Fantazja na tematy polskie

Listopadowy wieczór. Międzynarodowy dworzec lotniczy Okęcie, hala odlotów. Asystentka LOT zerka na mnie, to na mój bilet. Podobnym wzrokiem kilka dni temu patrzyła tamta w punkcie sprzedaży. Bilet kosztował tyle co kilkuletnie zarobki. Połowa w zielonych, których nie można było nabyć legalnie. Tym sposobem system próbował się ratować przed nieuchronnym bankructwem. Formalności nie mają końca, za mną długa kolejka. Jeden ze stojących nie wytrzymuje:

— Panie, gdybym ja miał tyle kasy, nie wyjeżdżałbym stąd!

Asystentka z uśmiechem wręcza mi kartę pokładową.

— Rezerwacji powrotnej proszę dokonać na miejscu.

„Ja do tego cholernego kraju nigdy nie wrócę” — miałem jej odpowiedzieć, ale ugryzłem się w język. „Nigdy” to mocne słowo, może lepiej go nie wymawiać, tym bardziej, że odprawa celna jeszcze przede mną. Wopista przerzuca kartki w paszporcie, potem zagląda do rozłożonej przed nim na stole opasłej księgi. Wstrzymuję oddech. Czy odhaczyli, że za dwa tygodnie mam się stawić do jednostki wojskowej w Wałczu? Słyszę uderzenie stempla. Tak smakuje wolność! Dwadzieścia trzy godziny w powietrzu, dwie przesiadki. Pierwsza w Taszkencie, następna w Singapurze. Ale mam je już za sobą. Niecierpliwie wyglądam przez okienko, aż wreszcie w dole pojawił się suchy ląd. W tym momencie poczułem, jak żołądek podskoczył mi do gardła. Samolot leciał dziobem w dół, położył się na skrzydle, odsłaniając ośnieżone szpikulce, jęzory spływającego w doliny lodowca, dalej ujrzałem łagodne zbocza porośnięte płową, trawiastą roślinnością. W kępach trawy kamienie, coraz więcej kamieni, dziwnie kamienisty krajobraz. W miarę gdy jednostajnie skośnym ruchem opadałem niżej, kamienie się ożywiły, nabrały miękkich kształtów, aż zamieniły się w owce, setki, tysiące, gdzie okiem nie sięgnąć, dopóki za szpalerem wysokich drzew nie wyrosły pierwsze domy. Parterowe, zatopione w bujnych, intensywnie zielonych ogrodach, wzdłuż ulic prowadzących do placu z charakterystycznym gmachem katedry, zwieńczonej dachem w kształcie krzyża. Ci co nie mieli skrzydeł, nie potrafili się wzbić w powietrze, patrzeć na miasto z lotu ptaka, widzieli tylko zwykły dach, bez żadnego specjalnego kształtu, chociaż przechodzili tamtędy każdego dnia. Zanim zezwolono rozpiąć pasy, na pokład weszło dwóch pracowników kwarantanny. Byli ubrani w skafandry i hełmy, jakich kosmonauci używają dla ochrony przed promieniowaniem słonecznym. W rękach trzymali lance połączone przewodem z butlą na plecach. Wolno szli podwójnym korytarzem i dezynfektorem spryskiwali siedzących po bokach pasażerów. Dla nich byłem nie człowiekiem, ale jakimś robakiem żerującym w czereśniach. Na cle kazano mi opróżnić torbę. Uwagę przyciągnęły dwa słoiki, w których wiozłem kiszoną kapustę i ogórki dla matki. Jeden z celników ostrożnie odkręcił wieczko i sztachnął się zawartością. Drugi, ręką w gumowej rękawiczce, wyciągnął ogórka, odkroił plasterek, włożył go pod szkło mikroskopu. Po krótkim badaniu jeszcze raz zajrzał do paszportu, jakby chciał zapamiętać, gdzie na świecie ludzie jedzą takie delicje. Popatrzył na mnie ze współczuciem i przychylnym gestem skierował do wyjścia. Brama raju stała otworem.

 

W Polsce zostawiłem robotę, za którą nie mogłem niczego kupić, tutaj tyle pięknych rzeczy, ale praca to temat tabu. Co mi ten wyjazd dał? Pierwsze kroki skierowałem do prawnika, rodaka, którego adres dostałem od ojca. Przyjęła mnie jego sekretarka, młoda kobieta o piegowatej cerze, rudych włosach i ogólnie całkiem skromnej aparycji, gdyby nie figura modelki. Kazała zaczekać, usiadłem, podziwiałem imponujący wystrój biura, ciesząc się w duchu, że oto należę do lepszego świata i chociaż na tej przynależności nie zarobiłem jeszcze centa, przez sam fakt bycia tutaj, stałem się kimś lepszym. Mecenas Makozek (tak zwracała się do niego sekretarka) powitał mnie serdecznie. Zapytał jak zdrowie ojca, następnie poprosił, żebym z grubsza nakreślił mu sytuację w kraju, czy postanowienia Okrągłego Stołu wejdą w życie. Kiedy zaspokoił ciekawość, wręczyłem mu torbę z gazetami i czasopismami kupionymi w dniu odjazdu na lotnisku. Wizyta mijała w przyjacielskiej atmosferze, sporo czasu minęło zanim sobie przypomniałem, w jakim celu tam poszedłem. Gdy o tym napomknąłem, mecenas wyprostował się w krześle. Sięgnął po paczkę cameli, podsunął mi pod nos. Palenie rzuciłem trzy lata wcześniej, więc odmówiłem uprzejmie, lecz stanowczym tonem. Mecenas zaciągnął się kilka razy, a gdy papieros spalił się mniej więcej do połowy, położył go na brzegu kryształowej popielniczki.

— Widzisz? — Palcem wskazał na wstążkę szaro-niebieskiego dymu snującego się nad stołem.

— Co takiego?

— Ten papieros... spala się, choć nie ciągnę, dlaczego?

— Dobry tytoń, przesuszony, bez kołków...

— To też — przerwał mecenas — ale nie o to tu chodzi.

— A o co?

Mecenas popatrzył na mnie uważnie, jakby chciał mnie ustrzec przed popełnieniem wielkiego głupstwa.

— Czy pan, panie... — tu wymienił moje nazwisko — chce żyć w kraju gdzie jedynym motywem ludzkim jest zysk?

Nie załapałem co ma na myśli, ale na wszelki wypadek odpowiedziałem zaprzeczająco. Kiwnął ze zrozumieniem głową i zapewnił, że zajmie się moją sprawą bezzwłocznie. Po dwóch tygodniach otrzymałem list z logo jego kancelarii na kopercie. Spodziewałem się pomyślnego rozpatrzenia aplikacji o pobyt stały, zamiast tego w środku znalazłem rachunek na olbrzymią sumę. Nie miałem wątpliwości, że wysłała go rudowłosa sekretarka, odmierzająca stoperem czas mojej wizyty. Za pół godziny pogaduszek, mecenas pobierał równowartość trzydziestu godzin pracy na farmie. Pobyt uzyskałem dopiero rok później, po serii wnikliwych i wyczerpujących przesłuchań w biurze imigracyjnym. Dług u mecenasa Makozka spłacałem kilka lat.

 

Miasto rozległe jak trzy Warszawy (po średnicy jazda samochodem zabrałaby ze czterdzieści minut), ale zabudowa rozrzedzona, pojedyncze domy, kilka biurowców w centrum, sklepy z arkadami przy skrzyżowaniach ruchliwszych ulic, shoppingi na obrzeżach, ogród botaniczny i przestronny park na wzór tego w Londynie, rzadko uczęszczany dworzec kolejowy, kilka plaż nad oceanem i zatoką, wyglądem i atmosferą angielskie jakich niewiele poza Anglią, idealne miejsce dla młodych rodzin z dziećmi, cicha przystań na starość. Polonia mogła liczyć najwyżej kilkadziesiąt rodzin i tyleż samo samotnych, podzielonych na dwa stronnictwa: sieroty z drugiej wojny, ekonomiczni z lat osiemdziesiątych. Miejscem spotkań była hala przy kościele, wynajmowana na kilka godzin po mszy odprawianej przez polskiego księdza. Mieszkał na drugiej wyspie, odwiedzał nas rzadko, bo bilet lotniczy kosztował więcej niż parafianie wrzucali na tacę, a pobyt na kwaterze uprzykrzał mu się coraz bardziej, chyba że rolę gospodyni pełniła jakaś młoda, cnotliwa Polka, o wyglądzie aniołka. Każdy z domu przynosił coś do jedzenia, siadano przy długim stole, ale najciekawsze rozmowy toczyły się na placu przed wejściem. O tym kto ile zarabia, ma lepsze auto, wystawniej urządzony dom...

— Popatrz, ale się posunęli!

— Kto znowu?

— Ci co przyjechali z Niemiec. Jeszcze tydzień temu jeździli gruchotem. Jakim cudem stać ich na takie cacko?

— Kombinują, jak ta rodzina z trójką dzieci. On, z gęby poczciwy chłop, ale jego żona taka wiecznie czymś przestraszona. Budzili żal, to cała Polonia zrobiła zrzutkę. Przecież nie zostawią rodaków na ulicy. A oni kupili sobie dom i to za gotówkę. Teraz siedzą na zasiłku i udają biednych.

— Muszą udawać, bo w sklepie znajomi zaglądają im do koszyka. Niech tylko wypatrzą plasterek salami, filet łososia, coś droższego, zaraz z donosem dzwonią do socjalu.

— A gdzie ich tam stać na takie rarytasy. Dzieciaki ciągną jak odkurzacze. Ponoć cały ogród obsadził kartoflami i kumarą. W wynajętym nawet jednego gwoździa nie możesz wbić w ścianę...

— Chyba, że załatwisz sobie z rady miejskiej. Ten co w kościele gra na organach, po znajomości się wystarał o całkiem niezły flet. Teraz sobie kpi z tutejszych, że dają się golić niczym barany. Jak miał budkę warzywną gdzieś pod Łodzią, to mu się zdaje, że tutaj będzie wielkim biznesmenem.

— Ale jak zeszli ze statku inaczej śpiewali, jakby im się tam wielka krzywda działa. Poszli prosto do rozgłośni radiowej i teraz każdy wierzy, że w Polsce na ulicy ludzie umierają z głodu.

— Gadał tak tylko, żeby dali mu jakąś robotę.

— Co to za robota, zbieranie śmieci.

— Ale państwowa. Ma teraz lepszy socjalizm niż ten, od którego uciekł. Popijawy co sobota, a polewa częściej niż Tony-fryzjer i to wódką.

— Tony nikomu nie polewa, tylko sam chodzi po domach gościć się w nadziei, że jakaś młódka poleci na niego. Tyle lat na emigracji, a dopiero niedawno zdecydował się odwiedzić rodzinę w Polsce.

— Widocznie obawiał się konfrontacji.

— Faktycznie, wrócił taki jakiś wygaszony...

— Bo rodzina zawiozła go na plantację tulipanów koło Myszkowa. Jedna grządka, tysiąc kwiatów, a ile grządek! Tony rozdziawił gębę, liczy i liczy, doliczyć się nie może. A na pożegnanie brat carskie przyjęcie mu zgotował. W jeden wieczór wymietli cztery czubate niecki z kiełbasą, a gorzały więcej się lało niż Tony wydusił w życiu.

— Nie ma co porównywać, bo tu żyją inaczej. Kalkulują, nie tak, żeby z dnia na dzień wszystko przejadać, ale spłacają morgydż, inwestują, negatif gierin...

— Co to takiego?

— Kupujesz sobie dom, a pożyczkę z banku spłaca ten, komu go wynajmujesz.

— To dlatego Zdzicho nie wprowadził się do tej nowej chaty w górach. Pewnie wyrentował jakiemuś Chińczykowi...

— Skądże znowu, to za droga dzielnica na wynajem. Keszmir, znaczy się dla ludzi co mają kesz. Domisko na skale, w livingu na dwóch poziomach całą Polonię posadzić można, szafa z ubraniem jak tramwaj, sto kiecek wisi i jeszcze luz. A jaki widok, tu góry, tam ocean, nie wiadomo gdzie głowę obrócić.

— Na co mu widok, skoro on i tak z roboty nie wychodzi.

— Ale tysiąc trzysta na rękę ma!

— I raka płuc od tych opon pewnie też. Zresztą, tyle nikt nie wyciąga, nawet Makozek.

— Mecenas to zarabia więcej w jeden dzień. Jedyny, któremu naprawdę się powiodło.

— A mąż Barbary? Ściągnęli go aż z politechniki w Gdańsku, bo taki specjalista.

— Specjalista może on i jest, ale studenci mają problemy, żeby go zrozumieć.

— Nie rozumieją, bo polski poziom nie na ich głowę.

— Możliwe, tylko on już dawno przestał po polsku myśleć. Kiedy się przeprowadzali to nie zostawił niczego, nawet tyczek od pomidorów. Pytam się: „Wituś, na co ci takie spróchniałe badyle?”. A on na to: „Wiesz, nie po to pracuję, żebym w kółko musiał kupować to samo”.

— Składają na większe wydatki. Gdy Baśka zajechała do pracy nową berliną, od razu zaczęli traktować ją z szacunkiem, a po miesiącu zrobili superwajzorką.

— Tylko dlatego, że jej mąż wykłada na uniwersytecie.

— Uroda też pomaga.

 

Na plac przed kościołem, w kłębach białego dymu, wjechał wysłużony samochód ozdobiony z przodu wgniecionym zderzakiem, a na karoserii cętkami startego lakieru. Ze środka wysiadło małżeństwo koło trzydziestki, za nimi dreptała dwójka dzieci. Mężczyzna, krótko przystrzyżone włosy, kwadratowa szczęka, wysoki, potężny w ramionach, stąpał ostrożnie, jakby w obawie, żeby na swojej drodze nikogo nie rozdeptać. Jego żona prezentowała się równie okazale, lecz z bliska jej twarz nie mogła uchodzić za piękną ze względu na przesadnie uwydatnione kości policzkowe, nieproporcjonalnie wąskie usta i zbyt duży nos. Niedostatki w górze kompensowały szerokie biodra oraz zgrabne nogi. Ich córka przyłączyła się do grupy nastolatków dyskutujących w obcym języku. Młodszy o kilka lat brat ganiał po ulicy, jak oszalały przeskakiwał przez niskie, drewniane płoty, wieszał się na obrotowych suszarkach do ubrań, testował swoją siłę próbując coś rozwalić. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Rozmowy przycichły na chwilę, tylko po to, żeby rozbrzmieć z jeszcze większym wigorem.

— Patrz kto zajechał wiwką! Jak on się nazywa? Tak jakoś zabawnie, Garnek, Bębenek, nie mogę sobie przypomnieć...

— Kocioł. Zamierzali jechać do Kanady, ale w ostatniej chwili zrezygnowali, bo tutaj dłużej rozpatrują podanie, a on w Niemczech miał niezłą robotę. Strasznie na wszystko narzekają i wybrzydzają.

— Tacy jaśnie państwo?

— No jakże! Rysio przywiózł im meble oraz różne rzeczy na nowe mieszkanie to Kocioł zamiast podziękować, z powrotem wszystko wrzucił na przyczepę i kazał mu zjeżdżać.

— A Rysio, co na to?

— Nic. Z takiej wdzięczności to aż posiniał, a na odjezdnym mu wygarnął: „Ty, Kocioł, chciałbyś mieć szampańskie życie na piwskim zarobku!”

— Ja go trochę rozumiem, wozić dziecko zarzyganym wózkiem, mogliby przynajmniej wyczyścić...

— Na aukcji wszystko musi iść raz dwa. Nikt nie podniesie ręki, to bum, młotkiem i Rysio zgarnia całość, za grosze. Umyć żaden problem, nawet Baśka kupuje po garażach.

— Ale żeby zastawę stołową...

— W restauracji też zjadasz z talerza po kimś i jeszcze za to płacisz.

— Tak, ale w Polsce kupowało się nowe.

— W Polsce były państwowe ceny, praca czekała za rogiem. Tutaj dziękuj Bogu, jeśli cię przyjmą do pizzerii u Włocha.

— A nawet i tam potrzebne są znajomości, choć to podła robota, za marny zarobek. Ponoć te, co stamtąd odchodzą, ostatniego dnia wykonują rzut pizzą. Z całej siły, żeby się promieniście rozpryskiwało, a ślad po tym fotografują i oprawiają w ramki.

— Niemożliwe… Ser, ananas, grzybki na ścianie!

— Pomaga im to odreagować nagromadzoną agresję do właściciela. On sam to wymyślił, jako wentyl bezpieczeństwa, żeby go nie dopadły gdzieś w ciemnym zaułku.

— Skąd o tym wiesz?

— Od Doroty.

— To ona już tam nie pracuje, od kiedy?

— W zeszłym miesiącu załatwiła sobie etat księgowej w przedsiębiorstwie rybackim. Lekka robota. Do tabelki wpisuje ile złowili i fajrant.

— Ale cwaniara. Tak krótko tu jest, a każdego zna. Na ostatnie urodziny zaprosiła całą Polonię, Kocioł i Zdzicho omal nie skoczyli sobie do gardła.

— Specjalnie tak robi, żeby mieć wtyczki w każdym obozie. Jednego dnia jedzie do Hanki wysłuchiwać na temat nieudanego małżeństwa, innym razem udaje przyjaciółkę Ilony.

— Może nie udaje. Ilona ma wiele przyjaciółek. W jej domu każdy jest mile widziany. Mąż jubiler, dlatego ludzie cenią sobie znajomość z nimi.

— Jaki tam jubiler, złotnik w sklepie Michael Hill Jeweller. Nawet ich nie stać na nowy stół w kuchni. Już nie mogę patrzeć na ten obdrapany blat. Założę się, że lepsze meble zostawili w Polsce.

— Tego stołu Ilona za żadne skarby się nie pozbędzie.

— A to czemu?

— Ilekroć sobie wypije, opowiada ile razy Jacek wyrąbał ją na nim. Dostaje szału na samą myśl, że inna mogłaby leżeć na jej miejscu.

— Może i leżała, tyle ładnych dziewuch przewija się przez ich dom. Ale, my tu gadu, gadu, a tam przyjęcie rozkręca się w najlepsze.

— Tak, idźmy już, bo wszystko zeżrą.

 

Po poczęstunku Polonia zaczęła się rozjeżdżać. Część do Zdzicha i Hanki, komu ten wariant nie odpowiadał, albo samochód nie dawał rady pod stromą górę, do Jacka i Ilony, reszta do siebie lub donikąd. Dołączyłem do pierwszej grupy. Hanka oprowadziła nas po domu, nie omijając żadnego zakątka, nawet pozwoliła przemaszerować środkiem legendarnej szafy. Jedynym wyjątkiem była sypialnia, która przywodziła na myśl bolesne wspomnienia. Od morza powiało bryzą. Starym za chłodno było na grilla, więc Zdzicho posadził ich w środku, półkolem, twarzą do kominka. Mnie wypadło miejsce na pięterku, skąd mogłem wygodnie obserwować wszystkich gości. Po kilku drinkach towarzystwo się ożywiło. Tych co przyjechali z pustymi rękoma nikt nie częstował. Siedzieli z boku, wyłączeni z dyskusji, nieco zakłopotani brakiem gościnności, jakby wprosili się na siłę. Najwięcej i najgłośniej gadali państwo na tymczasowej wizie.

— Wszystko przez te wybory! — psioczyli.

— A komu się zachciało wolności? — przekrzykiwali ich mieszkający tu na stałe.

— Niech tylko wyniuchają w urzędzie imigracyjnym — biadolił któryś. — Cały majątek wydałem na podróż i prawników.

— Deportowanym fundują darmowy bilet — dociął ktoś z boku. — Droga powrotna zawsze otwarta.

— A do czego mam wracać? Mieszkanie sprzedałem, pracę zostawiłem koledze.

— Trzeba było tak szybko komuny nie obalać. Teraz miałbyś pobyt.

— Nie rozwalać systemu? Łatwo wam to mówić.

 

Rozmowy ucichły na widok pokazywanej w telewizji maszyny do mieszania kolorowych piłeczek. Jeden z siedzących z kieszeni wyciągnął plik blankietów, kilku innych poszło jego śladem. Uśmiechając się szeroką twarzą, Marek-organista (ten co miał stragan gdzieś pod Łodzią) poprosił, żeby ze sprawdzaniem zaczekać do jutra. Po co psuć tak piękne, niedzielne popołudnie, gdyby nie daj boże komuś przytrafiła się szóstka. Przymawiał mnie na dalsze picie, lecz wymówiłem się obowiązkami w domu. Wskoczyłem na rower-damkę siostry, wrzuciłem dziewiąty bieg, nie puszczając dźwigni hamulca szlakiem górskiej kolejki zjeżdżałem do miasta, przez wiadukt kolejowy, obok sklepu, w którym pracował Jacek. Dwadzieścia lat później tej drogi już nie będzie. Zniknie pod kupą gruzów z katedry powalonej największym aktem terroryzmu znanym ludzkości — trzęsieniem ziemi. Lecz wówczas katastrofy nikt nie przeczuwał. Budynek mocno wyrastał nad placem, jakby miał tam przetrwać wieki. Z cienia katedry wjechałem na jasno oświetlony skwer, uważając by nie uderzyć w pomnik jakiejś grubej pani z koroną na głowie. Choć już niemłoda, z góry obrzuciła mnie świdrującym, bezwzględnym wzrokiem monarchini.

— Ty się tu nie nadajesz. Wracaj skąd przyjechałeś! — zawołała wymachując trzymanym w ręku berłem.

Mrużyłem oczy od słońca, coraz niżej chylącego się ku ziemi. Daleko na horyzoncie czerwieniała monumentalna piramida pokrytych śniegiem skał. Za skwerem górskie grzbiety przesłonił rząd wysmukłych topól, rosnących na stromych brzegach rzeki. Jej bieg toczył się dziwacznym meandrem, tworzył zakola kwiecistych klombów, półwyspy parterowych osiedli, połączonych siecią wąskich mostów o misternie zespawanych barierkach. Tymi żelaznymi kładkami przejeżdżałem ze słonecznej strony rzeki na ocienioną, aż obydwa brzegi pociemniały w poświacie ścielącej się nad miastem. Pochylony nisko nad kierownicą, ocierałem się o długie gałęzie, smutnie zwieszone nad taflą uśpionej wody, po której wiatr gęsto sypał złotymi liśćmi. Zostawiłem rzekę, podążałem drogą między polami golfowymi, dalej w poprzek szachownicy uprawnych zagonów, brzegiem pastwiska gdzie konie cierpliwie skubały pożółkłą trawę. Za samotnie w polu rosnącą wierzbą skręciłem w swoją ulicę. Przed domem spotkałem sąsiada. W ogrodzie podlewał róże, zraszał duże, wonne pąki, szprycował liście, aż się błyszczały niczym wisiorki z nefrytu. Robił to bez pośpiechu, falistym ruchem dłoni, jak ksiądz wodą święconą oczyszczający dusze wiernych. Tego dnia był jedynym człowiekiem, który uśmiechnął się do mnie bez cienia zawiści na twarzy.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (20)

  • Marek Adam Grabowski miesiąc temu
    Opowiadanie jest dobrze napisane. Jeśli chodzi o samą fabułę, to mimo ciekawego tematu (Polonii) jakoś nie poruszyło mnie. Może w skróconej wersji byłoby lepsze? Pozdrawiam ps. Chciałem dać ci 3, ale uznałem, że nie będę zaniżał średniej.
  • Narrator miesiąc temu
    Marek Adam Grabowski To jest tematyka dla „ludzi z pogranicza”, tych co już nie potrafią żyć z powrotem w Polsce, lecz wciąż nie zdążyli się asymilować do nowych realiów za granicą. Tkwią w zawieszeniu, oderwani od korzeni, otoczeni kulturową pustką. Ktoś kto nie spędził kilkunastu lat na emigracji tego nie zrozumie. „Na emigracji” mam na myśli nie w Niemczech czy Wlk. Brytanii dokąd można dojechać szybciej niż na podkarpacką wieś, ale gdzieś na drugim kontynencie. Akcja rozgrywa się w czasach kiedy dostęp do Internetu miała garstka ludzi, co jeszcze trudniej współczesnemu człowieku jest sobie wyobrazić.

    Nie krępuj się oceniać moich publikacji. Oceny traktuję jako wskaźnik popularności w szerszych kręgach czytelników, ale tak naprawdę nie przywiązuję wagi do wyników, świadectw, dyplomów. Dziękuje za czas włożony w przeczytanie oraz konstruktywny komentarz :)
  • Szpilka miesiąc temu
    Marek, ale to sama prawda jak w dowcipie:

    Gdy Kowalski kupi sobie auto, to jego sąsiad po nocach nie śpi i rozmyśla, co tu zrobić, żeby Kowalski tego auta nie miał.
    Przy zdrowej zazdrości powinno się rozmyślać, co tu zrobić, żeby też mieć takie auto 😁
  • Szpilka miesiąc temu
    Narrator

    Tak nie powinno się segregować, która emigracja dalsza, to cięższa, bo na bilet trudniej uzbierać, wszak trzeba pamiętać o polskiej mentalności - zastaw się, a postaw się, czyli odwiedza się ojczyznę, szpanując bogacza, a żeby zaszpanować, trzeba tyrać jak dziki osioł i odmawiać sobie wszystkiego, inaczej wykpią i wyszydzą, bo do pustych łbów nie dociera, że emigrant na początku ma pod górkę, a nie z górki.
    Mam znajomą, która na urlop nie jeździ, tylko ciuła na prezenty dla rodziny i znajomych, żeby się pokazać, bo jak to? Na Zachodzie i biedna?

    Ciekawy look na Polonię i życie na emigracji, powinien przeczytać każdy, któremu się wydaje, że emigracja to raj, nie będzie potem rozgoryczony.

    Kacza zupa, to obmawianie żop jak na wsi. Kiedyś sąsiad do mnie przyszedł i obmówił własną żonę, a sam damski bokser.

    Piątak 👍
  • Narrator miesiąc temu
    Szpilka Zapewniam cię, odległość to jest wszystko. Jak do pracy masz dziesięć minut żyjesz zupełnie inaczej gdybyś miała dwie godziny. Do tego dodaj inne pory dnia, roku, roślinność, kolor wody oraz nieba. Teść narzekał, że gazety nie szeleszczą, bo wilgotność powietrza jak w saunie. Inne budownictwo, na dworze palmy i pięć stopni, w domu też pięć stopni, śniadanie przygotowuje się w rękawiczkach bez palców. Mógłbym o tym pisać, ale tutaj ten temat mało kogo zainteresuje. Bliższa ciału koszula — jakiś poseł na sejm co zdefrauduje pieniądze podatnika, ksiądz jeżdżący do kościoła maybachem, lub uczennica z liceum dokonująca aborcji — o tym ludzie wolą czytać, bo to jakby o nich samych.

    Dziękuję za ciekawy komentarz oraz ocenę (wygórowaną).
  • Szpilka miesiąc temu
    Narrator

    Niewygórowana, You are good with words 😉

    Pewien senior w Londynie mi opowiadał, że w Nowej Zelandii się nie zaaklimatyzował, no i społeczność też go nie zaakceptowała, swoje miejsce znalazł w Wielkiej Brytanii i nawet się dorobił, wynajmował mieszkania. Coś w tym jest, nie dla każdego emigracja.
  • Tjeri miesiąc temu
    Przeczytałam jednym tchem. Za studenta i wcześniej rozpatrywałam wyjazd z Polski. Wymarzonym miejscem była Nowa Zelandia i to właśnie wyspa południowa - bo niby lubię zimniej i gdy ludzi mniej – ot takie głupie gadanie. Ostatecznie nigdzie nie wyjechałam. Dobrze mi tu gdzie jestem, ale z sentymentem i ciekawością zawsze czytam o prawie "moim miejscu" :D.
    Do Twojego niewesołego obrazu (od strony ludzkiej) dokładam sobie wyimek z opowieści kolegi, który próbował opisać mi samotność jaką przeżywał, odległość, którą czuł w każdej minucie, każdym spojrzeniu na otoczenie. Miejsce, gdzie nawet niebo patrzy obcymi gwiazdami – musi działać nawet na typ wagabundy.
    Chętnie poczytam o życiu, realiach, klimacie. Czy widok na Krzyż Południa działa tak kojąco jak ten na Wielką Niedźwiedzicę? Czy byłeś na Gorze Cooka? Powulkaniczna północ, czy polodowcowe południe? - co widokowo na Ciebie działa? (Bo nie ukrywam, krajobrazy NZ są dla mnie powalające). Kurczę, chętnie przeczytam wszystko co Ci się przypomni, nasunie...
  • Narrator miesiąc temu
    Tjeri Trzeba było pojechać, bo to wymarzony kraj dla kobiet. Facet zajmuje się domem, dzieci zabiera na wycieczki, gotuje egzotyczne potrawy, coś tam majstruje, wszystko sam naprawia, a ona sobie siedzi na werandzie z kieliszkiem Sauvignon Blanc, podziwia widok na Mt. Cook (teraz Aoraki, bo przywracają maoryskie nazwy), a jak się ściemni liczy gwiazdy na niebie, lecz bez widoku na Southern Cross, bo zazwyczaj werandy stawiają od północy, skąd grzeją promienie słońca.

    Owszem zwiedziłem wiele pięknych miejsc, ale w końcu proza życiowa bierze górę nad wszystkim. Teraz ciągnie mnie nad Wisłę, jak do kobiety, która może nie najpiękniejsza, za to bliska sercu.

    Cieszę się, że przeczytałaś jednym tchem, może kiedyś napiszę coś więcej :)
  • Tjeri miesiąc temu
    Narrator, na szczęście nie narzekam :), a skrajności nie są dla mnie aż tak pociągające. Ale wierzę, że dla kobiet żyjących w narodowo - katolickim patriarchacie może być to kuszące. ;)
    Krajobraz, klimat Polski bardzo doceniam. Mieszkam w województwie, w którym są i góry i jeziora, a klimat nadaje się do uprawy wina (przynajmniej kiedyś to tu robiono). Zimy mogłyby być ostrzejsze, ale nie można mieć wszystkiego. :)
  • Tjeri miesiąc temu
    Z regionów, które mnie pociągają to jeszcze oprócz NZ Kanadę mogłabym bez zastanowienia wymienić, szczególnie północ.
  • pansowa miesiąc temu
    Tjeri Zimna Tjeri.
    A takie ciepłe wrażenie sprawia.
  • Tjeri miesiąc temu
    pansowa myślę, że część moich genów z jakichś zimnych stron pochodzi. Potwierdza to fakt, że nie tylko ja w rodzinie mam takie upodobania.
  • pansowa miesiąc temu
    Tjeri Mróz mi po kościach przeszedł.
    Pewnie bym zamarzł, gdybym cię osobiście w realu znał.
  • Tjeri miesiąc temu
    pansowa 😁 oj, duża szansa
  • pansowa miesiąc temu
    Tjeri Czuję powiew arktyczny.
  • Bajkopisarz miesiąc temu
    Kilka drobiazgów:
    na mnie, to na mój bilet. Podobnym wzrokiem kilka dni temu patrzyła na mnie
    2 x na mnie
    Niecierpliwie wyglądam przez okienko, aż wreszcie w dole pojawił się suchy ląd.
    Zmiana czasu narracji, niż z tego ni z owego. Czemu?
    „mnie uważnie, jakby chciał mnie
    2 x mnie
    wystarał o całkiem niezły flet.
    Niezrozumiałe. O jaki flet chodzi? Może „flat” tylko spolszczone? Ale w zestawieniu z wcześniej wspomnianymi organami to jest konfuzja :)

    Świetnie opowiedziane. Tak świetnie, że poczułem ten duszny, wstrętny klimat bycia gdzieś obcym, niepasującym ani tu ani tu. I zrobiło mi się podwójnie nieprzyjemnie. Raz, że już swego czasu byłem emigrantem, co prawda na roczny kontrakt, więc to nieco inna, mniej niepewna sytuacja. Ale odczucia samotności całkiem podobne. A druga nieprzyjemność nawiązuje do dzisiejszej sytuacji i ogłoszenia przez partię Nowego Ładu. Jeśli to wejdzie w życie, to tacy jak ja nie mają już czego w Polsce szukać. Wiec znów będzie emigracja, tym razem na dłużej i z lepszej pozycji, ale poczucie wyobcowania pozostanie.
    Wywołałeś wiec negatywne odczucia, ale opowiadania mają pozostawiać czytelnika nieobojętnym, więc dobra robota!
  • Narrator miesiąc temu
    Bajkopisarz Dziękuję za przeczytanie oraz obszerny komentarz.

    Cóż, klimat nie miał być znowu aż tak wstrętny, raczej bolesny, jak choroba, którą da się maskować prochami, lecz raz w miesiącu jest ból i płacz, który jednak mija prędko... do następnego razu.

    Emigracja zarobkowa, to chyba jedyny przyzwoity sposób życia za granicą, tylko ja to wolę nazywać czasowym zatrudnieniem. Brzmi mniej dramatycznie, przynosi więcej szacunku.

    Co do twoich cennych uwag:
    - Powtórzenia. Owszem zauważyłem, ale jakoś mnie nie raziły, może dlatego, że w życiu również nie jestem pedantem, lubię rozrzucone papierzyska, książki na podłodze, taki artystyczny nieład.
    - Nieoczekiwana zmiana czasu. To miało obrazować przebudzenie się w samolocie.
    - „Flet” to mieszkanie (z angielskiego 'flat'). W kilku miejscach użyłem angielskich słów wymawianych fonetycznie, co jest bardzo typowe dla emigrantów mieszających dwa języki.
  • Narrator miesiąc temu
    Bajkopisarz Wykasowałem to drugie „na mnie”, bo faktycznie niepotrzebne. Dzięki za wskazówkę.
  • Trzy Cztery miesiąc temu
    "W ogrodzie podlewał róże, zraszał duże, wonne pąki, szprycował liście, aż się błyszczały niczym wisiorki z nefrytu. Robił to bez pośpiechu, falistym ruchem dłoni, jak ksiądz wodą święconą oczyszczający dusze wiernych. Tego dnia był jedynym człowiekiem, który uśmiechnął się do mnie bez cienia zawiści na twarzy".

    Ciekawa, dobrze napisana rzecz. Chętnie przeczytałabym więcej takich opowieści. Natomiast zakończenie (zacytowałam je), w którym pokazałeś człowieka w ogrodzie nasunęło mi dwa skojarzenia:

    1. Z wierszem Miłosza "Piosenka o końcu świata", w którym w puencie staruszek "Powiada przewiązując pomidory:/ Innego końca świata nie będzie"
    2. Z "Małym Księciem" Antoine'a de Saint-Exupéry'ego.

    Z wierszem Miłosza dlatego, że i u Miłosza, i u Ciebie opisywane jest normalne życie, podczas, gdy dzieją się poszczególne dramaty. A może to nie jest już normalne życie? Może są to same "końce świata"? Ładnie pokazana jest np. przyroda: u Miłosza "młode wróble czepiają się rynny", a u Ciebie: "Za skwerem górskie grzbiety przesłonił rząd wysmukłych topól, rosnących na stromych brzegach rzeki". Te widoki należą już jednak w dużej części do przeszłości. Trudno spotkac dzisiaj wróbla na płocie, czy rynnie, a i topól coraz mniej...
    Tymczasem w obu tekstach, i w wierszu C.M. i u Ciebie - na końcu jest jakaś oaza spokoju. Człowiek w swoim ogrodzie...

    A skojarzenie z książeczką Exupéry'ego? Bo pomyślałam, czytając w zakończeniu o człowieku, w którego spojrzeniu nie było cienia zawiści, że każdy z nas powinien mieć swoją planetę, tzn. coś takiego, co by obdarzał miłością. Być może dla tego człowieka, pielęgnującego róże, planetą był ogród z różami. Podobnie - dla staruszka z "Piosenki" - ogród z pomidorami.

    Piosenka o końcu świata (Czesław Miłosz)

    W dzień końca świata
    Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
    Rybak naprawia błyszczącą sieć.
    Skaczą w morzu wesołe delfiny,
    Młode wróble czepiają się rynny
    I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.
    W dzień końca świata
    Kobiety idą polem pod parasolkami,
    Pijak zasypia na brzegu trawnika,
    Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
    I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
    Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
    I noc gwiaździstą odmyka.

    A którzy czekali błyskawic i gromów,
    Są zawiedzeni.
    A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
    Nie wierzą, że staje się już.
    Dopóki słońce i księżyc są w górze,
    Dopóki trzmiel nawiedza różę,
    Dopóki dzieci różowe się rodzą,
    Nikt nie wierzy, że staje się już.

    Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
    Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
    Powiada przewiązując pomidory:
    Innego końca świata nie będzie,
    Innego końca świata nie będzie.
  • Narrator miesiąc temu
    Trzy Cztery Jak zawsze czytać Twój komentarz to czysta przyjemność, do tego czuję się zaszczycony przytoczeniem takich tytanów pióra co Miłosz i Saint-Exupéry. Piosenki o końcu świata nie znałem, tym chętniej ją przeczytałem.

    Wróble, topole, róże, pomidory — wydaje mi się każdy widzi w tym co innego, a może te przedmioty są jedynie odbiciem nas samych, naszych uczuć, nastroju, nadajemy im jakiegoś mistycznego znaczenia. A jeśli tak, to cały świat nosimy ze sobą, dokądkolwiek nie pójdziemy, podąża razem z nami. Ulica nazywała się Greenhaven co oznacza „zielony zakątek”, tam mieszkałem niecałe dwa lata, następny właściciel zaprószył ogień, dom spłonął. Dziś istnieje jedynie w mojej pamięci, tak samo co ten staruszek podlewający kwiaty, który pewnie umarł już dawno temu. Życie jest pięknie i jednocześnie tak banalne, a może nie jest jednym, ani drugim, tylko nasze zmysły nie potrafią odkryć czym jest naprawdę.

    Dziękuję za te refleksje-niezapominajki :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania