Fabulacja

Było tylko kwestią czasu na naszym skromnym przyjęciu, kiedy zostanie poruszony temat prawidłowego i smacznego odżywiania, zwłaszcza naszej zagrychy na stole. Jakby już sam fakt nie wystarczał, że niczego takiego nie było, to jeszcze kolega Tadek jako gospodarz chcąc koniecznie zmienić temat wypalił.

- Samochód ma duszę.

- Porąbało cię – powiedział trzeci kompan od kieliszka – ten twój dwudziestokilkuletni klamot dość mocno skorodowany.

- Właśnie w takim wieku dopiero dostaje świadomość – oświadczył z dumą Tadzio odstawiając pusty kieliszek do ponownego napełnienia.

- Czy tylko samochody? – zapytałem siląc się na powagę.

- Autom i maszynom wystarczy tyle, lecz budynki potrzebują znacznie więcej lat – uświadomił mnie Tadek.

Rozmowy podczas mocno zakrapianej imprezy należą w zdecydowanej większości do działu, który niczego dobrego nie wnosi w nasze życie. Przeważnie jak głupio się zaczynają w taki sam sposób się kończą. Jednak są wyjątki i do nich należała właśnie ta, a jest to druga historia w moim dorosłym życiu związana z alkoholem. Pierwsza wydarzyła się wiele lat temu po podziale Czechosłowacji na dwa oddzielne państwa. Niedługo po tej historycznej chwili dla naszych południowych sąsiadów, nasi rodacy zaczęli gremialnie jeździć do nich po mocniejszy trunek z potrzeby oszczędności. Zapotrzebowanie było tak wielkie, jakby u nas była prohibicja, a dla postronnego obserwatora potwierdzały ten fakt długie kolejki na granicy. Właśnie w niej oczekujący dowiadywał się ile może tego dnia przenieść i jak mocno trzepią. Tego typu wypady na wycieczki zagraniczne w tamtym czasie popierał nasz rząd, który dzięki nim mógł się pochwalić statystycznym spadkiem spożywania czystego alkoholu na głowę mieszkańca.

Gorzelnie czeskie nie nadążały z produkcją i zaczęło w kraju brakować produktu zaliczanego przez zagranicznych turystów do artykułu pierwszej potrzeby. Konieczny był import i to wyjątkowo tani, żeby zyski mogły zasilać budżet. Nagle jednym z liczących eksporterów taniej wódki okazał się Wietnam. Egzotyczny trunek prawie natychmiast wypełnił torby „mrówek” i w taki sposób przekraczał południową granicę lądując w naszym pięknym kraju. Miałem okazję zaobserwować jego działanie, gdy niedaleko przy moim stoliku, usiadło trzech trzeźwych mężczyzn i otworzyło buteleczkę. Zauważyłem moment rozpoczęcia degustacji, przez chwilę byłem skupiony na czym innym i bełkotliwa mowa dochodząca od koneserów mocnego trunku, na powrót mnie zaciekawiła. Przez ten czas udało im się opróżnić połóweczkę jedynie do połowy i już osiągnęli zamierzony efekt. Tym radosnym odkryciem już następnego dnia pochwaliłem się spotkanemu koledze.

- A wietnamska – w ten sposób dał mi znać, że wie o co mi chodzi i zna temat od podszewki – sprzedają ją w promocji.

- Jakiej promocji? – zapytałem mocno zainteresowany.

- Do flaszki dodają białą laskę, a do trzech psa przewodnika – odpowiedział z przekonaniem.

Jako wielki tchórz nie starałem się przystąpić do próby i ograniczyłem się do obserwacji butelek na półkach sklepowych w czeskich monopolowych. Jednak wódeczka jak szybko się pojawiła tak się skończyła, albo jej sprzedaż ograniczyła produkcja białych lasek i czas potrzebny do wyszkolenia psów przewodników, lub wystraszyły amatorów skutki.

Rozmowa z Tadkiem mocno utkwiła mi w głowie i właściwie czemu nie powinienem sprawdzić jego słów. Tym razem jednak nic mi nie zagrażało, pijany już byłem, a towarzysze bankietu chwiejnym krokiem wrócili do swoich domów zanim zapadł zmrok. Natomiast mnie nie opuściła chęć zweryfikowania czy stary budynek ma duszę. Łatwo i prosto mogłem tego dokonać wystarczyło tylko odwiedzić pobliski siedlimowicki zabytkowy młyn działający nieprzerwanie od tysiąc czterysta osiemdziesiątego szóstego roku po kilku przebudowach. Tylko na młynarza Markiewicza i otwarcie młyna musiałbym czekać do poniedziałku do siódmej, ponieważ w sobotę zmyka o dwunastej. Tak długo nie zamierzałem czekać i w dzień najprawdopodobniej duszy budynku jako mglistej poświaty z pewnością bym nie zauważył. Dlatego podjąłem szybką decyzję i przystąpiłem do jej realizacji.

Stary młyn ma specyficzny zapach pochodzący z pyłu mielonego ziarna. Na samym dole grube zawilgocone mury wydają swój aromat i wchodząc na piętro odczuwamy jego zmianę. Odrobiny mąki nagromadzone w najmniejszych szparkach przez stulecia pod wpływem światła księżyca zaczynają unosić się tworząc wspaniałe kształty. Każdy dostrzec może w nich bajkowe czy historyczne postacie, albo zupełnie współczesne wszystko zależy od nastawienia obserwatora.

W raz z nastaniem nocy kiedy w wiosce pogasną ostatnie światła, ożywa minione. Nagle do życia budzi się chluba młyna od początku jego istnienia, wspaniałe koło wodne łopatkowe zanurzone w rzece Młynówce. Było ono największego typu i zaledwie powyżej dwudziestu procent przepływającej wody dawało energie potrzebną do pracy. Jednak jego pozycję i chlubę próbuje przywłaszczyć sobie turbina wodna Francisa pochodząca z końca dziewiętnastego wieku sprężona z maszyną parową. Wtedy z gruzów powstaje ponownie wielki komin, który znika wraz ze zmianą napędu z wodno-parowego na wodno-elektryczny. Jedynie architektura o zabudowie staroniemieckiej opiera się zmianom. Budynek czterokondygnacyjny, z których dwie dolne są tynkowane, a dwie górne o konstrukcji drewnianej-ryglowej, wygląda jak w okresie swojej świetności. Podobnie historyczne maszyny dostają blasku nowości i oczekują na nowe tony ziarna do przetworzenia.

Noc ustępuje kiedy kogut zapieje na grzędzie, a człowiek wyrwany przez hałas ze snu, spojrzy przez okna sypialni na młyn wtedy wszystko znika i wraca jego współczesny obraz. Coś takiego nie dotyczy pijanego, on jeden jest w stanie o każdej porze dostrzec wszystko podczas jednego mrugnięcia oka, co w młynie działo się przez wieki.

Pozostali odwiedzający mogą zobaczyć wspaniały siedlimowicki młyn wpisany do rejestru zabytków, w którym ziarno dalej jest mielone przez żyjące maszyny wyprodukowane w minionych wiekach. Można tylko wpaść na zakupy do sześćsetnego staruszka z duszą młodzieńca po mąkę, kaszę i otręby najlepszej jakości. Oferta zawiera i inne propozycje dla zwiedzających. Jednak dziewiętnastowiecznych wafli produkowanych na eksport do Skandynawii w niej nie znajdziecie. A może, jak będą chętni?

Pewnego letniego dnia w poszukiwaniu niekonserwowanej chemicznie mąki, zjawiłem się w Siedlimowicach. Tam poznałem przesympatycznego młynarza i jego zabytkowy młyn. Jednego jestem pewny, oprócz wspaniałej mąki, z której jadłem chleb, ciasto i naleśniki, dotknąłem magii tego miejsca, a jego dusza z pyłu mącznego była dookoła mnie. Widocznie we mnie jej cześć pozostała, ponieważ podobnie, jak rzucony bumerang wracam do tego wspaniałego młyna.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • ausek 28.09.2018
    Tak. Twoje teksty wywołują uśmiech na mojej twarzy. Nie wiem skąd czerpiesz na nie pomysły, ale swoje obserwacje umiejętnie przelewasz na papier. Powodujesz, że zaczynam się zastanawiać, a takie jest zadanie dobrego tekstu. Brak kilku przecinków, ale jestem pewna, że sam je wstawisz... kiedyś tam. Pozdrawiam ;)
  • Bożena Joanna 28.09.2018
    Ciekawe opowiadanie o aurze otaczającej młyn. Lubię takie miejsca, która pozostawiają w duszy podobne wrażenia. Jedna uwaga samochód grat, a nie grad. Serdecznie pozdrawiam i pozostawiam piątkę!
  • Oj tak samochody mają duszę, zwłaszcza te które są traktowane z uczuciem :)
    Tak są miejsca do których wracamy czy to fizycznie czy myślami, wszystko zależy od tego czym i jak zostaniemy tam "przywiązani".

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania