Feblik

Niezmiennie wychodząc czy wchodząc do czteropiętrowego budynku wybudowanego pod koniec ubiegłego wieku z wielkiej płyty, kiedy napotykałem wychodzącego, lub na klatce schodowej spotykałem idącego człowieka zawsze jako pierwszy mówiłem dzień dobry albo dobry wieczór w zależności od pory dnia. Przez wszystkie lata od kiedy w nim mieszkam był i jest to mój znak rozpoznawczy. Kiedyś, moim zdaniem jeszcze nie tak dawno, pozdrawianie spotykanych osób było czymś normalnym i nikt nie traktował tego jako coś nienormalnego. Zawsze powitanie kogoś znajomego stanowiło wyraz sympatii, czy czucia do kogoś feblika, ewentualnie w ten sposób okazywania przywiązania. Lokatorzy bloku swoje pozytywne uczucia okazywali z niekłamanym upodobaniem i w ich zachowaniu nie było niczego sztucznego. Prawdopodobnie wtedy społeczeństwo miało znacznie większą skłonność do bezinteresownego czynienia dobra.

Lata robią swoje, a szczególnie ostatnie, już nie wbiegam bez wysiłku na moje czwarte piętro. Teraz znacznie dłużej zajmuje mi pokonanie wszystkich stopni klatki schodowej i od drugiego spocznika rozpoczynam podobnie jak alpiniści zaaklimatyzowanie. Tylko w moim przypadku następuje wcześniej hiper wentylacja i bez fajeczki na astmę nie jestem w stanie zaliczyć drugiej bazy znajdującej się piętro wyżej. Dzięki powolnej wspinaczce spotykam znacznie więcej osób na klatce z chodowej niż kiedyś. Jednak nikt tak jak dawniej nie zatrzyma się przy mnie i porozmawia. Przeważnie ludzie przeciskają się chamsko i nie rączą nawet odpowiedzieć na słowa powitania. Kilka razy słyszałem uwagi, że swoją dużą dupą uniemożliwiam im przejście, chociaż za każdym razem dociskam się do ściany.

Letni parny dzień nadszarpnął wyjątkowo moje siły, a zakupiony za resztki nędznej emerytury chleb i margaryna ciążą mi jakbym w siatce miał zaopatrzenie przynajmniej na tydzień. Strasznie ciężko mi się oddycha i pierwszy odpoczynek robię zaraz za drzwiami wejściowymi. Okropnie w tym miejscu jest gorąco i zmuszam się do odsunięcia od promieni słonecznych wpadających przez szyby. Wystarczają zaledwie dwa kroki, a dla mnie aż dwa i jest znacznie chłodniej. Plecami dotykam zimnej betonowej ściany i stoję tak oparty. Powoli odzyskuję siły i już bez wysiłku pozdrawiam mijające mnie osoby.

Odpoczynek, wcale nie chwilowy, pozwala mi na częściowe odzyskanie sił, więc kontynuuję marsz do swojego mieszkania. Gdyby była winda w budynku byłoby mi znacznie łatwiej, lecz nikt nie montuje urządzeń dźwigowych w czteropiętrowcu. Najwygodniej byłoby mi się zamienić z kimś na parter. Jednak zajmuję lokal zbyt wysoko, żeby był atrakcyjny do zamieszkania dla młodych.

Przechodzę obok lokalu z numerem trzy, w którym kiedyś mieszkała pani Stefania i wyprawiała każdego roku wspaniałe imieniny. Prawie cały blok oraz spora grupa jej znajomych z miasta do jej czterdziestu sześciu metrów się schodzili i balowaliśmy często do niedzielnego południa. Najbardziej na głośne zachowanie gości skarżyła się szelma z pod dwójki, która często wzywała milicję. Jednak wtedy nikt zakłócaniem ciszy nocnej się nie przejmował, skoro zdecydowana większość mieszkańców bloku była pijana i śpiewała fałszując na cały głos.

Charcząc dochodzę do czwórki czyli jestem na pierwszym piętrze, właśnie tam mieszkała moja miłość szkolna, zanim nie wyjechała z rodzicami za granicę. Kilka lat temu po raz ostatni przyjechała i z zaskoczeniem odkryła, że ze wszystkich znajomych zostałem tylko ja. Cukrzyca pokrzyżowała plany i nawet nie zaprosiłem jej na kawę i ciasteczko do wciąż czynnej naszej cukierni.

Pod piątką mieszkał mój najlepszy kolega, który wyjechał do szkoły średniej z internatem i nigdy nie wrócił do domu, nawet na pogrzeb matki.

Kiedy mijam drzwi mieszkania numer sześć, stale przypomina mi się starsza ode mnie zamężna sąsiadka, która była moją pierwszą kobietą. Właśnie ona wprowadzała mnie w dorosłe życie i nauczyła technik kochania, które do czasu sprawności fizycznej wykorzystywałem.

Obiema rękami choć to niewygodnie chwyciłem się poręczy i ciągnę z całych sił pomimo, że reklamówka z zakupami mocno przeszkadza. Tak docieram do siódemki i z radości wciągam w płuca sporą ilość powietrza. Gdyby dalej mieszkał tutaj lekarz zadzwoniłbym do jego mieszkania i uzyskałbym pomoc, nawet gdyby nie byłoby go w domu. Jego żoną była pielęgniarką i znała się na udzielaniu pomocy lepiej niż niejeden lekarz.

Przed ósemką coś mi się w głowie przestawiło, ponieważ usłyszałem piosenkę teraz zapomnianą, lecz w przeszłości chętnie słuchaną. Doskonale pamiętam zorganizowane tutaj wesele na trzydziestu pięciu metrach, a bawiło się przeszło sto gości. Właśnie na nim poznałem swoją późniejszą żonę, która na tej uroczystości była świadkiem. Nawet przez myśl mi nie przyszło podczas oświadczyn, że zaledwie po dwóch latach, kiedy wcześniej wrócę z pracy zastane ją w łóżku z sąsiadem z pod dziewiątki. Wtedy byłem silny nie taka słabizna jak teraz, otwarłem drzwi balkonowe, złapałem go i gołego wyrzuciłem z balkonu. Skubaniec miał szczęście nie zabił się, tylko spadł na oszczędzonego podczas stawiania bloku świerka i po gałęziach zsunął się w śnieżną zaspę. Teraz przy takich słabych zimach z pewnością połamałby kości. Żoneczka owinęła się kołdrą i w takim ubraniu czmychnęła z mieszkania słusznie obawiając się o swoje życie. Nigdy nie wróciła po swoje ubrania mimo mojej dwuletniej nieobecności, spowodowanej odsiadką za usiłowanie zabójstwa. Obecnie dostałbym bardziej surowy wyrok, z wyjątkiem gdyby mi się udało klienta ukatrupić.

Złość za stracone młode lata dodała mi sił i przez targające mnie emocje przemieściłem gnaty pod dziesiątkę. Nadmiar wysiłku odebrał mi resztę sił i po chwilowym uniesieniu oblałem się potem. Nagle mam problemy z koncentracją i niczego nie mogę sobie przypomnieć, pomimo burzliwych przeżyć za drzwiami tego mieszkania. Kompletnie nie pamiętam kim jestem i co ja tutaj robię. Miotany niepokojem pomimo duszności i braku możliwości zaczerpnięcia wdechu brnę jak oszalały dalej.

Na półpiętrze przed czwartym dopada mnie pomroczność jasna albo mam wzmożone mroczki przed oczami, lub wzrok zamgliły mi kurwiki i z tego powodu widzę niewiele. Nogi robią się jak z waty, same uginają się pode mną i padam na posadzkę. Powoli odpływam do krainy wiecznych łowów, lecz zanim tam wkroczyłem słyszę w oddali męski głos.

- Gdzie leżysz chuju.

Niespodziewanie bardziej przypuszczam, niż odczuwam, że zostałem kopnięty, ponieważ przemieszczam się po chropowatych płytkach podłogowych. Cios powoduje pękniecie mojego żebra i piekielny ból, który targa moim ciałem bezwiednie. Płuca reagują w niezależnym proteście i wypluwam resztki zużytego tlenu, a w zamian wciągam świeże choć pełne kurzu z niesprzątanej od dawna klatki schodowej. Dlatego częściowo powróciły mi zmysły i czuje miękką podeszwę klapka na twarzy, kiedy noga zostanie zdjęta, dochodzi do mnie głos kobiety.

- Zostaw pijaka niech leży, choć za mną.

Bez najmniejszego słowa sprzeciwu posłuchał jej i przeszedł po moich nogach, w ten prosty sposób pokonał przeszkodę. Jakoś nikt nie reagował na widok jaki stanowiłem, z pewnością uznawali wylegiwanie się na schodach jako coś normalnego albo nie wartego zainteresowania. Dopiero ekipa monterów z telewizji kablowej wezwała pomoc i po tych perypetiach dostałem w ramach programu pilotażowego urządzenie w formie ozdoby do powieszenia na szyi, służące do wzywania pomocy jednym przyciskiem.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Karawan 01.06.2018
    Niepotrzebne imiesłowy w pierwszym zdaniu. Śmiało można wywalić i przerobić tak by było to jasne i czytelne.

    Zostaw pijaka niech leży, choć za mną. - chyba chodź, anie choć (bo o chodzenie a nie "chociaż" wszak idzie?)

    Pomysł fajny, treść i owszem niczego. Jednak nasadziłeś niepotrzebności np. "Kiedy mijam drzwi mieszkania numer sześć, stale przypomina mi się..." , a przecie chodziło o to, że ilekroć mija drzwi to przypomina... (bez stale).
    Za wszystko razem, po odjęciu potknięć wychodzi mi cztery. ;)
  • Technicznie Karawan...
    Ja powiem, może nie doskonale technicznie, ale z to kolejne ciekawe Twoje opowiadanie.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania