Fakty nie zmieniają realności uczucia
Są takie rzeczy, których człowiek nie umie wyrazić. Można zebrać fakty. Najważniejszym, pierwszym faktem jest, iż przed tym, jak się urodziłem, moja mama poroniła. Wtedy straciła córkę. Drugim faktem jest, iż jakiś czas potem zaszła w ciążę, której efektem jestem ja właśnie. Kolejnym faktem jest, iż od dziecka miałem bliżej nieokreśloną potrzebę i tęsknotę nie tyle do starszego rodzeństwa, ale właśnie do starszej siostry. Zdarzało mi się jako dziecku myśleć o tym, że mam siostrę, wyobrażać sobie, że z nią rozmawiam. Natomiast nie jest faktem, a domysłem, że już wtedy mogłem usłyszeć coś, czego do końca nie zrozumiałem, ale na podstawie czego doszedłem do wniosku, że jakaś siostra mogła w ogóle istnieć. Innego wytłumaczenia, które będzie w pełni logiczne, nie znajduję. Bo jeśli miałbym chwycić się innego wytłumaczenia, odrzucić możliwość zasłyszenia informacji o tym, że mama straciła córkę, to właściwie musiałbym powiedzieć, że bez żadnej informacji, bez żadnej wiedzy, ani też przesłanki, odczuwałem wewnętrznie pustkę po kimś, kto w ogóle umarł (nie będę w ogóle dywagował, czy umarł płód, czy człowiek, czy był to już zalążek człowieka, czy nie był, bo to w ogóle nie o to chodzi) zanim ja się nie tylko narodziłem, ale w ogóle byłem poczęty. Czy dochodzenie prawdy w tym przypadku jest istotne? Stwierdzenie tego nie zmieni nic w tym, co odczuwam dzisiaj. Kryją się poczucie utraty, tęsknota, potrzeba bliskości i zaufania, możliwość bycia otwartym bez lęku przed oceną, możliwość, by być sobą bez maski, pozy, w chwilowej bezradności i może jest w tym pewna forma idealizacji bratersko-siostrzanej relacji, jednocześnie, by w ogóle stwierdzić istnienie idealizacji musiałbym powiedzieć, że istnieje ku temu sensowne uzasadnienie. Bycie pod kontrolą od najmłodszych lat, która oznaczała próbę wykorzenienia we mnie spontaniczności, a całkowite podporządkowanie się obcemu wyobrażeniu o tym, jakim dzieckiem powinien być, przy dodatkowej, ciągłej agresji ze strony drugiego rodzica, przez długi czas nie wiedziałem, czym w ogóle jest więź. Teraz, również patrząc na to trochę przez pryzmat wyobrażenia, myślę, że często tam, gdzie człowiek ma lub powinien mieć "więź" formę relacji z drugim człowiekiem, mam pustkę, a wyobrażenie siostry zawiera w sobie coś jeszcze: subtelny rodzaj implikacji, iż nigdy nie będę w stanie takowej więzi zbudować. Nie jest tak, że nie jestem w stanie tworzyć relacji. Chodzi chyba o to, że nigdy nie byłem dzieckiem i nigdy nie poczułem, że ktoś mnie kocha za to, nie kim jestem, ale że jestem, co w pewnym sensie wydaje mi się istotą dzieciństwa.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania