Felieton o niewykorzystanej kreatywności, czyli smutny przypadek mojego taty

Mój tata umierał sfrustrowany i nieszczęśliwy, przekonany o tym, że nic mu się w życiu nie udało… oprócz mnie. Serio, słyszałam ten tekst przez pół życia. Zero presji, co?

 

Jako licencjonowana córeczka tatusia, całymi latami głównie spełniałam jego oczekiwania, biegłam do domu z każdym kolejnym świadectwem i dyplomem, z każdym opublikowanym gdzieś artykułem albo wierszem, dzwoniłam po każdym zdanym egzaminie. Przez trzy dekady pozostawał moim niekwestionowanym numerem jeden, ulubionym człowiekiem na całej planecie. Cel większości moich działań był jasno sprecyzowany i nawet nie wymagał namysłu: uszczęśliwić go. Niech ma się z czego cieszyć.

 

Trochę mi się jakby nie udało. Umierał sfrustrowany i nieszczęśliwy.

 

Dopiero teraz, ponad dziesięć lat po jego śmierci, zaczynam dawać sobie prawo do wkurwu. I chętnie wysłałabym w zaświaty jakiegoś maila z zażaleniami. No bo człowieku, naprawdę, kurwa mać, ja się tu teraz przez drugie pół życia leczę z twoich oczekiwań, to po pierwsze. A po drugie, to ja bardzo przepraszam, ale może trzeba było jednak żyć tak, żeby coś ci się udało oprócz mnie?

 

Umierał sfrustrowany i nieszczęśliwy, a ja po latach zaczynam rozumieć, dlaczego (i nie, nie tylko dlatego, że tkwił w nieszczęśliwym małżeństwie). Umierał sfrustrowany i nieszczęśliwy, bo gdzieś po drodze kompletnie zaprzepaścił własną kreatywność, nie wykorzystał nawet skrawka swojego potencjału. Nie pokazał światu, kim był.

Ja wiem, bo wiele razy widziałam szufladę, do której pochował ołówki, tusze kreślarskie, stalówki i deski do rysowania – kiedy w dzieciństwie pozwalał mi do niej zaglądać, to było jakby otwierał przede mną drzwi do jakiegoś innego świata. Do świata, w którym był inną wersją samego siebie, tą, którą znałam ze starych zdjęć: długowłosym artystą z ołówkiem w dłoni, w poplamionym fartuchu i z iskrą w oku. Czy szczęśliwym? Nie wiem. Ale na pewno spełnionym. Nie mogę odżałować, że schował tę wersję siebie do szuflady na tyle dekad. Przecież to była ta najlepsza wersja.

 

Jak byłam mała, jeszcze czasem otwierał tę szufladę. Bywało, że specjalnie dla mnie, bo uwielbiałam, kiedy rysował mi postaci z kreskówek. Kolorowanki ze sklepu odpadały w przedbiegach, kiedy na kartce pojawiał się Smerf albo Muminek mojego taty. Myślałam sobie wtedy, że nikt na świecie nie ma takiego taty jak ja.

 

Robił zdjęcia. Pełno na nich długowłosych znajomych w dzwonach, no bo epoka zobowiązywała. Wiatr z Zachodu, kwiaty we włosach.

 

Zespół rockowy też zakładał z kolegami – ponoć wszyscy wtedy zakładali, każdy chciał być Johnem Lennonem. Nawet w Elblągu. Zespół za długo nie przetrwał, bo okazało się, że żaden z założycieli nie umie na niczym grać. Ani śpiewać. Ale marzenia były odważne.

Co się stało z tym wrażliwym, pięknym chłopakiem? Jak to możliwe, że tak bardzo pozwolił światu się zmiażdżyć?

 

***

Nie mam wątpliwości, że na tym najgłębszym, organicznym poziomie świetnie mnie rozumiał. Przecież musiał rozumieć tę potrzebę wylewania z siebie wnętrza na papier. Sam kiedyś to robił. Ołówkiem wprawdzie nie długopisem i rysunkiem, nie tekstem, no ale w sumie co za różnica. Znał satysfakcję płynącą ze stworzenia czegoś, co przed nim nie istniało. Opowiedzenia świata po swojemu, tak jak nikt inny go nie opowie.

A jednak. Wygląda na to, że przy całym swoim twórczym potencjale, nie skumał czegoś absolutnie podstawowego na temat kreatywności. Jakby samej jej istoty. No bo gdyby skumał, to chyba nie pozwoliłby światu zabić w sobie tego, co miał najcenniejszego?

W którymś momencie uwewnętrznił przekonanie, że tworzenie czegokolwiek ma sens tylko wtedy, kiedy przynosi pieniądze. Że jeśli w szybkim tempie nie osiągnie finansowego sukcesu, to znaczy, że oblał test na artystę, nie sprawdził się w tej roli i dalej już nie ma prawa tego robić. Nie zasługuje. Musi schować ołówki do szuflady, zrzucić zaplamiony fartuch, zająć się przyziemną pracą od ósmej do szesnastej i zapomnieć o radości, jaką dawało mu rysowanie. Miał jedną szansę, jedno podejście… i nie zdał. I chyba nigdy już tego absurdalnego przekonania nie zakwestionował.

 

Żałuję, że nigdy z nim o tym nie porozmawiałam. Bo dopóki żył, nie wiedziałam tego, co wiem teraz. Gdybym wiedziała, powiedziałabym mu: wiesz, wcale nie mamy jednego podejścia. Mamy ich tyle, na ile się odważymy. Narysuj mi jeszcze jednego Muminka.

 

***

Nieużywana kreatywność to nie tylko zmarnowany potencjał. To jest zbyt potężna siła, żeby miała dać się tak po prostu zignorować. Zamknięta w ciele sieje zniszczenie: zamienia się we wściekłość, frustrację, zgorzknienie, smutek i zwątpienie w siebie. Widziałam ten proces na własne oczy. Mój tata poddawał się latami. A kiedy już całkiem przestał zaglądać do swojej szuflady, to wszystkie moje dyplomy i sukcesy razem wzięte nie rozpaliłyby na nowo tej iskry w jego oku. Bo nie da się przerzucić swojego potencjału na kogoś innego, nawet jeśli ten ktoś przypadkiem jest twoją ukochaną córeczką. Niewykorzystany potencjał prędzej czy później znajdzie sposób na to, żeby cię zniszczyć. Zamieni chłopaka z talentem i marzeniami w sfrustrowanego tetryka, który w wolnym czasie głównie kłóci się z telewizorem i zazdrości każdemu, kto odniósł jakikolwiek artystyczny sukces. Przecież ta historia nie tak miała się skończyć…

 

***

Nie mamy jednej szansy, na szczęście. Jednego podejścia do egzaminu z własnej twórczości. Gdyby tak było, to prawdopodobnie większość z nas by ten egzamin oblała. Mało komu udaje się za pierwszym razem. Jest o wiele większa szansa, że uda się za dziesiątym. Albo za piętnastym. A jedyna różnica między tymi, którym udaje się za piętnastym a tymi, którzy umierają sfrustrowani i nieszczęśliwi jest taka, że ci pierwsi podnieśli się czternaście razy. I dalej robili swoje, zamiast wmawiać sobie, że cudzy sukces jest dla nich zagrożeniem. Naprawdę nie warto dla takich bzdurnych przekonań poświęcać własnych skrzydeł.

 

Nie mamy jednej szansy, ale mamy jedno życie. Które na szczęście składa się z tysięcy kolejnych dni. Z tysięcy nowych szans na na to, żeby jednak otworzyć tę cholerną szufladę.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • andrew24 2 godz. temu
    Świat widziany
    z jednej strony
    często bywa przypalony .
    Do tego się nie przyznamy ,
    bo rozum mamy zablokowany Gdybyśmy tak na siebie spojrzeli, pewnie byśmy oniemieli.

    Pozdrawiam serdecznie
    Miłego dnia
    np.In post ,
    każdy mógł założyć
  • Szpilka godzinę temu
    Inaczej postrzegam proces samorealizacji, Elżbieta Czyżewska np., usiłując w USA zrobić karierę aktorską, z niemocy się rozpiła. Jadwiga Barańska zaakceptowała realia i była szczęśliwa, mimo że nie grała.
    Myślenie roszczeniowe wywołuje gorycz, człowiek tonie w pretensjach, zamiast cieszyć się darem życia.
    Pamietać też trzeba, że w sztuce mało komu się udaje, a przecież można uprawiać sztukę dla własnego samozadowolenia ¬‿¬
  • Starszy Woźny godzinę temu
    "a przecież można uprawiać sztukę dla własnego samozadowolenia ¬‿¬

    Miło będzie mnie spędzić dzisiejszy piątkowy wieczór z tą myślą
    przy szklaneczce.

    NO!
  • Szpilka godzinę temu
    Starszy

    Szczęściarz ¬‿¬

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania