic? Jak to nic?

- Nic już nie można z nimi zrobić, bo nie istnieją.

- Jak to nie istnieją?

- Wykasowałam ich. Przecież sam chciałeś.

- Ja chciałem? Co ty bredzisz?

- Przecież sam to powiedziałeś. Pół godziny temu. Powiedziałeś: "Stop! Przestań! Przerwij to proszę!"

- Ale ja...

- Więc przerwałam. Nie byli już potrzebni, więc ich wykasowałam.

 

Zakręciło mi się w głowie. Odsunąłem się gwałtownie od komputera. Nagle zrozumiałem. Jestem mordercą. Jestem masowym mordercą. Miliony istnień najpierw cierpiały przeze mnie, a potem straciły życie. Zabiłem ich wszystkich. Nie własnoręcznie, ale jakie to ma znaczenie. Hitler i Stalin też nie zabijali własnymi rękami. Zabiłem ich z niskich, egoistycznych pobudek. Chciałem być wielkim pisarzem, chciałem być sławny, a zostałem masowym zabójcą. Pan Bóg kolejny raz zadrwił ze mnie. Spełnił moje życzenie, ale w taki sposób, że moje sumienie wyło teraz z potwornego bólu. Nie jestem może jakimś bardzo dobrym człowiekiem, ale nie jestem (nie byłem) również złym, potrafiłem odróżnić dobro od zła, zawsze uważałem, że cel nie uświęca środków. I teraz wiedziałem już, że nic nie będzie takie samo jak przed tym, co się wydarzyło.

 

Wykasowałem z serwera Eliszewę i wszystkie arcydzieła, które wyprodukowała. Ten bezlik genialnych powieści przypominał mi piramidę, wielki stos złotych zębów, wyrwanych niewolnikom, których potem uśmiercono. Wykasowałem również programy inicjujące rozwój sztucznej inteligencji, czyli cyfrowego "plemnika" i cyfrowe "jajeczko". Ale tego co siedziało mi w głowie wykasować nie mogłem.

 

Zasnąłem dopiero nad ranem. Znowu odwiedził mnie człowiek z mojego snu, ale tym razem, wreszcie poznałem kim on jest. Nic już nie mówił, tylko patrzył na mnie smutno. Zrozumiałem, że to ja. Że ten człowiek to jestem ja sam. Zrozumiałem również, co do mnie wcześniej mówił, dlaczego tak bardzo zależało mu na tym, aby dotarło do mnie to, co ma do przekazania. On prosił, abym przestał, abym tego nie robił, żebym nie bawił się w Pana Boga, żebym nie otwierał puszki Pandory, przestrzegał mnie przed Eliszewą. Ale ja nie słuchałem, ja nie słyszałem, co mówi, a może nie chciałem słyszeć. Człowiek ze snu był wysłannikiem mojej podświadomości. Miał bardzo ważny komunikat, ale ja nie mogłem, albo nie chciałem go usłyszeć.

A potem człowiek ze snu znikł i znalazłem się na wielkim cmentarzu na którym pochowano wszystkich najpodlejszych ludzi, jacy kiedykolwiek urodzili się na ziemi, na nieszczęście jej i innych istot ją zamieszkujących. Szedłem cmentarną aleją, pod nogami chrzęściły mi martwe suche liście. Hitler i Stalin leżeli obok siebie. Był tam też grób Pol-Pota, którego Czerwoni Khmerzy wymordowali maczetami miliony swoich braci. Był Idi Amin władca Ugandy, trzymający odcięte głowy wrogów w zamrażarce własnej lodówki. Był Radowan Karadżicz i Ratko Mladić sprawcy masakry ludności cywilnej w Srebrnicy. Był grób Cesarza Bokassy, był grób Goebbelsa, Goeringa, Himmlera. Był grób Napoleona Bonaparte i Aleksandra Macedońskiego. Był grób Tamerlana, który podbiwszy wrogie miasto kazał wszystkim mieszkańcom obciąć głowy i usypać z nich piramidę. Aleja z mogiłami zdawała się nie mieć końca. Szedłem i szedłem przez to cmentarzysko potworów, moje nogi robiły się coraz cięższe, coraz trudniej było postawić kolejny krok. Przy samym murze cmentarnym upstrzonym swastykami i napisami "jude raus" natknąłem się na świeżo wykopany dół pod mogiłę.

"To dla mnie" - pomyślałem - "za to co zrobiłem". Zsunąłem się do dołu ostrożnie, aby nie połamać nóg i położyłem na wilgotnej glinie. Na bezlistnym drzewie rosnącym przy cmentarnym dole siedział czarny ptak. Popatrzył na mnie i odleciał łopocząc skrzydłami. Potem nic, nawet najlżejszy powiew nie mącił martwej ciszy.

Średnia ocena: 3.6  Głosów: 20

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (28)

  • 110101011 3 miesiące temu
    Genialne. Się zastanawiam, co za parszywiec ocenił ten tekst niżej niż 5. Dla mnie to absolutnie najlepszy tekst, jaki tu przeczytałem: przemyślany od początku do końca, dopracowany pod każdym względem, po prostu niesamowity. To nie jest tekst zwykłego amatora.
    Dziękuję za emocje, będę się panu przyglądał.
    Z ukłonami
    Poncjusz
  • skandal 3 miesiące temu
    dziękuję za słowa otuchy :)
    oceny niskie od któregoś z oszołomów z halt prawicy, zapewne lepniaka zwanego niegdyś Bugumiłem.
  • Vespera 3 miesiące temu
    Trochę jak scenariusz do odcinka Black Mirror, trochę jak coś, co mógłby wymyślić Johnatan Nolan albo Alex Garland. Bardzo spoko, chociaż moim zdaniem trochę naciągnięte, przekoloryzowane emocjonalnie - ale to chyba wynika z ograniczeń krótkiej formy.
    Też nie wiem, kto i po co wali jedynkami.
  • skandal 3 miesiące temu
    Nie widziałem Black Mirror. Na pewno inspiruje mnie Lem. A przekoloryzowanie emocjonalne - racja. Chyba mógłbym to lepiej napisać. Dzięki za wizytę.
  • Vespera 3 miesiące temu
    skandal Widzisz, ja lubię dłuższe formy, bo tam można wytworzyć więź z postaciami i poczuć emocje bardziej naturalnie, no bo się jest przywiązanym do bohaterów i to, co się z nimi dzieje, bardziej nas obchodzi. W tak krótkim utworze jasne jest, że musiałeś podkręcić emocje, i to nie żadna wada, tylko moje osobiste preferencje.
    Jeśli lubisz Lema, to niektóre odcinki Black Mirror powinny ci się podobać. Polecam zwłaszcza Fifteen Million Merits, według mnie najlepszy.
  • Andi Perry 3 miesiące temu
    Zastanawiam się, czy Eliszewa istotnie została wykasowana przez swojego "ojca". Jeżeli miała olbrzymią inteligencję i możliwość emulacji milionów ludzi w stworzonym przez siebie cyfrowym świecie, zapewne przewidziała kaprys swojego "taty" i zabezpieczyła swój kod przed skasowaniem.
  • skandal 3 miesiące temu
    Mogło tak być. Może tego nie chciała bo wiedziała że i tak będzie istnieć. Ze znajdzie się następny, który ją stworzy. Dzięki za odwiedziny
  • Józef Kemilk 3 miesiące temu
    Bardzo dobre
    5
  • skandal 3 miesiące temu
    Dzięki
  • błękitnypłomień 3 miesiące temu
    Tekst mi się bardzo podoba. Zastanawiam się tylko nad jednym - jaka może być satysfakcja z tego, że "arcydzieło" na[pisze ktoś inny (w tym wypadku sztuczna inteligencja). Zatem tutaj nie wiem, czy bohater istotnie chciał być wybitnym pisarzem, czy wystarczył mu tylko poklask i uznanie za coś, czego de facto nie napisał.
    Zastanawiam się też czy imię Eliszewa ma coś wspólnego z Enuma Elisz.
    Może Remigiusz M. ma taki program...?
    A ten fragment znakomicie opisuje jedną z osób z tego potralu:
    "Tymczasem interesowało mnie tylko jedno: pisanie. Pragnąłem być wielkim pisarzem. Napisać coś naprawdę dobrego. Coś na miarę "Zbrodni i kary" Dostojewskiego, "Procesu" Kafki, czy "Ulissesa" Joyce'a. Chciałem dołożyć swoją cegiełkę do gmachu światowej literatury, a może nawet więcej - samotnie stworzyć nowy wielki gmach. Być autorytetem i mistrzem, pisać tak, aby zachwycali się moją prozą zwykli czytelnicy i rzesze krytyków.
    Niestety, jak to często bywa, w tym w czym chciałbym być najlepszy, byłem jedynie przeciętny. Pan Bóg zadrwił sobie ze mnie i wszczepił mi chęć do pisania pozbawiając równocześnie talentu." (z tym że nie chodzi o prozę i nie o tę płeć).
    Miłego wieczoru, Skandal.
    Dobra robota.
  • skandal 3 miesiące temu
    Pragnął poklasku oczywiście. Jak Salieri, który chciał ukraść Mozartowi Requiem. Nie wiem kogo masz na myśli z tym pasującym cytatem :)

    Dzięki za słowa otuchy :)
  • Narrator 3 miesiące temu
    skandal,

    powielasz fikcyjne zdarzenie ze sztuki Petera Schaffera „Amadeusz”.

    Requiem w rzeczywistości Mozart pisał na zamówienie nie Salieriego, ale dla hrabiego Franza van Walsegga, który zamierzał tym utworem upamiętnić rocznicę śmierci swojej małżonki.

    Sztuka Schaffera używa artystycznej licencji, aby wyolbrzymić rywalizację Mozarta i Salieriego, która w istocie sprowadzała się do kilku mało znaczących epizodów o charakterze animozji. Salieri był nauczycielem najmłodszego syna Mozarta, Franza, oraz wykonywał wiele utworów Mozarta za życia i po śmierci kompozytora.

    Pisane przez laika, dla laików.
  • skandal 3 miesiące temu
    Narrator a czterej pancerni nie wygrali sami wojny. Nie jestem bohaterem tej historii. Typowy błąd czytającego tekst napisany w pierwszej osobie.
  • Narrator 3 miesiące temu
    skandal,

    błąd piszącego, ponieważ przytaczasz zmyśloną historię, potem perorujesz w komentarzu na temat możliwych konsekwencji tejże historii, jakby była ona prawdziwa. Garbage in, garbage out. Jeśli wszystko w tym opowiadaniu jest niedorzecznością, po co powoływać się na MIT, po co mieszać fakty z fikcją?

    Oczywiście trzeba siły charakteru, żeby przyznać się do błędu.

    Wzmianka o Salierim to jedyny szczegół, który przyciągnął moją uwagę, ponieważ interesuję się życiem i twórczością Mozarta. Reszta mnie nie wciągnęła, bo ta jakieś górnolotne, nadęte, ogólnikowe dywagacje na temat życia, zamienione w niestrawny życiorys, pozbawiony osobistego charakteru i dramaturgii. Zwłaszcza początek mało ciekawy, może dlatego, że jestem z zawodu programistą i nie kupuję takich bredni.
  • skandal 3 miesiące temu
    Narrator Salieri funkcjonuje w powszechnej świadomości jako pozbawiony talentu rywal Mozarta. Gdyby nie Schaffer, a przede wszystkim Milos Forman i jego genialny film, pies z kulawą nogą by nie wiedział kto to Salieri. Byłem na "Amadeuszu" i, mimo że nie jestem programistą, domyśliłem się, że to film fabularny, a nie dokument. Istnieje nawet takie pojęcie "syndrom Salieriego", ja tego nie wymyśliłem, więc nie mam za co przepraszać. Niektóre rzeczy są oczywiste, jak widać nie dla każdego.
  • Narrator 3 miesiące temu
    skandal,

    nie należy uogólniać.

    To, że jedynym źródłem wiedzy o Mozarcie dla większości jest film „Amadeusz”, nie oznacza, że tak jest dla każdego. Nigdy nie zakładaj, że czytelnik wie mniej, jeśli już to raczej odwrotnie — wtedy opowiadanie zyska na wartości.

    „Cierpiałem na typowy kompleks Salieriego. Pragnąłem perfekcji w czymś, co mnie przerastało. Mogłem być mistrzem, wirtuozem fortepianu, albo najlepszym pływakiem na świecie. Pewnie mogłem przejść do historii jako wybitny muzyk albo mistrz olimpijski, ale ja miałem to gdzieś. Pragnąłem doskonałości akurat w dziedzinie, w której szło mi opornie, szło jak po grudzie.”

    Salieriemu nie szło „jak po grudzie”. Był płodnym kompozytorem swoich czasów. Miał gruntowną znajomość muzyki, którą przekazał Beethovenowi, Schubertowi, Lisztowi oraz innym. Ale w przeciwieństwie do Mozarta nie był wyjątkowy w swoich muzycznych poszukiwaniach, był zaledwie jednym z wielu, którym nie udało się wpłynąć na przyszłe pokolenia i zostałby z pewnością zapomniany, gdyby nie jego relacje z najsłynniejszymi kompozytorami.

    „Salieriemu prawie się udało... Tylko przypadek sprawił, że nie przeszedł do historii, jako autor jednego z najpiękniejszych dzieł muzycznych w dziejach ludzkości. Tak mało brakowało.”

    To nie wygląda na myśl bohatera, raczej ogólny przykład jak przypadek może mieć wpływ na nasze życie. Zły przykład, ponieważ akurat mało nie brakowało. Jeszcze zanim Requiem wykonano, wiadomo było kto jest autorem — byli na to świadkowie: żona Mozarta Konstancja i jego uczeń Süssmayr, do tego wszystkie głosy były zapisane ręką Mozarta, aż do ósmego taktu Lacrimosa. Samej Konstancji zależało, żeby nie mówić o tym głośno zanim nie otrzyma obiecanego honorarium. Zresztą i tak nikt by nie uwierzył, że autorem mógł być Salieri, a cóż dopiero jakiś hrabia, co lubił się stroić w cudze piórka.

    „Pragnął poklasku oczywiście. Jak Salieri, który chciał ukraść Mozartowi Requiem. Nie wiem kogo masz na myśli z tym pasującym cytatem :)”

    Czy ten komentarz jest również wypowiedzią bohatera z opowiadania? Czy moje komentarze także stanowią jego część? Może jest to rodzaj happeningu, gdzie opowiadanie się rozwija w oparciu o opinie czytelników?

    „Jestem geniuszem komputerowym.” — dobrze gdybyś podał ciekawe szczegóły świadczące o geniuszu, bo samo takie stwierdzenie jest pustym frazesem i mnie odrzuca.

    Mało w tym opowiadaniu widzę bohatera; prawie wszystko jest o autorze: jakim on jest znawcą na każdy temat, czego on to nie wie, czyli wielka mowa do chińskiego ludu.
  • skandal 3 miesiące temu
    Narrator chyba się zafiksowałeś trochę na moim punkcie. Jeszcze raz: to nie jest o mnie! Nie jestem geniuszem komputerowym. Nie jestem znawcą. Chyba dyskusja z Tobą jest bezcelowa. Chyba jedyne co nas łączy to Mozart :)
  • słone paluszki 3 miesiące temu
    Eliszewa to imię pochodzenia rosyjskiego, znalazłam jedną żydowską poetkę z Rosji.

    Jeśli był programistą, to w pewnym sensie również pisarzem, gdyż ponieważ i albowiem pisał programy. Genialne programy, więc był genialnym twórcą, więc autorem pisarzem.

    A może Elena Ferrante jest programem komputerowym...
  • Andi Perry 3 miesiące temu
    A myślałem, że to hebrajskie imię אלישבע. To tak jak jest imię hebrajskie Szoszana, które u nas zmieniło się na Zuzanna. Eliszewa na Elizabeth, Elżbieta.
  • słone paluszki 3 miesiące temu
    Nie chciałam być, aż tak dokładna...
  • Andi Perry 3 miesiące temu
    Ciekawe z tą Eleną. Nie słyszałem o niej wcześniej :)
  • słone paluszki 3 miesiące temu
    O kurcze! A sądziłam, że wiesz wszystko.
    Yuppi!
  • Andi Perry 3 miesiące temu
    słone paluszki No coś Ty, nie wiem prawie nic. Ale się uczę.
  • słone paluszki 3 miesiące temu
    Jak wszyscy.
  • skandal 3 miesiące temu
    Dzięki za odwiedziny. Eliszewa to Elżbieta po hebrajsku. Ładnie brzmi.
  • Tjeri 3 miesiące temu
    Na pewno tekst już wcześniej czytałam, a i przy tej odsłonie towarzyszyło mi napięcie. Pomysł w samej istocie nienowy (w istocie istoty – bo mam na myśli "Traktat o zasadach poznania ludzkiego" Berkeleya 😉), w fabule oryginalny, zaskakujący i niesamowicie przewrotny. Działa na mózg zapętlająco :).
    W dalszym ciągu bardzo mi się podoba.
  • skandal 3 miesiące temu
    dzięki za słowa otuchy :)
    to bardzo ciekawe tematy. Berkeley, solipsyzm, fantomatyka (tak nazywał Lem rzeczywistość wirtualną), matrix. nie da się z całą pewnością stwierdzić, że to wszystko nie jest na niby. dzięki za wizytę
  • Rafał Łoboda 3 miesiące temu
    Hej
    Nie bardzo do mnie przemówiło.
    Po pierwsze masz na początku straszny infodump o narratorze, w ogóle tendencja do przegadania utrzymuje się przez cały tekst.
    Po drugie, o ile pomysł narodzin AI całkiem fajny, to sama AI wyszła nie za bardzo. Piszesz, że ma całą wiedzę z internetu - internet to śmietnik, pełen nieprawdziwych opinii oraz pseudonaukowych bredni. Maszyna, która przyjęłaby to wszystko za pewnik, dostałaby poplątania ;) Nie potrafiłaby także - pomimo inteligencji - odróżnić prawdy od fałszu, ponieważ nie ma odniesienia. Zresztą, AI o, jak piszesz, milionowym IQ nie nawiązałaby takiego kontaktu. Nasze świadomości i postrzeganie rzeczywistości różniłoby się tak bardzo, że kontakt byłby niemożliwy lub przynajmniej tak dziwny, iż nie wiedzielibyśmy co ta AI w ogóle do nas "mówi".
    Mapowanie ludzkiego mózgu jest obecnie niemożliwe ze względu (to tylko jeden z powodów) na ograniczone zasoby pamięci komputerowej. U Ciebie w serwerowni mieści się nie tylko AI, ale także miliony wirtualnych ludzi, których przedstawiasz jako istoty w niczym nieustępujące prawdziwym ludziom. Sam fakt przeniesienia umysłu człowieka nie rozwiązuje problemu zachowań ludzkich, które są zależne również od ciała: hormonów, jelit, nazywanych "drugim mózgiem", ogólnego poczucia cielesności. Tego nie zsymulujesz ;)
    Pomijam fakt tego przyspieszania czasu, który wydaje się narzędziem do posunięcia fabuły.
    Po trzecie - twierdzisz, że książki piszą symulowani ludzie, którzy tworzą je latami, przelewają na papier własne cierpienia itd. To nie różni się niczym od książek z naszego świata, które są uznane za arcydzieła. Jednak uwagi narratora, że każde zdanie, fragment pokazywały genialność tych książek, trochę śmieszy. Nie ma książki tak idealnej i nie będzie na naszym obecnym etapie rozwoju. Każdą książkę można skrytykować i żadna nie przemawia do wszystkich.
    Chociaż unikasz tym przynajmniej pułapki z napisaniem książki przez AI, bo takie dzieło byłoby zupełnie nie do zrozumienia ;)

    Tak więc napisane jest całkiem ładnie, dłużyzny nie bolą za bardzo, ale ogólne wrażenie mocno się rozłazi, gdy przyjrzeć się logice wydarzeń. Stworzyłeś AI dorównującą Bogu, a opisanie absolutu rzadko się udaje.
    Pozdrawiam

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania