Epilog: Protokół Zatarcia

Huk wystrzału został natychmiast stłumiony przez ulewę i blachę falistą magazynu. Ciało porucznika Marka nie upadło jednak na beton. Dwóch mężczyzn w nienagannie skrojonych, ortalionowych płaszczach, którzy wyłonili się z mroku za Wołgą, pochwyciło go wprawnym ruchem, zanim jego kolana dotknęły ziemi.

Wnętrze Wołgi otworzyło się z cichym mlaśnięciem gumowych uszczelek. Zapach ozonu w środku był tak silny, że kręciło się w głowie. Marek, wciąż jeszcze przytomny, ale sparaliżowany szokiem, został wrzucony na tylną kanapę.

– Procedura 74 zakończona – rzucił kierowca do słuchawki radiostacji, która nie przypominała niczego, co milicja miała na wyposażeniu. – Obiekt zabezpieczony. Ślady zatarte.

Zięba, który stał kilometr dalej pod blokiem, nigdy nie złożył raportu. Wiedział, co widział, i wiedział, co oznacza milczenie. Gdy następnego dnia rano przyszedł do pracy, biurko Marka było puste. Nie było na nim teczek, nie było kubka z osadem po kawie. Nawet kurz wydawał się starty do czysta.

– Gdzie jest porucznik? – zapytał młodszy kapral, który właśnie zaczął służbę.

– Kto? – odpowiedział Zięba, nie podnosząc wzroku znad gazety. – Tu nigdy nie pracował żaden porucznik Marek. Pomyliły ci się nazwiska, młody.

W archiwach Komendy Stołecznej, w miejscu teczki personalnej Marka, pojawiła się biała karta z dziwnym, wytłoczonym symbolem: okiem wpisanym w trójkąt. Adasia nigdy nie odnaleziono, a jego matka tydzień później została wywieziona do ośrodka w głębi kraju pod pretekstem „załamania nerwowego”.

Czarna Wołga GAZ-24 nie zniknęła jednak z ulic Warszawy. Zmieniała tylko numery rejestracyjne. Czasem widziano ją pod hotelem Victoria, czasem na tyłach gmachu KC. Ale najczęściej pojawiała się tam, gdzie ktoś zaczynał rozumieć, że granica między państwem a sennym koszmarem jest znacznie cieńsza, niż podawał Dziennik Telewizyjny.

Mówiono, że w bezksiężycowe noce, na pustym placu przy porcie praskim, wciąż można usłyszeć szum opon na mokrym asfalcie. Ale nikt już tam nie zaglądał. Ludzie nauczyli się zamykać okna i zasłaniać firanki, gdy tylko usłyszeli niski, gardłowy pomruk silnika, który nie brzmiał jak żadna radziecka maszyna.

Warszawa lat siedemdziesiątych trwała dalej, spowita dymem papierosów „Sport” i zapachem strachu, który – choć niewidoczny – stał się fundamentem miasta. Legenda o Czarnej Wołdze stała się najskuteczniejszą metodą dyscypliny: bo nic tak nie uczy posłuszeństwa, jak świadomość, że można zniknąć bez śladu, zostawiając po sobie jedynie plastikowego pajacyka na tylnym siedzeniu widmowego auta.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania