Ewa

EWA

 

ROZDZIAŁ I

W pensjonacie, w którym mieszkały tego lata, słychać już było poranną krzątaninę mieszkańców i gości. Śniadanie było wyznaczone między ósmą trzydzieści a dziewiątą trzydzieści, ale na początku było zawsze mniej osób w jadalni i taka właśnie atmosfera odpowiadała Ewie i jej córce Monice. Można było spokojnie porozmawiać z właścicielem lub jego żoną i dowiedzieć się, jak gdzieś dojechać czy dojść, co ciekawego warto zobaczyć w okolicy, nie tracąc pół dnia na szukanie jakiejś trasy. Rozmawiały jeszcze w pokoju przygotowując się do wyjścia na śniadanie.

 

– Nie rozumiem, jak można obojętnie podchodzić do takiej sprawy. Powinnaś być zachwycona, takie spotkanie po latach i w ogóle, on jest taki przystojny... Gdyby ktoś taki zaproponował mi randkę, chyba zwariowałabym ze szczęścia. Mamo, czy ty mnie w ogóle słuchasz?

– Słucham, ale proszę cię, przestań. Nie zaproponował mi randki, a poza tym tak się składa, że jestem szczęśliwą mężatką, twoją matką, a w domu czeka na nas bardzo przystojny facet, który, przypominam ci, jest twoim ojcem.

– Mamo, są wakacje, więcej luzu. Powinnaś zrobić jakieś szaleństwo, bawić się, robić to, na co masz ochotę.

– No więc, tak się składa, że nie mam ochoty na żadne randki, spotkania po latach, czy jak to chcesz nazwać. Nie chcę dłużej o tym rozmawiać i proszę...

– Ale dlaczego? Czuję, że to może być fascynujące, już teraz wydaje mi się to takie romantyczne!

– Zapewniam cię, że nie jest i nie będzie.

– Ale to zależy tylko od ciebie, czy takie będzie!

– Więc nie będzie!

Ewa przez prawie godzinę nie mogła uspokoić się po rozmowie z córką. To doprawdy nie do wytrzymania, żeby tak sobie zepsuć nastrój przez tamto przypadkowe spotkanie i na dodatek córka była przy tym obecna. Teraz Monika będzie drążyć ten temat, aż do znudzenia, a raczej do zamęczenia. Przynajmniej musi osiągnąć etap, na którym trzeba jej przytakiwać. Ewa wiedziała już z doświadczenia, że im bardziej będzie przekonywać córkę o bezsensowności jej pomysłów i poglądów, tym częściej Monika będzie powracać do tematu.

 

Po raz pierwszy od wielu lat Ewa spędzała wakacje tylko z córką. Zawsze wyjeżdżali we trójkę. Tym razem zbuntowała się Monika, która kategorycznie stwierdziła, że ma dość rodzinnych wakacji z mamą i tatą. Koniec końców, to jednak mąż nie pojechał z nimi, a Monikę z trudem udało się przekonać, aby choć dwa tygodnie spędziła z matką w swoich ukochanych górach. Potem miała jechać na pierwsze praktyki studenckie, które odbywały się w całkiem atrakcyjnej miejscowości.

 

Ewa żałowała, że Marek nie mógł dostać urlopu w lipcu ani w sierpniu. Tak więc wspólny urlop z mężem zaplanowała dopiero na wrzesień. Trochę było jej żal, że nie są tutaj razem, ale miała też kilka spraw do przemyślenia w samotności. Liczyła na to, że Monika wkrótce po przyjeździe znajdzie sobie jakieś grono rówieśników, bo tak już było od lat. Wokół takiej ślicznej dziewczyny zawsze zbierała się jakaś paczka, a że Monika nie wyróżniała specjalnie żadnego chłopaka, to atmosfera najwyraźniej była całkiem koleżeńska.

 

Tak, właśnie tak to sobie gdzieś tam podświadomie planowała. Żadnego porządku dnia, żadnych reguł, no może z wyjątkiem opieki nad Moniką, która, oczywiście, nie pozwalała już opiekować się sobą. Ewa chciała też wykorzystać ten czas bez obecności męża, żeby porozmawiać z Moniką, jak minął jej ten pierwszy rok studiów. Córka bywała w domu dosyć często, ale jakoś tak brakowało czasu na dłuższą rozmowę, nie mówiąc już o zwierzeniach.

 

A tu już drugiego dnia po przyjeździe taka niespodzianka. Właściwie, co w tym dziwnego. Każdy może tutaj przyjechać, w końcu to modna miejscowość i pobyt tutaj jest oczywiście w pewnym sensie snobizmem. Ewa przyjeżdżała tutaj na urlop już od kilku lat. Ale akurat w tym roku, kiedy pierwszy raz odpoczywała tu bez męża, takie spotkanie. A przecież od czasu ukończenia ogólniaka właściwie nie miała specjalnie bliskich kontaktów z dawną klasą. Przypadkowe spotkania gdzieś na ulicy czy w pociągu podczas podróży do Krakowa, gdzie studiowała prawie połowa klasy, w zupełności wystarczały Ewie. Na studiach poznawała każdego dnia tyle nowych osób, że nie odczuwała braku dotychczasowych koleżanek. Może z wyjątkiem jednej jedynej Magdy, z którą świetnie się rozumiały. Na dodatek to właśnie Magda była wytrwale, ale bez wzajemności, zakochana w Krzysztofie, a Ewa jako jej powierniczka niemal każdego dnia wysłuchiwała jej zwierzeń o nieszczęśliwej miłości. Po co więc teraz robić problem z tego spotkania. Jednak Ewa była dziwnie wytrącona z równowagi i odczuwała jakieś niezadowolenie ze spotkania z Krzysztofem. A jak on mógł tak po prostu w obecności jej własnej córki zaproponować spotkanie „gdzieś na mieście”. Co za pomysł! Przecież równie dobrze mogła tu przebywać z mężem. Ale ze mnie gapa... Należało tak jak w pierwszych miesiącach po ślubie, błysnąć obrączką na palcu i z żartobliwym uśmiechem powiedzieć: „Przykro mi, proszę pana, ale jestem już zajęta”. Gdzie mój refleks? Po prostu starzeję się, a może starzeję się, bo wzbraniam się przed spotkaniem z kolegą z klasy? Przecież mnie nie zje. Trudno to jednak nazwać spotkaniem po latach, bo w końcu mieszkali w jednym mieście, na tyle niedużym, że od czasu do czasu docierały do niej różne plotki na temat Krzysztofa. Niestety, nie była nimi zachwycona. Ale cóż, gdyby był przykładnym mężem, to nikt by o nim nie plotkował. Zresztą, tutaj wszędzie jest tyle atrakcji, a przede wszystkim tyle szlaków, że przecież nie muszą się w ogóle już spotkać. Taką Ewa miała nadzieję.

 

Wczoraj po południu kończyły właśnie jeść pyszne lody, kiedy do ich stolika podszedł Krzysztof – wysoki, w jasnym letnim ubraniu, wyraźnie wyróżniający się elegancją w letniej kawiarence na świeżym powietrzu, wśród turystów w sportowych dresach lub wygodnych strojach do pieszych wędrówek. Po prostu większość obecnych wstąpiła tutaj odpocząć po męczącym przedpołudniu na trasie lub zmęczona wyjątkowym jak na góry upałem.

Prawie wszystkie kobiety siedzące przy stolikach odruchowo wędrowały wzrokiem za przystojną sylwetką Krzysztofa, który pewnym krokiem, niemal nie rozglądając się, podszedł do ich stolika. Z kolei obecni w kawiarence mężczyźni prześlizgnęli wzrokiem po dwóch siedzących przy stoliku kobietach.

– No tak, na szczęście obecność mojej córki usprawiedliwia zainteresowanie Krzysztofa naszym stolikiem, bo gdybym siedziała tutaj sama, pewnie większość pań z politowaniem zapytałaby mężów lub koleżanek: co on w niej widzi?

 

Krzysztof przywitał się swobodnie, jak gdyby byli ze sobą umówieni i wyglądało to tak, jakby Ewa z Moniką właśnie na niego czekały. Przywitał się i po krótkim pytaniu: „Można?” usiadł przy ich stoliku, powoli, ale zdecydowanie, odczekawszy kilka sekund, a kiedy wzrok wszystkich gości kawiarenki już odwrócił się od nich, bez cienia wahania, położył swoją dłoń na dłoni Ewy, a potem przesunął swoją rękę tak, aby podnieść jej dłoń do swoich ust. Delikatnie pocałował Ewę w rękę i zanim Ewa zaskoczona jego zachowaniem otworzyła usta, żeby zaprotestować, powiedział:

 

– Nie gniewaj się, bardzo chciałem to zrobić i wreszcie mam okazję.

– No tak, trudno było całować mnie w rękę jako nastolatkę, trochę byłoby to śmieszne.

 

Ewa powoli odzyskiwała pewność siebie, a przebywanie w miejscu publicznym dawało jej poczucie, że pewne granice nie zostaną przekroczone między nimi.

 

– To moja córka Monika, studentka. Poznajcie się. Ale właściwie to my wychodzimy, bo jesteśmy umówione. Będziesz miał wolny stolik…

– Mamo, to ja jestem umówiona, a ty pewnie masz zamiar znów się nudzić – powiedziała Monika wstając – świetnie, że spotkałaś tutaj kogoś znajomego i nie muszę odprowadzać cię do pensjonatu ani mieć wyrzutów sumienia, że zostawiam cię na całe popołudnie samą.

 

Ewa była tak zaskoczona słowami córki, że chociaż Moniki już od kilkunastu sekund nie było przy stoliku, dopiero teraz poczuła zalewającą falę złości, rozdrażnienia, wreszcie bezsilności. Bo przecież Monika zabrała jej wszelkie możliwości wykrętów od wspólnego spędzenia czasu czy choćby wspólnego z Krzysztofem powrotu do pensjonatu. Tak po prostu oddała matkę pod opiekę Krzysztofa, a ona wcale tej opieki nie chciała, nawet nie miała zbytniej ochoty z nim przebywać. Aha, już wiem, co czuję, to właśnie tutaj pasuje to modne słowo: dyskomfort psychiczny. Wlecze się za mną cały dzień.

 

– Ewa, chyba skończyłaś te lody, więc może pójdziemy stąd?

– A tak, oczywiście, możemy już iść.

 

Ewa starała się zachowywać spokojnie i swobodnie, ale była lekko zdenerwowana spotkaniem z Krzysztofem i w ogóle całą sytuacją, w której się znalazła.

 

Długo nie mogła zasnąć tego wieczoru, przewracała się w łóżku zmęczona nagłą bezsennością. Dziesiątki myśli kotłowały się w jej głowie nie dając spokoju. Była niespokojna po prawie całym popołudniu i wieczorze spędzonym z Krzysztofem. Nie, ta rozmowa nie miała sensu. Jak dorosły mężczyzna, który miał za sobą kawał życia, przeżył stratę najbliższej osoby, mógł być tak niedojrzały emocjonalnie, bo jak inaczej to jeszcze można nazwać. Dlaczego ją właśnie wybrał sobie do takich intymnych zwierzeń? Naprawdę, nie pociągała jej rola powierniczki, a tym bardziej nie chciała go pocieszać ani dawać mu żadnych bezcennych rad, bo po prostu nie znała odpowiedzi na jego wątpliwości. Wiedziała doskonale, że wytworzyło się między nimi jakieś porozumienie, ale ona nie potrzebowała i nie akceptowała tego. Przecież to, że wysłuchała go i właściwie nie odpowiedziała na żadne z trudnych pytań, nie znaczy, że zrobiła coś złego. A może wszyscy mężczyźni są tacy? Przecież Ewa też często nie rozumiała swojego męża, ale dla świętego spokoju udawała, że doskonale wie, o co mu chodzi. Po kilku burzliwych latach małżeńskiego „docierania się” stwierdziła, że nie ma o co rozdzierać szat i upierać się przy swoim zdaniu, bo psychika męska kieruje się tak dziwnymi zasadami, że i tak ich nie zrozumie.

Mimo wszystko to dzisiejsze spotkanie z Krzysztofem wytrąciło ją z równowagi. Czas dojrzewania chyba się u niego nie skończył, pomyślała trochę złośliwie, a trochę w poczuciu bezsilności.

 

– Nie rozumiem, jak możesz tkwić jeszcze tak długo w tamtej epoce. Przecież jesteś dorosłym człowiekiem, a twój sposób myślenia przypomina mi nastolatka, którym dawno już nie jesteś – odważyła się powiedzieć w pewnym momencie, prawie pod koniec wspólnego wieczoru. Ewa starała się delikatnie i nieco żartobliwie przedstawić swoje odczucia, ale Krzysztof mówił z takim przejęciem, że naprawdę było widać prawdziwe emocje.

 

Ewa była najpierw zdziwiona, a potem wręcz zaskoczona, wyznaniami Krzysztofa. Myślała, że co najwyżej powspominają dawne lata szkolne, chociaż z góry wiedziała, że ich spojrzenie na tamten okres będą bardzo odmienne. Nie przypuszczała, że Krzysztof podzieli się z nią swoimi przeżyciami, a potem tak umiejętnie nakłoni ją do zwierzeń, na które absolutnie nie miała ochoty ani nawet nie podejrzewała, że czuje taką potrzebę. Wyrzuciła z siebie wiele żalów, o których nigdy z nikim nie mówiła. Na zasadzie: było minęło, teraz jest lepiej, nie wracała do tamtych lat i z nikim ich nie wspominała. Aż do teraz. A teraz to zrobiła i nawet lepiej się czuła, ale po kilku godzinach od spotkania, wiercąc się niespokojnie i bezsennie w łóżku trochę zawstydziła się tej otwartości. I to jeszcze przed mężczyzną. Wreszcie wyrzuciła z siebie parę problemów. Zdecydowanie unikała jednak rozmowy na temat czasu teraźniejszego. Uważała to za zbyt intymne, aby cokolwiek odsłonić przed Krzysztofem. Wiedziała, że stracił żonę po długiej i ciężkiej chorobie, a potem nie żył samotnie. Ani jednego, ani drugiego tematu nie chciała poruszać, bo to po prostu nie jej sprawa, a oceny za życie też nie miała zamiaru mu wystawiać.

 

ROZDZIAŁ II

 

Kiedy pociąg dojeżdżał do jej miasta odezwała się komórka Ewy. To dzwonił mąż, że nie dobierze ich z dworca i prosił, żeby wróciły taksówką do domu.

Resztę tego wieczoru Ewa pamięta tylko fragmentarycznie, do tej pory nie potrafi poskładać w całość wszystkich elementów tej rozsypanki. Tak, wszystko się rozsypało. Jej małżeństwo, jej poukładany świat – wszystko się rozsypało, ale życie toczy się dalej i ona dalej żyje. Czy to jej się podoba, czy nie.

 

Po przyjeździe z dworca w domu czekał co prawda Rafał, ale tylko po to, żeby powiedzieć, że odchodzi od niej i ich córki. Właściwie to zabrał już wszystkie swoje rzeczy, ale chciał wyjaśnić wszystko do końca. I tak nic prawie nie wyjaśnił, bo Ewa nie potrafiła zrozumieć najprostszych słów, zwykłych zdań. Pamiętała tylko, że mówił coś całkiem spokojnie, coś wyjaśniał, ale Ewa niewiele z tego zrozumiała. Była tak zaskoczona, że ciągle huczały jej w głowie tylko jego pierwsze słowa: „muszę odejść, nasze życie nie ma sensu”. Właściwie te pierwsze słowa zablokowały jej zdolność dalszego słuchania i rozumienia tego, co do niej mówił. Na dodatek obecność córki nie ułatwiała rozmowy. Wiele razy usiłowała przypomnieć sobie treść tych pozostałych słów, ich sens, żeby zrozumieć, w czym zawiniła, czym spowodowała jego odejście i nie potrafiła znaleźć odpowiedzi. Kiedy zamknęły się za nim drzwi, koszmar wcale się nie skończył.

 

Widziała i czuła, że jej córka Monika również bardzo mocno cierpi. Przez kilka dni, kiedy były razem po powrocie z gór, a przed wyjazdem Moniki na praktykę studencką, tylko raz porozmawiały szczerze i Ewa zrozumiała, że córka czuje się strasznie oszukana. Powtarzała wiele razy, że nie może zrozumieć tego, co zrobił ojciec. Ewa modliła się tylko, żeby Monika nie zawaliła studiów i nie załamała się bardziej niż ona sama. Czasami łudziła się, że jest sam, że to nie z powodu jakiejś kobiety odszedł, oszukiwała się wmawiając sobie, że wróci i wszystko będzie jak dawniej. Dziwne, ale nie czuła żadnej złości do niego, tylko raczej upokorzenie, zaskoczenie, niedowierzanie, że ją to spotkało. Szukała winy w sobie, ale przecież mąż nie stawiał jakichś konkretnych zarzutów. Tak po prostu, odkochał się. Nie mam ci nic do zaofiarowania, wszystko się wypaliło i podobne bzdury. No i gdzie ja miałam oczy? Nic nie widziałam, nic nie podejrzewałam, nie czułam, że to już nie to, co było dawniej? Czy to było moje życie, czy tylko film, który przepływał mi przed oczami, a ja tylko od czasu do czasu zagrałam w nim rolę?

 

Ewa uwielbiała lato, ale w tej nowej sytuacji zupełnie nie chciało jej się korzystać z ostatnich dni wspaniałej pogody i kilku godzin popołudniowego słońca, letnich wieczorów, nagrzanych od słońca, jakie miała teraz wyłącznie dla siebie. Po pracy wracała do pustego mieszkania i nie wiedziała, co zrobić z czasem. Monika wyjechała na praktykę studencką i wróci za trzy tygodnie. Ewa miała czas wyłącznie dla siebie i po raz pierwszy od lat była sama w mieszkaniu. Nie miała dosłownie do kogo się odezwać i tak co dzień do wieczora. Parę razy została nawet dłużej w pracy, ale nie potrafiła się skupić przez dodatkowe godziny, na dodatek ciągle było upalnie i duszno.

 

 

ROZDZIAŁ III

 

– No i widzisz mamo, mogłaś jednak mnie posłuchać.

– W czym posłuchać?

– Przeżyć swój wakacyjny romans z tym twoim Krzysztofem!

– Daj spokój, nie mam ochoty na żarty.

– Mamo, oczy już sobie wypłakałaś, więc teraz możesz już zacząć żartować, pozwalam ci nawet romansować...

– Przestań, jak możesz tak mówić, to tak jakbym zdradzała twojego tatę...

– A on co zrobił?! Kiedy to wreszcie do ciebie dotrze, że wszystko zdradził i przekreślił – małżeństwo, obowiązki ojca, męża, wspólne lata, ciebie jako kobietę...

– Monika, wiem, że jesteś rozgoryczona, a może nawet wściekła, ale uwierz mi, minęło dopiero kilka tygodni od... od naszego rozstania, a to nie jest dużo w porównaniu z ponad 20 latami wspólnego życia z twoim ojcem...

– Mamo, nawet teraz go bronisz, czy co? Jakiego rozstania, co ty mówisz? To było porzucenie, przecież ty nic nie ustalałaś z ojcem, że chcecie się rozstać. Nazwij to wreszcie po imieniu, głośno. Powiedz to wreszcie sobie i mnie. To wszystko jego wina... Mamo, ja już nie wiem, co mam myśleć...

– No właśnie, nie wiesz, co myśleć. A myślisz, że ja wiem? Chciałabym uporządkować te wszystkie sprawy z twoim ojcem, bo ciągle żyję w zawieszeniu. Nie wiem, co będzie dalej. Ojciec prawie się ze mną nie kontaktuje, a jeśli zadzwoni, to mówi szybko o co mu chodzi i nie dopuszcza mnie do głosu. Zupełnie nie rozumiem tego zachowania. Tak jakby nie chciał ze mną rozmawiać. A właśnie, czy on do ciebie chociaż telefonuje albo spotyka się z tobą?

– Zaproponował dwa razy spotkanie, ale ja, ja... po prostu zadawałam trudne pytania, jak to określił i chyba woli się ze mną nie spotykać, a przynajmniej w najbliższym czasie.

– Tylko mi nie mów, że ukochana córeczka tatusia nakrzyczała na niego, bo nie uwierzę.

– Niestety, tak, ale żałuję tego, mamo, naprawdę żałuję. Może należało spokojnie porozmawiać dowiedzieć się czegoś, wyjaśnić, dlaczego to zrobił.

– Czyli nadal nic nie wiemy.

ROZDZIAŁ IV

 

Na początku listopada, kiedy Monika już dawno wyjechała na studia, Ewę dopadła angina, a może coś w rodzaju grypy. We wtorek po prostu nie była w stanie wyjść do pracy. Zadzwoniła około dziesiątej i powiadomiła szefową, że nie będzie jej kilka dni. Czuła, że do tej fizycznej przypadłości zaraz dołączy jeszcze podły nastrój. Następnego dnia zadzwoniła do Kasi – koleżanki z pracy i powiedziała, że postara się jakoś pomóc mimo choroby i jeśli to możliwe, to popracuje w domu dwie – trzy godziny, aby nie było dużo zaległości i żeby wszystko nie zostało na głowie Kasi. Problem był tylko w tym, że ktoś musiałby podrzucić te papiery do Ewy do mieszkania.

 

– A może twój mąż odebrałby teczkę z papierami, przecież zwykle tak robimy?

– Nie, nie, to zupełnie niemożliwe, on...........on właśnie wyjechał i nie ma go. – Ewa zapewniała zbyt pospiesznie i gorliwie i sama zdała sobie z tego sprawę. – Wiesz, jeśli to kłopot dla ciebie, to trudno.

– Ależ skąd, nie ma o czym mówić. Będę u ciebie po pracy. To może jeszcze czegoś potrzebujesz? Jakieś zakupy? Lekarstwa?

 

Ewa szybko podała listę najpotrzebniejszych rzeczy, których brakowało jej w domu i w zamian za pomoc zaprosiła Kasię na obiad – albo coś w tym rodzaju, w zależności od tego, co znajdę w lodówce. W każdym razie – coś pysznego i ciepłego.

 

Zanim usiadły do stołu, Kasia zdążyła w błyskawicznym tempie opowiedzieć Ewie o tych dwóch dniach w firmie i przekazać najświeższe plotki.

 

– Papiery to wiesz, same takie nasze zwykłe podliczenia i sprawdzanie wydruków komputerowych. Ale może się nie zanudzisz. Ale pycha. Że też chciało ci się to gotować. Nie musisz mi dawać przepisu – przynajmniej będę się wpraszać na to danie do ciebie. I tak nie mam dla kogo gotować. Wszyscy wyfrunęli na swoje śmieci. A kiedy wraca twój mąż?

– Nie wraca – to pytanie tak zaskoczyło Ewę, że odpowiedziała bez namysłu i trochę bez sensu, bo skąd może wiedzieć, czy jednak nie wróci.

– Aha, i na pewno masz tylko grypę?

– Staram się, żeby nic więcej się nie przyplątało – odpowiedziała z napięciem w głosie.

Ewa cała była już spięta, ale poczuła jakoś tak nagle, że rozumieją się bez zbędnych słów. Bo w jednej sekundzie uświadomiła sobie, że Kasia jest przecież rozwiedziona od wielu lat. Ewa nigdy nie pytała jednak, jak do tego doszło.

 

– Odszedł?

– Tak, odszedł ode mnie kilka tygodni temu. – Ewa myślała aż do tej chwili, że nigdy nie wypowie głośno tych słów.

– Czekasz na niego?

– Tak......nie, sama już nie wiem. Słuchaj, zupełnie sobie z tym nie radzę. Nie chcę o tym rozmawiać.

– A może najpierw spróbujesz porozmawiać sama ze sobą? – Kasia powiedziała to ostrożnie, żeby nie spłoszyć tematu.

– Nie rozumiem? – Ewie wydawało się to dziwne.

– Stań przed lustrem i powiedz głośno to, czego boisz się powiedzieć sama sobie. Właśnie tak jak teraz. „Mąż ode mnie odszedł”. „Jestem sama”. „Mieszkam sama, bo mój mąż ode mnie odszedł.”

– Przestań, to straszne!

– To jest prawda. Nie oszukuj się. To się już stało i musisz z tym żyć.

– Proszę cię, nie męcz mnie.....

– Dobrze, ale pamiętaj, że na mnie możesz liczyć. Albo mogę dać ci adres i telefon do dobrego psychologa.

– Słucham?! Chodziłaś do psychologa, zanim... no wiesz? – Ewa nie chciała wypowiedzieć tego słowa, bała się go i nie chciała, żeby padło ono w jej mieszkaniu.

– Słuchaj, nawet jeśli wszystko zakończy się dobrze, to na pewno taka wizyta ci nie zaszkodzi. Wygadasz się, wyrzucisz to z siebie.

– Ale ja nie będę przecież nic opowiadać żadnej obcej osobie, jakiemuś psychologowi z bożej łaski, który nic o mnie nie wie i na pewno mnie nie zrozumie.

– A czy ty sama siebie rozumiesz? Czy ty sama wiesz teraz, czego chcesz?

– Żeby nigdy nie wydarzyło się to, co się wydarzyło – odpowiedziała bez zastanowienia.

– Ale to się stało i nawet jeśli on wróci, to nigdy tego nie zapomnisz. Chyba nie będziesz żyła aż w takim zakłamaniu i wmawiała sobie, że nic się nie stało? – Kasia była rozgorączkowana. – A może inaczej: czy w ogóle będziesz potrafiła żyć pod jednym dachem z facetem, który zrobił ci coś takiego?

– Nie wiem, ja nie wiem....

– Ewa, ja wiem, że to nie moja sprawa, ale zastanów się, czego tak naprawdę chcesz. Nie możesz dopuścić, żeby w twoim życiu nadal coś się działo bez twojej woli. Jeśli nie powiesz sama sobie, czego chcesz, to przegrasz wszystko. Nie będziesz miała swojego zdania i nie będziesz miała czego bronić. Nie będziesz miała żadnego punktu zaczepienia. Ja wiem, że to wszystko brzmi jak dobre rady starej ciotki, ale uwierz mi, to zadziała. Zapytaj sama sobie i odpowiedz jasno, czego chcesz. I trzymaj się tego.

 

 

 

ROZDZIAŁ V

 

Ewa starała się ze wszystkich sił stworzyć spokojną atmosferę w domu, kiedy Monika przyjeżdżała na weekendy do domu. Nie wiedziała sama, jak spędzą nadchodzące święta Bożego Narodzenia. Ewa powiedziała już matce i siostrze o odejściu męża, chociaż ukrywała to najdłużej, jak było możliwe. Formalnie nadal pozostawali małżeństwem, a przez te kilka miesięcy mąż zadzwonił tylko kilka razy. Nie wiedziała nawet, gdzie mieszka i z kim. Za każdym razem, kiedy otwierała skrzynkę na listy, bała się, że znajdzie wśród poczty urzędowe pismo wzywające ją gdzieś, do jakiegoś urzędu, w którym ktoś obcy i wszechwiedzący rozwiąże jej problemy, a ona będzie musiała pogodzić się z tym. Dopiero po pewnym czasie oswoiła ten strach i zdała sobie sprawę, że to nie będzie ani dobrze, ani normalnie, jeżeli ktoś gdzieś coś zrobi, a ona tylko przytaknie potulnie. Właściwie to nie będzie żadne rozwiązanie, tylko po prostu przedstawienie jej decyzji do wykonania, a w każdym razie do pogodzenia się z tymi decyzjami. Przecież to nie ja jestem winna, więc dlaczego mam się zgodzić? Dopiero po kilku długich tygodniach zamiast zadawać sobie po raz tysięczny pytania w rodzaju: co będzie, dlaczego tak się stało, stwierdziła, że nie zna na nie odpowiedzi, a wymyślanie prawdopodobnych i nieprawdopodobnych scenariuszy nic nie da. Kiedy to sobie uświadomiła, przestała się tak zadręczać i ośmieliła się zadać sobie pytanie, czego ja właściwie chcę.

 

Postanowiła jednak za radą Kasi pójść do psychologa „z bożej łaski”, jak to nazwała, ciągle nie do końca przekonana, że słusznie postępuje. Czuła, że zwierzając się ze swoich problemów obcemu człowiekowi, narusza intymność swojego małżeństwa, bezpowrotnie ją niszczy. Po pierwszym zdaniu, że mąż opuścił ją i ona nie wie dlaczego, zupełnie nie miała ochoty mówić dalej. Po prostu, pustka, zupełna pustka.

 

Kilka pytań, wypowiedzianych spokojnym, wręcz usypiającym głosem, początkowo nie docierało do niej i z trudem odpowiadała, sama sobie dziwiąc się, że jest w stanie znaleźć odpowiednie słowa. Wprost wstydziła się za siebie, że mówi o takich sprawach, ale rzeczywiście, kiedy każdą jej wypowiedź mężczyzna za biurkiem spokojnym, trochę pytającym tonem powtarzał za nią, jakby oczekując jej potwierdzenia lub zaprzeczenia, musiała przyznać, że powiedzenie tego wszystkiego na głos przynosi jej ulgę. Czuła też, że mimo zdenerwowania i zawstydzenia, wypowiada się dość jasno i zrozumiale. Przy każdym powtórzeniu jej wypowiedzi kiwała głową i przytakiwała cichym głosem.

 

Kiedy padło pytanie, co teraz czuje, było jej najtrudniej odpowiedzieć. Usłyszała więc trzy podpowiedzi i ustalili wspólnie przynajmniej tyle, że nie czuje nienawiści, ani złości do męża. Ale jednocześnie nadal nie wiedziała, czy żal, uczucie opuszczenia, pustki to jedyne, co czuje. Ze zdziwieniem stwierdziła, że nadal czuje się potrzebna, spróbowała nawet sprecyzować, komu właściwie. Na pewno córce, nawet własnym rodzicom, ale zadała też głośno sobie pytanie, dlaczego nie tej najważniejszej w jej życiu osobie? No właśnie, do chwili rozstania czuła się bardzo potrzebna, niezastąpiona w jego życiu, a tu proszę, wcale tak nie było, a w każdym razie już nie jest. Co gorsza, Ewa czuła teraz, że nie zamartwia się o niego, chociaż nie wiedziała, czy odszedł do innej kobiety lub przynajmniej z powodu kobiety.

 

Umówiła się na kolejne spotkania za dwa tygodnie, ale nie była pewna, czy przyjdzie tu znowu.

 

Wracając do domu po raz kolejny, setny, dwusetny, zaczęła się zastanawiać, czy to była jej wina, czy też jej osoba była tu najmniej istotna. Może po prostu wszystko w jej małżeństwie wypaliło się i nie ma w tym niczyjej winy, jak twierdził jej mąż w dniu odejścia? Gdzie był błąd? Gdybym mogła cokolwiek naprawić, poprawić – na pewno bym się postarała. A może ja po prostu byłam ślepa i nie wiedziałam, co się dzieje w naszym związku? Co było nie tak? Czy bardzo zmieniłam się, czy jestem kimś zupełnie innym niż byłam na początku małżeństwa? A może to swojego męża tak naprawdę nigdy nie znałam i nie rozumiałam?

 

ROZDZIAŁ VI

 

Tym razem Kasia wpadła do niej zupełnie niespodziewanie. Tym bardziej niespodziewanie, że przecież widziały się tego dnia w pracy i nic nie wspominała, że chce odwiedzić ją po popołudniu. Zadzwoniła do drzwi i nawet nie rozbierając zimowej kurtki zaproponowała, a właściwie zarządziła, że idą dzisiaj na przedświąteczne zakupy. Ewa zaczęła protestować, że jest zupełnie nieprzygotowana, nie ma żadnych pomysłów ani listy zakupów rzeczy najbardziej potrzebnych.

– No i dobrze. Kupisz coś po prostu bez namysłu i bez planowania. A jak nic nie kupimy, to po prostu przewietrzymy się. Zobaczysz, że będzie fajnie.

– No ja sama nie wiem...

– No więc, jak nie pójdziesz, to się nie dowiesz. Chodź już i nie marudź, bo się zagrzeję w tej kurtce.

 

Przez pierwszą godzinę chodziły po znajomych sklepach, ale jakoś nic ich nie zaciekawiło. Kiedy więc trochę już przemarzły i zmęczyły się ciągłym wychodzeniem z ciepłych sklepów na zimną ulicę i na odwrót, postanowiły przejechać kilka przystanków do dużego centrum handlowego. Tym bardziej, że kiedy były tam ostatnio nie wszystkie działy były wykończone i otwarte dla klientów.

 

- Nie wiedziałam, że będą tu takie tłumy. Pewnie bym nie przyszła – powiedziała Ewa.

- Zobacz jaka fajna biżuteria, a ten pierścionek – super, właśnie takie mi się podobają, ale nigdy nawet nie przymierzyłam ani jednego.

- Jak ja przeżyję te święta? – powiedziała na głos zupełnie nie panując nad sobą i dopiero wtedy dotarło do niej, że usłyszała ją Kasia i na dodatek świetnie zrozumiała, o co chodzi.

- Po prostu, to będą inne święta i już. Może nie tak cudowne jak zwykle, ale nadejdą i nic na to nie poradzisz. Przeżyjesz, zobaczysz, dasz radę.

 

ROZDZIAŁ VII

 

Najtrudniej było z mamą. Ewa bała się tej rozmowy, ale postanowiła spotkać się z mamą jeszcze przed Bożym Narodzeniem, żeby sytuacja była jasna dla mamy i reszty rodziny i żeby nie musiała kłamać i udawać przed bliskimi, że nic się nie stało, a jej męża porwali kosmici.

 

Pojechała więc do mamy w sobotę rano i jakoś tak wyszło, że kiedy mama zapytała, co słychać u Marka, Ewa odpowiedziała spokojnie i szczerze, że nie wie, co się u niego dzieje i od dawna nie ma pojęcia.

W pierwszej chwili mama nie zrozumiała i zadała pytanie, czy się pokłócili, ale Ewa powiedziała w jednym zdaniu prawie wszystko.

 

- Mamo, my już razem nie mieszkamy. Piotr wyprowadził się pod koniec sierpnia. Prawie nie mam z nim kontaktu.

- To co dalej z wami będzie?

- Nie wiem, ale minęły już trzy miesiące, a on ani razu ze mną się nie spotkał. Zadzwonił kilka razy w sprawach mieszkania, rachunków i jakichś tam bzdur.

- Na szczęście masz pracę i własne pieniądze. No tak, a co z Moniką? Czy ona wie?

- Mamo, no pewnie, że wie. Niby jak mogłabym to ukryć? Poza tym, była obecna przy naszym rozstaniu czy jak to tam nazwać ładniej. Chyba nie ma odpowiedniego słowa.

 

Ewa zamilkła na dłuższą chwilę, a mama niespodziewanie optymistycznie jak na jej charakter powiedziała:

 

- No cóż, jak to mówią, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

- Ale można też dodać: nigdy nie jest tak źle, żeby jeszcze gorzej być nie mogło. I tym optymistycznym akcentem zakończymy na razie rozmowę o moim małżeństwie, moim mężu, który już nie chce być moim mężem i o zbliżających się świętach.

- Nie żartuj sobie z poważnych spraw – zaczęła mama – to przynosi pecha.

- A jaki większy pech może mnie jeszcze spotkać, mamo? No powiedz mi, jaki większy pech – Ewa strasznie się rozzłościła, dosłownie w sekundę, chociaż do tej pory starała się w miarę spokojnie prowadzić tę rozmowę. – Mamo, rozpacz nic mi nie pomogła. Myślisz, że jestem szczęśliwa z powodu tego wszystkiego, co się stało? Dosyć już płaczu, jestem sama, no nie, na razie mam córkę i jakoś zaczynam się zbierać do kupy, więc nie chcę od nowa wałkować tego tematu.

- Ale co będzie dalej?

- Nie wiem, to nie zależy przecież tylko ode mnie. Widocznie nie było nam pisane razem się zestarzeć. Pa, mamo.

 

ROZDZIAŁ VIII

 

Wigilia była u mamy, ale wszyscy pomagali ją robić, to znaczy podzielili się, kto jakie potrawy ma przynieść, dzieciaki i młodzież już rano nakryły stół pod okiem babci i zrobiły ostatnie

zakupy. Rzeczywiście było miło i spokojnie, chociaż przy składaniu życzeń niektórzy jakoś wyjątkowo poważnie zwracali się do Ewy i Moniki, ale koniec końców, mieli ku temu powód.

 

Ewa pomyślała, że to był jednak dobry pomysł spędzać ten wieczór z najbliższymi, bo nie było jakoś możliwości zupełnie się rozkleić, a tak by się pewnie stało, gdyby zostały z Moniką we dwie w domu.

 

W tym roku postanowiły, że oprócz Wigilii resztę świąt spędzą inaczej niż zwykle, że muszą zaplanować coś zupełnie nietradycyjnego, żeby zapełnić sobie czas i nie siedzieć w mieszkaniu bezczynnie. Pogoda była wprost wymarzona na spacery i krótkie wypady za miasto, dlatego zamówiły taksówkę i pojechały do koleżanki Ewy, która mieszkała dość daleko, ale obiecała, że jeżeli wreszcie ją odwiedzą, to odwiezie je potem własnym samochodem.

 

Marta, którą zresztą córka Ewy znała od dawna i nazywała ciocią, mieszkała w małym uroczym domu za miastem. Całe otoczenie domu było tak śliczne, że Ewa i Monika po wyjściu z taksówki przez długą chwilę stały i napawały się widokiem jak z obrazka. Wreszcie nacisnęły dzwonek u drzwi. Niespodziewanie drzwi nie otworzyła ciocia Marta, ale jakiś obcy mężczyzna.

Trochę speszone zapytały, czy Marta jest w domu i okazało się, że oczywiście tak i czeka na nie.

Nieznajomy okazał się bratem Marty, który też przyjechał niespodziewanie do niej w pierwszy dzień świąt, chociaż wcześniej, przez telefon, odrzucił jej zaproszenie.

Marta myślała więc, że spędzi ten dzień z Ewą i jej córką Moniką, ale brat po prostu przyjechał dzisiaj rano swoim samochodem i już nie było sensu odwoływać spotkania.

Michał – tak miał na imię brat Marty – wiedział już o wizycie Ewy i Moniki i postanowił nie narzucać się paniom ze swoim towarzystwem, ale wszystko jakoś tak naturalnie potoczyło się, że cały czas spędzili razem aż do wieczora. Okazało się nawet, że studiował przed laty na tym samym wydziale co Monika, tak więc posypały się jego wspomnienia pomieszane jeszcze z anegdotami Moniki i wszyscy dobrze się bawili. Kiedy potem Monika rozmawiała z nim o możliwościach pracy w zawodzie, Ewa z Martą na dłuższą chwilę poszły do kuchni przygotować posiłek. Mogły wtedy pobyć same i Marta troskliwie dopytywała się o sytuację Ewy. Żadna nie chciała wypowiedzieć słowa „rozwód”, ale wisiało ono w powietrzu, więc zaczęły się zastanawiać, jak spędzić resztę popołudnia.

Wszyscy byli zgodni co do jednego – że lepiej jechać gdzieś, gdzie będzie mało ludzi, a za to cisza i spokój. I tak zrobili. Pogoda była świetna, śniegu i mrozu tylko tyle, że było biało i świątecznie, więc ruszyli samochodem do lasu.

 

Spędzili to popołudnie na świeżym powietrzu, więc po powrocie apetyty im dopisywały. Początkowo Ewa chciała od razu ze spaceru wracać do swojego mieszkania, ale jakoś nie mogli się rozstać – tematy im się nie kończyły, Monika też nie była umówiona ze znajomymi, planowali dopiero wspólnego Sylwestra. Wróciły więc dopiero po kolacji. W drugi dzień świąt postanowiły leniuchować w domu i tylko spalić trochę kalorii na spacerze.

ROZDZIAŁ IX

 

Do końca roku zostało kilka dni, ale w biurze Ewy było tyle pracy, że po świątecznej atmosferze nie było już śladu.

Telefon zadzwonił jak zwykle nie w porę, kiedy Ewa była przy końcu arkusza i dlatego odebrała po trzecim sygnale i nieco roztargniona powiedziała „słucham”.

Przez kilkanaście sekund nie docierało do niej, z kim rozmawia i że jest to rozmowa prywatna. Michał przedstawił się przecież, ale i tak w głowie miała ostatnie podliczenia. Dopiero po chwili skupiła się na rozmowie i dotarło do niej, że zaprasza ją na Sylwestra.

 

- Ale jak to, nie rozumiem?

- No po prostu, Marta i ty przyjedziecie do mnie jak najwcześniej, pójdziemy gdzieś na kolację, na jakiś koncert na świeżym powietrzu, potem otworzymy na ulicy szampana i będziemy świetnie się bawić.

- Nooo, nie wiem….. – Ewa była tak zaskoczona, że zupełnie nie mogła podjąć żadnej decyzji.

- A masz coś lepszego do roboty? – Michał cierpliwie i spokojnie drążył temat.

- A jak my potem wrócimy do domu? – Ewa odpowiedziała pytaniem na pytanie.

- Zostaniecie u mnie albo wrócicie taksówką. Wiesz co, porozmawiaj z Martą i dograjcie szczegóły. Do zobaczenia.

 

Ewa odłożyła słuchawkę i siedziała bez ruchu usiłując przetrawić to, co usłyszała. Zadzwoni do Marty później, jak wróci do domu. Na dodatek zaraz podeszła do jej biurka Kasia i też chciała pogadać o Sylwestrze.

 

- Czy wy się dzisiaj uwzięliście z tym Sylwestrem?

- Jacy „my”? To widzę, że masz powodzenie, czego o mnie nie można powiedzieć – powiedziała trochę urażona Kasia.

- Przepraszam, przepraszam, ale przed chwilą dzwonił facet, którego ledwie znam i zaproponował wspólnego Sylwestra, to znaczy niezupełnie tak, ale…. – Ewa zaplątała się.

- Co? Ty to masz szczęście – Kasia popatrzyła na Ewę zalotnie. – Jeszcze się nie rozwiodłaś, a już następny.

- Przestań – Ewa powiedziała to naprawdę rozzłoszczona. – Naprawdę myślisz, że romanse mi w głowie. Zresztą daj mi spokój, wszystko mi się rozsypuje, a ty myślisz, że w głowie mi zabawa.

- Po pracy idziemy na obiad i musimy pogadać. No już, nie złość się na mnie – Kasia usiłowała jakoś załagodzić sytuację.

 

 

ROZDZIAŁ X

 

Kasia miała jednak rację. To faktycznie szczęście, że ktoś zaprasza cię na Sylwestra i nie musisz się martwić jak bardzo się upić, żeby dotrwać do rana i nie mieć przed sobą kolejnej nieprzespanej, samotnej nocy.

Teraz kończył się już pierwszy tydzień nowego roku, a Ewa jeszcze raz po raz wyświetlała w pamięci dłuższe lub krótsze fragmenty sylwestrowej nocy. Nie robili właściwie nic nadzwyczajnego – jedli, rozmawiali, poszli na rynek posłuchać głośnej muzyki i w tłumie nieznanych osób powitać Nowy Rok. Dzięki temu podczas składania sobie życzeń nie było zbyt intymnie ani kłopotliwie i po prostu wszystko było super. Ewa nie zastanawiała się wtedy, jaki będzie ten rok, bo nie chciała psuć sobie i innym nastroju. Marta i Michał odprowadzili Ewę pod same drzwi i chociaż zapraszała ich do mieszkania, szybko się pożegnali i odjechali taksówką.

 

Tak, tak - myślała spokojnie Ewa wyciągając pościel z tapczanu – na pewno mój kochany mąż odezwie się wreszcie do mnie i zaskoczy mnie kolejnym pomysłem, ale cóż, jakoś to przeżyję. W końcu musimy zakończyć to małżeństwo, jeśli jedna ze stron tak bardzo tego chce. Ciekawe, jak długo będzie jeszcze czekać? – Ale specjalnie się tym nie przejmowała i szybko zasnęła.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ XI

 

Styczeń szybko się rozkręcił, a w robocie Ewa miała dużo roboty podobnie jak Kasia, bo pracowały w tym samym dziale. Należało zakończyć rok i to z dużą dokładnością we wszystkich plikach w komputerach i we wszystkich papierach firmy. Ale w końcu nie robią tego po raz pierwszy i na pewno się uda, może nawet za trzecim razem albo za dziesiątym, ale jednak – żartowały sobie z innymi koleżankami. Michał od czasu do czasu telefonował, czasem przysyłał sms-a, a w weekend wysłał długiego maila opowiadając o całym tygodniu. Ewę trochę krępowały te kontakty, ale też sprawiały jej przyjemność. Traktowała to wszystko tylko jako znajomość i nic więcej, ale fajnie było myśleć, że ktoś interesuje się tobą tak autentycznie i chyba bezinteresownie.

 

Śnieg zaczął padać dopiero po Nowym Roku i padał przez kilka dni bez przerwy, co spowodowało ogromne zaspy i po prostu zimę stulecia. Już po trzech dniach nikt nie odgarniał śniegu, bo nie było miejsca na ulicach, poboczach ani nawet na parkingach, gdzie można by go zostawić. Zaspy były wszędzie – na ulicach, na chodnikach, w parkach i w każdym wolnym miejscu. Najgorzej mieli kierowcy samochodów, którzy zupełnie nie mieli gdzie zaparkować, bo miejsca parkingowe były zasypane na dwa metry w górę śniegiem, a w centrum miasta to już w ogóle było koszmarnie. Z powodu ogromnych ilości śniegu jezdnie tak się „zwęziły”, że dwa samochody ledwo się mijały. Wszystko było zasypane, białe i wyglądało bajkowo, ale szybko okazało się, że codzienne życie jest bardzo utrudnione przez śnieg.

Ewa spodziewała się, że spotka się z Michałem jeszcze w tym miesiącu, ale drogi były zasypane i niebezpieczne, pociągi miały opóźnienia i podróż wydawała się nieprzewidywalna.

 

Jednak w trzecią sobotę stycznia Michał przyjechał do Ewy – zupełnie niezapowiedziany, bo jak powiedział - nie chciał się umawiać, a potem nie dotrzymać słowa i usprawiedliwiać się pogodą. Spotkali się w galerii handlowej, chociaż nie mieli zamiaru robić zakupów. Po prostu chcieli coś zjeść – szybko lub powoli, a potem porozmawiać albo iść do kina – to była wersja Michała, gdyby rozmowa się nie kleiła. Rozmowa się „kleiła” jak najbardziej, ale mimo to postanowili iść do kina w galerii handlowej.

Michał tylko raz przez całe to popołudnie spróbował zapytać Ewę o jej sprawy z mężem, ale Ewa powiedziała, że nadal nic się nie wyjaśniło, ale spodziewa się, że dostanie wkrótce wezwanie do sądu na rozprawę rozwodową.

 

- I co wtedy? Masz jakiś pomysł, jak się zachować? – zapytał Michał.

- Na pewno nie wezmę na siebie odpowiedzialności za rozpad naszego małżeństwa. Przynajmniej nie ten formalny rozpad. Wiesz, wiele razy – całymi godzinami, nieprzespanymi nocami myślałam, co ze mną jest nie tak. Jak zawiniłam, co zrobiłam źle, że mój mąż nie chce już ze mną być po tak wielu latach. A najgorsze dla mnie jest to, że niczego nie zauważyłam, nic nie podejrzewałam, byłam ślepa, bo nie wiedziałam, co dzieje się w moim własnym małżeństwie, co się dzieje z moim mężem. Byłam ślepa, bo myślałam, że wszystko jest normalne i ok.

Przepraszam, że mówię ci o tym wszystkim, tym bardziej, że jesteś facetem, a nie kobietą. Ale wiesz co? Nie umiem o tym rozmawiać prawie z nikim. Jest moja koleżanka z pracy – Kasia – też rozwiedziona i ona bardzo mnie wspiera, bardzo mi pomaga, pozwala się wygadać, wyżalić, a nawet zmusza mnie do tego, żebym nie tłamsiła swoich uczuć, również tych złych. Tak właśnie mówi Kasia – nie możesz tłamsić swoich emocji.

 

ROZDZIAŁ XII

 

Ten dzień zaczął się jak zwykle, wszyscy byli w pracy punktualnie, chociaż zimowa pogoda nie rozpieszczała i trudno było zdążyć na czas do autobusu i tramwaju poruszając się w zwolnionym tempie po ulicach zasypanych śniegiem. Gdzieś tak przed dziewiątą, kiedy pierwsza kawa zaczynała już działać i Ewa czuła się coraz lepiej, to znaczy pracowała coraz lepiej, usłyszała jakieś zamieszanie, prawie krzyki dochodzące ze służbowej kuchni. Wydawało jej się, że ktoś krzyczy: Kaśka, Kaśka, co z tobą? – więc pobiegła tam i zobaczyła prawie leżącą na podłodze swoją przyjaciółkę Kasię. Chyba zwijała się z bólu, bo trzymała się za brzuch, oczy miała przymknięte i tylko jęczała coraz słabiej i ciszej. Ewa krzyknęła, czy ktoś wezwał pogotowie, okazało się, że jeszcze nie, bo wszystko stało się tak nagle, że nikt nie zaczął jeszcze działać. Karetka przyjechała dość szybko, bo godziny porannego szczytu już się skończyły i widocznie ulice nie były zakorkowane.

 

Kasię zabrano do szpitala, a szefowa działu poleciła Ewie pojechać do szpitala za karetką i zaopiekować się Kasią. Szefowa znała sytuację rodzinną Kasi i wiedziała, że ta w codziennym życiu może liczyć tylko na siebie. Tak więc Ewa wezwała taksówkę, żeby jak najszybciej dotrzeć do szpitala.

 

Po dwóch godzinach Kasię zabrano na salę operacyjną na zabieg usunięcia wyrostka robaczkowego. Ewa powoli uspokajała się i postanowiła poszukać kawiarenki lub chociaż automatu z napojami i może coś zjeść.

Właśnie szła przez długi korytarz na parterze szpitala, gdy zdawało jej się, że widzi znajomą męską sylwetkę. Chociaż nie widziała go od kilku miesięcy i miała trochę wątpliwości, to jednak szła nadal w kierunku tego mężczyzny. Serce zaczęło jej walić i była tak zaskoczona, że aż przestraszona, ale czuła jedno: na pewno musi się przekonać, czy to jest jej mąż, czy ktoś podobny.

To chyba był jej mąż – postarzały, wychudzony, jak ktoś bardzo chory i zmęczony. Szedł powoli, lekko pochylony, jakby skupiony maksymalnie na tym, żeby iść i dojść do celu, co sprawiało mu widoczną trudność. Ewa wciąż szła w jego kierunku aż wreszcie stanęła o krok od niego zagradzając mu dalszą drogę. Wtedy musiał podnieść oczy i na nią spojrzeć. Był jeszcze bardziej zaskoczony jej widokiem niż ona. Stał jak skamieniały, bo chyba był zbyt słaby, żeby wyrazić jakieś emocje oprócz zdziwienia.

 

- Co tu robisz? – wykrztusiła Ewa. Nawet się nie przywitała, ale nic innego nie przyszło jej do głowy.

Rafał wpatrywał się w nią bez słowa, ale stopniowo jego oczy ożywiły się i Ewa zobaczyła w nich radość ze spotkania. Była zdziwiona, ale żeby nie stracić okazji do rozmowy z mężem, delikatnie chwyciła go pod ramię i poprowadziła do rzędu krzeseł na korytarzu. Usiedli, ciągle nic nie mówiąc, ale Andrzej po prostu się pochylił i położył głowę na jej ramieniu.

 

- Co się dzieje? Powiedz coś, a najlepiej prawdę. Jesteś chory? Odwiedzasz tu kogoś?

Rafał milczał dłuższą chwilę, a potem przyznał się, że jest poważnie chory. Musiał odejść od Ewy i córki, bo nie chciał, żeby patrzyły na jego chorobę, może wielkie cierpienie, bo sam nie wiedział wtedy, co go czeka. Nie chciał litości, pomocy, współczucia i użalania się, a nawet bał się, żeby żona albo córka nie załamały się pod wpływem jego choroby.

Ewa słuchała i z trudem mogła uwierzyć w te słowa. W jej głowie znowu przewijało się tylko to jedno pytanie: Jak on mógł to zrobić? Jak mógł zrobić coś tak głupiego, rozbić rodzinę, kłamać o końcu małżeństwa, wypaleniu uczuć, kiedy wcale tak nie było.

Była wręcz zła, wściekła na męża, chociaż gdzieś tam daleko brzmiało echo jego słów o ciężkiej chorobie. Czy on naprawdę myślał, że choroba usprawiedliwi jego kłamstwa, że pozwoli zapomnieć o bólu opuszczenia, odrzucenia? Co to za pomysł rozstawać się z powodu choroby? Rozwalać małżeństwo i rodzinę, którą tworzyli razem z córką?

 

Nie wypowiedziała tych słów na głos, ale nie mogła też znaleźć innych. Co miała powiedzieć po takim szoku, jakim było niespodziewane spotkanie męża w szpitalu i to jeszcze w złym stanie zdrowia.

 

- Gdzie teraz mieszkasz?

- Wynająłem pokój u znajomego. Jest samotny, a znamy się od czasów szkolnych. Przypomniałem sobie o nim i jakoś tak wyszło. Ty go nie znasz, więc miałem pewność, że nie będziesz mnie tam szukać.

- Powiedz mi zaraz, dokładnie, gdzie mieszkasz. Zaraz zadzwonię do Moniki i powiem jej, żeby tu przyjechała, nawet jeśli ma jakieś ważne zajęcia na uczelni.

- Nie, nie daj spokój. Po co ma się denerwować. Poczekajmy jeszcze jakiś czas, może kilka tygodni aż będę miał dobre wyniki i będę silniejszy.

- O nie – w Ewie nagle obudziły się jakieś siły, które kazały jej nie ustępować i po raz pierwszy w życiu nie podporządkować się Rafałowi. – Nigdzie cię nie puszczę i pojedziemy do domu, do naszego domu. Tak będzie lepiej. Jak tu przyjechałeś?

- Taksówką.

- No dobrze, moja koleżanka ma tu dzisiaj operację usunięcia wyrostka. Myślę, że jeszcze się nie obudziła, więc ja teraz wezwę taksówkę i wracamy do domu.

 

Wstała z krzesła i jakoś tak naturalnie i intuicyjnie pomogła wstać Rafałowi. Powoli poprowadziła go do wyjścia w drugiej ręce trzymając telefon. Taksówka podjechała szybko z postoju przed szpitalem i wkrótce jechali do domu.

Rafał z trudem wszedł na drugie piętro do ich mieszkania. Ewa kazała mu się położyć na kanapie, przykryła kocem i wyszła do kuchni zrobić coś do picia. Rafał nie mógł jeszcze nic jeść przez dwie godziny. Kiedy wróciła, już spał zmęczony zabiegami w szpitalu. Zadzwoniła do pracy i wyjaśniła szefowej, że nie może dzisiaj wrócić do pracy, bo właśnie odebrała męża ze szpitala, z tego samego, gdzie leży Kasia. Poprosiła, żeby ktoś zajrzał do Kasi do szpitala, a ona podjedzie tam wieczorem.

 

Ewa próbowała się uspokoić, opanować emocje, które doprowadziły ją do nerwowego drżenia rąk i całkowitego rozdygotania ciała. Musi zadzwonić do córki, ale z trudem trzymała komórkę w dłoni i prawie nic nie widziała przez łzy, które nagle poleciały jej z oczu. Może to było egoistyczne, ale chyba bardziej cieszyła się z odnalezienia męża niż martwiła jego chorobą.

Wreszcie dodzwoniła się do Moniki.

- Co takiego?! Mamo, czy ty na pewno wiesz, co mówisz? Tata? Co z nim? Nic nie rozumiem. Jest w domu? W naszym domu?

 

Pod wpływem tych histerycznych pytań córki Ewa zaczynała się uspokajać i coraz spokojniej odpowiadać i wyjaśniać sytuację.

- Mamo, przyjadę do domu jeszcze dzisiaj – Monika rozłączyła się.

 

Ewa nie wiedziała, co dalej będzie, ale jedno było dla niej pewne: będą razem, nigdzie nie pozwoli już zniknąć mężowi, nawet jeśli ten koniec jest całkiem bliski. Powoli uspokajała się i wiedziała, że niczego nie jest bardziej pewna niż tego, że muszą być razem. Razem z Rafałem i z jego chorobą.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania