„Fides: Chłopiec z Przystani Róż" Rozdział 4 „Więzień własnego ciała”
Roy otworzył oczy. Obraz przed nim był zamglony, a po policzku przesuwało się coś mokrego i ciepłego. Zadrżał odruchowo, mrugając, aż świat zaczął nabierać kształtów. Najpierw dostrzegł rozmazaną białą plamę, potem usłyszał ciche beczenie. Kiedy wzrok się wyostrzył, zobaczył przed sobą owcę – małą, o poskręcanej sierści. Stojąc tuż przy łóżku, wpatrywała się w niego, jakby pilnowała, by się obudził. Spróbował się podnieść, ale coś go szarpnęło. Spojrzał w bok – jego prawa ręka była przywiązana liną do drewnianego stelaża łóżka. Sznur był gruby, przetarty, lecz wciąż mocny. Rozejrzał się: pomieszczenie było duże i jasne, pełne drewnianych łóżek ustawionych w równych rzędach. Z sufitu zwisały wiązki suszonych ziół. Dopiero po chwili zauważył coś dziwnego – łóżka były zaskakująco niskie, jakby zrobione dla dzieci. To samo dotyczyło stołów i krzeseł stojących pod ścianą. Wszystko wyglądało, jakby ktoś zmniejszył je o połowę.
— No, na zaświaty to raczej nie wygląda… — mruknął pod nosem, wpatrując się w sufit, z którego zwisały cienie ziół.
Był bardzo zmęczony. Każdy mięsień pulsował bólem, a w głowie dudniło jak po silnym uderzeniu. Nawet oddech sprawiał mu wysiłek. Owca, znudzona jego bezruchem, odeszła gdzieś w stronę drzwi, zostawiając po sobie jedynie cichy odgłos kopytek na podłodze. Roy spojrzał na linę krępującą jego nadgarstek. Sznur był gruby, ale supeł wyglądał na zawiązany w pośpiechu. Ostrożnie zaczął kręcić dłonią, próbując rozluźnić pętlę. Drzwi skrzypnęły i otworzyły się z cichym trzaskiem. Roy zamarł, przestając się szarpać. Do pomieszczenia weszła starsza kobieta o rudych włosach splecionych w warkocz. Niosła kosz pełen słoików i bandaży, które postawiła na pobliskim stole. Kiedy odwróciła się w jego stronę, uśmiechnęła się szeroko.
— O, nareszcie! — powiedziała z ulgą. — W końcu się obudziłeś! Myślałam, że będę cię poić ziołami do końca świata!
Roy otworzył usta, ale zanim zdążył coś powiedzieć, kobieta mówiła dalej, gestykulując żywo rękami:
— Pięć dni, chłopcze! Pięć całych dni leżałeś tu jak deska! Gdyby nie to, że oddychałeś, uznałabym, że już po tobie!
— Pięć dni…? — powtórzył cicho, próbując pojąć, jak to możliwe.
— Każdy się zastanawiał, czy przeżyjesz. To cud, że jeszcze oddychasz. Jak cię znaleźli, wyglądałeś bardziej jak worek wodorostów niż człowiek.
— A kim… kim pani właściwie jest? — zapytał niepewnie.
— Mówią na mnie Lira — odparła pogodnie. — Jestem tutejszą znachorką.
Jej wzrok padł na linę przy jego nadgarstku. Westchnęła i lekko się skrzywiła.
— Przepraszam za to, chłopcze — powiedziała cicho. — Musieliśmy cię związać. Dla naszego bezpieczeństwa…
Roy przyjrzał się jej uważniej — dopiero teraz zauważył, że sięga mu zaledwie do klatki piersiowej.
— Eee… nie chcę być niegrzeczny, ale… — zawahał się, zerkając na otoczenie. — Dlaczego wszystkie meble są takie niskie? I… pani też?
Lira uniosła brwi, po czym wybuchnęła krótkim, ciepłym śmiechem.
— Och, nie pani, chłopcze. — Pokręciła głową z rozbawieniem. — Jestem krasnalem. A ty, o dziwo, znalazłeś się w naszej kryjówce.
Roy zamarł, wpatrując się w nią z niedowierzaniem.
— Krasnalem…? — powtórzył, jakby chciał się upewnić, że dobrze słyszy.
— Ano, krasnalem. Niektórzy mówią „krasnoludki”, ale ja tam nie mam czasu na takie subtelności. — Wzruszyła ramionami i poprawiła fartuch.
Roy patrzył na nią szeroko otwartymi oczami, próbując połączyć to, co widzi, z tym, co wie.
— To niemożliwe… — wyszeptał w końcu. — Krasnale nie istnieją. Znaczy… nie powinny.
— A jednak stoję tu i gadam z tobą, chłopcze. Chyba że śnisz dalej — odparła z lekkim uśmiechem.
Po chwili dodała łagodniejszym tonem:
— Dobrze, koniec gadania na dziś. Musisz jeszcze odpoczywać, zanim spróbujesz się ruszać. — Odwróciła się w stronę drzwi. — Ktoś przyniesie ci coś do jedzenia, ale masz mi obiecać jedno — nie wstajesz z łóżka i nie wychodzisz stąd, jasne?
Zawahała się na moment, po czym dodała spokojnie, lecz stanowczo:
— Zresztą i tak byś nie wyszedł. Przy wyjściu stoją strażnicy. Rada chce z tobą porozmawiać, gdy dojdziesz do siebie. Chcą się upewnić, kim jesteś i co właściwie robisz w naszych górach.
Spojrzała na niego jeszcze raz, jakby chciała coś dodać, ale tylko westchnęła.
— Odpocznij, chłopcze. Na pytania przyjdzie czas. — Wyszła, zostawiając po sobie lekkie skrzypnięcie drzwi.
Roy chciał zaprotestować, ale jej spojrzenie było tak stanowcze, że tylko skinął głową. Oparł głowę o poduszkę i wpatrywał się w sufit, lecz myśli nie dawały mu spokoju.
Trzysta lat… — powtórzył w myślach. Właśnie tyle minęło od Wojny Ras, o której czytał w księgach pana Kenta. To wtedy ludzie ogłosili zwycięstwo i spisali historię po swojemu — że elfy zostały wygnane, a krasnale wyginęły w płomieniach własnych kuźni. Roy poczuł, jak po plecach przechodzi mu dreszcz.
— Wszystko, czego uczono ludzi… było kłamstwem? — wyszeptał.
Minęło sporo czasu, odkąd Lira wyszła. Roy nawet nie wiedział, jaka mogła być pora dnia — w pomieszczeniu nie było żadnych okien, tylko rzędy lamp olejnych zawieszonych na belkach pod sufitem. Czas płynął tu inaczej. Nie było słońca ani wiatru. Tylko ten sam zapach ziół i dymu oraz ciche beczenie owcy, która znów usadowiła się obok jego łóżka.
„Rada…” — pomyślał. Brzmiało to poważnie. Zbyt poważnie jak na chłopca, który jeszcze niedawno był nikim z portu. Nagle drzwi otworzyły się z hukiem, a do środka weszło trzech strażników. Byli niżsi od Roya, ale szerocy w barach, z grubymi pasami i krótkimi toporami przy biodrach. Ich twarze zasłaniały gęste brody, a spod krzaczastych brwi padały twarde spojrzenia.
— Wstawaj, człowieku — warknął jeden z nich. — Rada chce z tobą mówić.
Roy powoli usiadł, czując, jak mięśnie odmawiają mu posłuszeństwa. Strażnicy przyglądali mu się bez cienia zaufania.
— Widzę, że udało ci się poluzować linę — mruknął drugi, niższy, z rudą brodą i chrapliwym głosem. — Sprytne. Ale niestety musimy ją zawiązać jeszcze raz.
Zanim Roy zdążył zaprotestować, krasnal podszedł bliżej i mocno chwycił go za nadgarstki. Lina zaskrzypiała, gdy zaciskał węzeł. Tym razem związał mu ręce z przodu — mocno, ale tak, by mógł iść. Serce Roya waliło jak oszalałe. Strażnicy popchnęli go lekko w stronę drzwi. Metalowe zawiasy zaskrzypiały, a chłodne powietrze uderzyło go w twarz. Zamarł na progu. Widok, który się przed nim rozciągał, zaparł mu dech w piersiach. To nie było miasto, jakie znał. Nie było tu nieba, słońca ani chmur. Nad jego głową rozciągało się sklepienie z litej skały, z której zwisały kryształy i metalowe lampy. Ich ciepłe, żółtawe światło rozlewało się po kamiennych ulicach, oświetlając dziesiątki domów wykutych w skale. Wszędzie krzątali się krasnale — mężczyźni o potężnych ramionach, kobiety z warkoczami sięgającymi kolan, dzieci o szeroko otwartych oczach. Rozmowy ucichły w jednej chwili, gdy Roy pojawił się na ulicy. Poczuł na sobie dziesiątki spojrzeń — nieufnych, wystraszonych, oceniających. Z bocznej uliczki wybiegł mały krasnoludek. Zatrzymał się kilka kroków od Roya, wpatrując się w niego z mieszaniną ciekawości i fascynacji. Zanim zrobił krok naprzód, kobieta — zapewne jego matka — chwyciła go gwałtownie za ramię.
— Nie podchodź! — syknęła, przyciągając chłopca do siebie.
Ten widok uderzył Roya mocniej, niż się spodziewał. Przypomniał sobie drogę handlową — tam też matki odciągały swoje dzieci, gdy tylko go widziały, jakby bały się, że jego obecność przyniesie kłopoty. Strażnicy poprowadzili go wąską uliczką aż do kamiennych schodów prowadzących ku większemu budynkowi. Na szczycie znajdowały się masywne drzwi ozdobione runami i wizerunkami kuźni. Wewnątrz panował półmrok. Pośrodku sali stało pięciu mężczyzn o długich, siwych brodach i surowych twarzach. Ich spojrzenia wbiły się w Roya niczym ostrza. To musiała być Rada. Jeden z nich, stojący na środku, zrobił krok naprzód.
— Mów, chłopcze — zaczął powoli. — Jak tu trafiłeś?
Roy przełknął ślinę.
— Nazywam się Roy — odpowiedział w końcu cicho. — Jestem z Królestwa Aster. Miasto… zostało zaatakowane. — Zawahał się, jakby każde słowo bolało go bardziej niż poprzednie. — Uciekłem łodzią. Sam. Nie wiem, jak przeżyłem. Był sztorm. Fale były tak wysokie, że myślałem, że to koniec. Potem tylko ciemność.
W sali zapadła cisza. Echo jego głosu odbiło się od kamiennych ścian i zniknęło gdzieś w mroku. Krasnale wymieniły krótkie, znaczące spojrzenia. Jeden z nich, stojący po prawej stronie stołu, odchrząknął i zrobił krok naprzód.
— Myśleliśmy, że jesteś szpiegiem — powiedział powoli. — Po ludziach można spodziewać się wszystkiego. Ale… — urwał, po czym spojrzał na przewodniczącego. — Dostaliśmy wiadomość od naszego zwiadowcy. Potwierdził, że Saldenor rzeczywiście zostało zaatakowane. Chcieliśmy się tylko upewnić, czy mówisz prawdę.
Roy uniósł głowę, jego oczy rozszerzyły się z niedowierzania.
— Zostałeś znaleziony na brzegu wyspy, sam — dodał inny krasnal. — W takich warunkach to cud, że żyjesz.
Roy milczał chwilę, czując, jak coś ściska go w gardle.
— Nie jestem szpiegiem — powiedział w końcu drżącym głosem. — Jestem tylko zwykłym chłopcem. Mam jedenaście lat. Chcę wrócić do domu.
Na moment jego głos się załamał. Przed oczami stanęła mu znajoma twarz — siwe włosy, ciepły uśmiech i spojrzenie, w którym było więcej troski niż gniewu. Pan Kent — jedyny człowiek, który kiedykolwiek w niego wierzył. To do niego chciał wrócić.
— Niestety, chłopcze… — zaczął powoli jeden z krasnali. — To nie będzie możliwe. Nie teraz.
Roy spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— Ale… ja muszę! — wyrwało mu się. — Nikomu nie powiem! Przysięgam!
Krasnal pokręcił głową.
— Nie chodzi o przysięgi, tylko o ostrożność. Wiesz już o nas, o tym miejscu. A to wiedza, której żaden człowiek nie powinien mieć. — W jego głosie brzmiała powaga bez gniewu, bez pogardy — tylko chłodna rozwaga. — My od setek lat nie wychodzimy poza wyspę. To nasza zasada. Dla bezpieczeństwa… nas wszystkich.
Krasnal stojący najbliżej stołu odchrząknął.
— Nie ufamy ci, chłopcze — powiedział twardym tonem. — Ale istnieje szansa, że wrócisz do domu.
Iskra nadziei zapaliła się w oczach Roya.
— Naprawdę? — zapytał cicho.
Krasnal skinął powoli.
— Mamy zwiadowcę, który czasem opuszcza wyspę. Jest jedynym z nas, który zna drogi prowadzące poza góry i morze. Gdyby tu był, mógłby ci pomóc. Ale… — zawahał się, zerkając na pozostałych członków Rady — wyruszył na północ miesiąc temu. Nie wiemy, kiedy wróci.
Nadzieja Roya przygasła tak szybko, jak się pojawiła.
— Czyli… muszę czekać? — wyszeptał.
— Tak — odparł krasnal spokojnie. — Zostaniesz tutaj, w naszej wiosce. Nie zabijemy cię ani nie uwięzimy. Nie jesteśmy tacy jak ludzie. — W jego głosie zabrzmiała gorzka nuta, której Roy nie potrafił zignorować. — Ale musisz zrozumieć, że dopóki nie będziemy pewni, kim jesteś, strażnicy będą cię obserwować.
Jeden z nich podszedł i przeciął linę na jego nadgarstkach.
— Będziesz tu żył, człowieku — powiedział cicho, patrząc mu prosto w oczy. — Ale pamiętaj, że każdy twój krok jest widziany.
Roy potarł obolałe nadgarstki, czując ulgę, której nie potrafił się naprawdę ucieszyć. W środku mieszały się strach i niepewność.
Drzwi otworzyły się. Do sali weszła niska kobieta o jasnych włosach splecionych w warkocze.
— To Tilda — odezwał się przewodniczący. — Zaprowadzi cię z powrotem do lecznicy.
Kobieta uśmiechnęła się ciepło.
— Chodź ze mną, chłopcze — powiedziała łagodnie.
Roy spojrzał jeszcze raz na Radę, po czym ruszył za Tildą. Tuż za nimi szedł jeden ze strażników. Po drodze Tilda odezwała się spokojnym tonem:
— Jestem pomocnicą Liry, naszej znachorki. Pewnie już ją poznałeś. Pomagam jej w lecznicy, więc będziemy się często widywać.
Roy tylko skinął głową. Był zbyt zmęczony, by odpowiedzieć.
Kiedy wrócili, Tilda pomogła mu położyć się na łóżku. Westchnął cicho, czując, jak zmęczenie znów przygniata mu powieki. Zamknął oczy, licząc na chwilę spokoju. Po kilku minutach usłyszał jednak stłumiony hałas. Podniósł głowę. Zza drewnianych drzwi dobiegł cichy śmiech, po czym coś stuknęło o podłogę. Drzwi uchyliły się i do środka wpadła znajoma, kudłata owieczka — ta sama, która wcześniej pilnowała jego łóżka. Za nią stał mały krasnoludek, chłopiec o rudych włosach i piegowatej twarzy. Zatrzymał się w progu, patrząc na Roya z mieszaniną ciekawości i niepewności.
— Przepraszam… ona zawsze ucieka — powiedział cicho, wskazując na owcę, która właśnie zaczęła wąchać jego buty.
Roy uśmiechnął się lekko — pierwszy raz od wielu dni.
— Wygląda na to, że dobrze się tu bawi — mruknął.
Chłopiec podniósł na niego wzrok, po czym nieśmiało zrobił krok naprzód.
— Jestem Finn — przedstawił się. — A to Nuria. — Poklepał owcę po grzbiecie, a ta wydała z siebie krótkie, zadowolone beczenie.
— Nuria, tak? — powtórzył Roy z rozbawieniem. — Pasuje do niej. A ja jestem Roy.
Finn uśmiechnął się szerzej, jakby dodało mu to odwagi.
— Mama prosiła mnie, żebym cię zaprosił na ognisko. Moja mama to Tilda. Pewnie już ją poznałeś. — Mówił szybko. — Wszyscy się dziś spotykają. Będziesz mógł coś zjeść i poznać innych.
— Ognisko? — powtórzył Roy ostrożnie.
— Tak! — przytaknął Finn, mierząc go spojrzeniem od stóp do głów. — Ile masz lat?
— Jedenaście.
— O, to tyle, co ja! — Finn się roześmiał. — Tylko że ty jesteś… no, dużo wyższy.
— Nie boisz się mnie? — zapytał Roy.
Finn pokręcił głową stanowczo.
— Nie. Nuria wyczuwa dobre osoby — odparł śmiertelnie poważnie. — Gdybyś był zły, nie podeszłaby.
— Dobra, chodź! — zawołał i machnął ręką w stronę drzwi.
Roy wstał ostrożnie, wciąż czując osłabienie, i ruszył za nim. Przeszli przez kilka kamiennych korytarzy, a potem dotarli do szerokiej groty. Światło lamp odbijało się od wilgotnych ścian, w powietrzu unosił się zapach mchu i ziemi.
— Tędy — powiedział Finn, wskazując wąski tunel po lewej.
Roy skinął głową i poszedł za nim. Po chwili poczuł chłodny podmuch wiatru. Przed nimi rysowało się wyjście z jaskini.
Gdy wyszli na zewnątrz, Roy przystanął.
Było ciemno, ale niebo rozświetlała pełnia księżyca. Jej blask odbijał się w spokojnej tafli jeziora i na polach porośniętych niską, srebrzystą trawą. W oddali majaczyły domy — większe i przestronniejsze niż te w podziemnym mieście. Panowała cisza, przerywana jedynie odległym śmiechem i trzaskiem ognia.
— Co to za miejsce? — zapytał cicho Roy.
— Tutaj mieszkamy — odpowiedział Finn z dumą. — Nasze domy, pola, lasy i jeziora. Tu jest bezpiecznie. Oddziela nas od morza pasmo gór. Nikt przez nie nie przejdzie. Nikt się nawet nie odważy — są zbyt niebezpieczne.
Roy chłonął każdy szczegół: świeże powietrze, blask pochodni, odbicia księżyca. Myśl o tym, że taki świat istniał tuż obok, ukryty przed ludźmi, wydawała mu się nierealna.
Doszli do polany, na której płonęło ognisko. Wokół zgromadzili się krasnale — starsi, kobiety, mężczyźni, dzieci. Roy i Finn usiedli na miękkiej trawie tuż przy płomieniach. Ktoś podał im gliniane kubki z gorącym napojem, ktoś inny rozdał owoce i chleb.
Po chwili jeden z mężczyzn uderzył dłonią w mały bęben i zaczął wybijać rytm. Inni dołączyli — najpierw cicho, potem coraz głośniej. W powietrzu rozbrzmiała pieśń, a głosy krasnali splotły się w mocną melodię:
Zabrali nam dzień, zostawili cień,
Na murach wciąż stoi znak tamtych miejsc.
Tam, gdzie milczy głos, tam, gdzie śmierć spała,
W kamieniu została pamięć i chwała.
Nad doliną krąży cień jak kruk,
Strzeże popiołów, strzeże snu.
A w ogniu kuźni widać twarz
Tego, co przepadł, by wolność trwać.
W stali odbite jest jego imię,
W młocie, co spada, w dźwięku, co płynie.
I choć zabrali nam słońce, dech,
Wciąż śpiewa stal, a w niej nasz gniew.
Bo noc nas nie złamie, dopóki trwa,
Bo w każdej iskrze tli się nasz świat.
Kiedy przyjdzie świt, rozbije cień —
A wolność powróci jak stali dźwięk.
Wokół ogniska wszyscy wstali, klaskali i tańczyli. Dzieci wirowały w kręgu, płomienie odbijały się w ich oczach. Roy patrzył na to w milczeniu, czując ciepło ognia na twarzy i ciężar czegoś nieokreślonego w piersi.
— Jak możecie być tacy szczęśliwi, skoro nie możecie stąd odejść? — zapytał w końcu cicho, nie odrywając wzroku od tańczących postaci.
— Mama zawsze mówi, że szczęście to nie miejsce — odparł spokojnie. — To ludzie, którzy są obok.
Roy milczał. Wokół śmiech, śpiew, taniec, życie. Finn śmiał się lekko, jak ktoś, kto nie zna jeszcze ciężaru świata. Roy próbował się uśmiechnąć, ale nie potrafił. W jego oczach była powaga, jakby urodził się ze smutkiem, którego nie da się zmyć. Patrzył na nich — na tych, którzy nie mogli opuścić swojej doliny, a mimo to wyglądali na wolnych. Śmiali się, tańczyli, żyli tak, jakby niczego im nie brakowało. A on, który całe życie chodził po otwartym świecie, czuł się więźniem. Niósł w sobie ciężar, którego nie wiedział, jak się pozbyć: wstyd, gniew i wspomnienia, których nie chciał. Jedna łza spłynęła mu po policzku — cicha, ciężka. Nie wiedział, czy płacze za sobą, czy za światem, który już dawno stracił.
Komentarze (12)
Już sioooo
Daruj gdzie indziej
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania