„Fides: Chłopiec z Przystani Róż" Rozdział 6 „Odrodzenie"
Schody przed wejściem do sali Rady były zimne jak kamień, na którym siedział Roy. Dłonie miał splecione, paznokcie wbite w skórę — jakby w ten sposób mógł powstrzymać gniew, który w nim wrzał. Na górze, za ciężkimi drzwiami z rzeźbionego drewna, rozbrzmiewały przytłumione głosy. Wiedział, że tam jest Arieh — razem ze Starszyzną.
I że rozmawiają o nim. Finn siedział obok, cicho, z podkulonymi nogami. Nuria leżała między nimi, głowę oparła o kolana Roya i od czasu do czasu poruszała uszami, jakby wyczuwała jego napięcie.
— Ile oni tam jeszcze będą? — warknął Roy w końcu. — Od godziny słyszę tylko szepty.
Finn wzruszył niepewnie ramionami.
— Rada lubi długo mówić. Zwłaszcza gdy mają gościa… takiego jak on.
Roy zmrużył oczy.
— Gościa? — powtórzył. — Ty wiesz, że on jest człowiekiem. Wiedziałeś od początku, prawda?
Finn zamarł. Popatrzył gdzieś w bok, w kierunku korytarza.
— Nie mogłem ci powiedzieć — mruknął po chwili. — Kazała Starszyzna.
Roy prychnął.
— Zawsze Starszyzna! — uniósł głos, choć wciąż mówił szeptem. — Wszystko wiedzą, o wszystkim decydują. A ja co? Mam siedzieć i udawać, że mnie to nie dotyczy? Że nie chcę wiedzieć, kim on jest?
Finn spuścił głowę i nie odpowiedział. W ciszy słychać było tylko odległe echo rozmów zza drzwi i kapanie wody gdzieś z gzymsu nad wejściem. Roy odchylił się do tyłu, oparł łokcie o stopień i wbił wzrok w kamienny sufit korytarza.
— Wiesz, co jest najgorsze? — powiedział po chwili. — Że on… nawet nie próbował niczego wyjaśnić.
Finn uniósł głowę.
— Arieh?
— Tak. — Roy zacisnął zęby. — Przez całą drogę z plaży nie odpowiedział na ani jedno moje pytanie. Ani jedno! Nic. Tylko to jego: „Potem ci wszystko wytłumaczę” — prychnął z goryczą. — Potem. Zawsze potem.
Finn westchnął cicho.
— Może naprawdę chciał ci powiedzieć, tylko… nie mógł.
— Nie mógł, nie chciał — co za różnica — przerwał mu Roy, ściszając głos.
Za drzwiami coś stuknęło. Głosy ucichły na moment, jakby ktoś właśnie wstał od stołu. Roy odruchowo wyprostował się; serce przyspieszyło. W jego oczach błysnęła mieszanka gniewu i niepokoju. Nagle ciężkie skrzydło drzwi otworzyło się z cichym skrzypnięciem. W progu pojawił się strażnik. Przez chwilę tylko patrzył na Roya spod gęstych brwi, po czym skinął głową.
— Rada cię wzywa.
Roy podniósł się powoli, czując, jak serce bije mu aż w gardle. Finn wstał razem z nim, ale strażnik uniósł rękę.
— Tylko on.
Wnętrze sali było jasne, rozświetlone blaskiem pochodni odbijającym się od kamiennych ścian. Wokół długiego stołu siedzieli starsi krasnoludowie, a na jego końcu — Arieh. Stał oparty o krzesło, z rękami splecionymi za plecami. Roy zatrzymał się pośrodku sali.
— Wezwałem cię tutaj, żebyś odpowiedział na jedno pytanie — powiedział Darn.
Roy zmarszczył brwi, czując, że serce mu przyspiesza.
— Jakie pytanie?
— Chcemy wiedzieć, czy twoje pragnienie wciąż jest takie samo jak wtedy, gdy cię tu znaleźliśmy. Czy dalej chcesz wrócić do ludzi?
Roy zmarszczył brwi.
— A co, jeśli powiem, że tak?
Darn westchnął głęboko.
— Wtedy nie będziemy cię zatrzymywać. Ale musisz wiedzieć, że droga, którą wybierasz, nie jest już tą samą, z której przyszedłeś. — Jego głos przycichł. — Minęły dwa miesiące. Wiele się zmieniło.
Roy poczuł, jak coś ściska mu gardło.
— Wiem. Pan Kent… — urwał, odwracając wzrok. — Nie mogę tu zostać. Nie należę do waszego świata.
Darn skinął powoli, jakby spodziewał się takiej odpowiedzi.
— Skoro tak czujesz, nie będziemy stawać ci na drodze — powiedział spokojnie. — Ale to nie ja poprowadzę cię za góry.
Roy uniósł wzrok, czując, jak w gardle rośnie napięcie.
— To on, prawda? — Spojrzał w stronę Arieha, który dotąd stał cicho, z rękami splecionymi za plecami.
Zwiadowca ruszył powoli w jego kierunku. Gdy zatrzymał się naprzeciw Roya, jego twarz była jak zawsze spokojna.
— Tak. Wyruszymy razem — powiedział Arieh cicho. — O świcie.
Roy uniósł podbródek.
— I co dalej? Znowu „potem mi wszystko wytłumaczysz”?
Arieh patrzył na niego przez moment, po czym odetchnął głęboko i podszedł jeszcze bliżej.
— Tak. Na łodzi ci wszystko wyjaśnię. — Położył mu dłoń na ramieniu. — Obiecuję.
Roy parsknął pod nosem.
— Już raz to mówiłeś.
— Wiem. Ale tym razem dotrzymam słowa. — Jego ton był miękki, spokojny, ale niosło się w nim coś pewnego.
Darn wstał zza stołu.
— Ustalone. — Spojrzał na Arieha, potem na Roya.
Roy skinął głową, starając się zachować spokój, choć serce biło mu jak oszalałe. Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi. Gdy tylko przekroczył próg, ciężkie drzwi zamknęły się za nim.
W sali zapadła cisza. Przez chwilę słychać było tylko trzask płomieni w pochodniach. Arieh wciąż patrzył na zamknięte drzwi, aż w końcu odezwał się cicho:
— Na pewno tego chcesz?
Darn podniósł wzrok znad stołu.
— Niestety… — powiedział powoli. — Jesteśmy zmuszeni. Dla naszego bezpieczeństwa.
Roy schodził po wąskich, kamiennych schodach w dół, w kierunku lecznicy. Za nim biegł Finn, a tuż obok niego truchtała Nuria, cicho becząc. Kiedy dotarli do lecznicy, Roy wszedł do środka i usiadł na łóżku — tym samym, na którym leżał po przybyciu do doliny. Oparł łokcie na kolanach i przez chwilę milczał. Finn przyglądał mu się uważnie, aż w końcu powiedział cicho:
— Zachowujesz się inaczej niż zwykle.
Roy nie podniósł wzroku.
— Może po prostu jestem zmęczony — odparł krótko.
— O co chodziło tam, w sali Rady? — zapytał po chwili Finn, niepewnie przestępując z nogi na nogę.
Roy westchnął i oparł się plecami o ścianę.
— Wracam do domu — powiedział obojętnym tonem, jakby to słowo nic dla niego nie znaczyło.
Finn uniósł głowę, zaskoczony.
— Nie chcesz zostać?
Roy pokręcił głową.
— Obiecałem panu Kentowi, że wrócę. — Przesunął dłonią po karku. — A poza tym… nie pasuję do waszego świata. Jestem tutaj obcy.
Zapadła cisza.
— Pora się pożegnać — powiedział Roy po chwili. — Jutro odpływam o świcie.
Oczy Finna zaszkliły się natychmiast, a Nuria cicho zameczała. Roy uśmiechnął się blado.
— Jestem ci wdzięczny za wszystko, co mi pokazałeś — dodał łagodnie. — Naprawdę.
Finn przełknął głośno ślinę.
— Nie zapomnisz o mnie? — zapytał drżącym głosem.
Roy spojrzał na niego i lekko się uśmiechnął.
— Byłoby ciężko.
Przez chwilę żaden z nich się nie odzywał. Finn skinął głową i odwrócił się, żeby Roy nie zobaczył łez, które napłynęły mu do oczu. Wyszedł powoli, w milczeniu. Nuria ruszyła za nim, zatrzymując się jeszcze na moment w progu. Spojrzała na Roya, jakby chciała coś powiedzieć, po czym zniknęła za drzwiami. Roy został sam. Siedział w ciszy, patrząc w pustkę przed sobą, a echo kroków Finna długo jeszcze odbijało się w jego głowie.
Świt był chłodny i cichy. Roy siedział na podłodze łodzi, oparty o burtę. Myśli miał rozproszone, jakby wciąż był tam — na wyspie Ferris, przy kamiennych schodach, wśród znajomych twarzy, które żegnał bez słów.
Arieh stał na dziobie, patrząc w dal. Dopiero po dłuższej chwili odwrócił się i usiadł naprzeciw Roya, po drugiej stronie łodzi.
— Słyszałem, jak tu trafiłeś — powiedział spokojnie. — Podobno to był cud.
Roy spojrzał na niego nieufnie.
— Cud? — powtórzył z lekkim niedowierzaniem. — Nie wiem, czy tak bym to nazwał. Raczej… przypadek.
Na ustach Arieha pojawił się delikatny uśmiech.
— Przypadki czasem tylko udają cud. Ale nie zmienia to tego, że prowadzą nas tam, gdzie powinniśmy być.
Roy nie odpowiedział. Przez chwilę słychać było tylko plusk wioseł.
— Ze mną było podobnie — odezwał się Arieh po chwili ciszy. — Też trafiłem tutaj niespodziewanie. Bardzo dawno temu.
Roy uniósł na niego wzrok.
— Nie wyglądasz na kogoś, kto pamięta „bardzo dawno temu”.
Arieh roześmiał się cicho, krótko, prawie szeptem.
— Pochlebiasz mi. — Spojrzał na własne dłonie, jakby szukał na nich śladów minionego czasu. — Miałem trzydzieści trzy lata, gdy znalazłem się na tej wyspie. I postanowiłem zostać.
— Dlaczego? — zapytał Roy po chwili.
Arieh uniósł wzrok ku horyzontowi. Jego spojrzenie było spokojne, a głos miękki.
— Bo zrozumiałem, że nie chodzi o to, by wracać. Czasem trzeba zostać tam, dokąd zostało się posłanym — nawet jeśli się tego nie planowało.
— Ktoś ci kiedyś mówił, że mówisz zagadkowo? — zapytał Roy z lekkim uśmiechem.
Arieh spojrzał na niego z rozbawieniem.
— Słyszę to cały czas. Non stop. — Zaśmiał się cicho.
Przez chwilę płynęli w milczeniu. Woda delikatnie uderzała o burtę, a niebo jaśniało coraz bardziej.
— Czeka nas cały dzień płynięcia — powiedział w końcu Arieh, znów spoglądając przed siebie. — Dopiero pod wieczór będziemy u celu.
Roy skinął głową, nie zadając żadnych pytań. Nie miał już siły pytać — i tak wiedział, że nie usłyszy odpowiedzi. Spojrzał na linię horyzontu i postanowił milczeć.
Roy otworzył oczy. Musiał przysnąć — słońce chyliło się już ku horyzontowi, barwiąc wodę na złoto. Powietrze było ciepłe, pachniało solą i zbliżającą się ziemią. Arieh siedział na dziobie, wiosła spoczywały obok, a wiatr rozwiewał mu włosy. Kilka razy próbował wcześniej zagadać Roya, rzucał krótkie pytania, półuśmiechy — lecz chłopak milczał. Przez całą podróż nie miał ochoty na rozmowę. Roy podniósł się powoli i spojrzał przed siebie. Za mgłą widać było zarys murów i wież — Królestwo Aster. Stał chwilę bez słowa, próbując uwierzyć, że naprawdę wraca. Arieh spojrzał w stronę brzegu, gdzie widać było ruch statków i błyski pochodni.
— Zacumujemy na drodze handlowej — powiedział spokojnie. — Będzie taniej.
Roy uniósł wzrok i przez moment milczał.
— Właśnie stamtąd jestem — odparł cicho.
Łódź powoli wpłynęła do portu. Gwar, okrzyki i skrzypienie lin wypełniły powietrze. Gdy tylko przybili do pomostu, Roy narzucił na siebie pelerynę z kapturem. Tkanina zasłoniła jego twarz. Nie był gotowy, by ktoś go rozpoznał. Jeszcze nie teraz. Arieh poprawił pas przewieszony przez ramię i skinął głową w stronę miasta.
— No to ruszamy — powiedział spokojnie. — Muszę cię odprowadzić do drzwi. Prośba Starszyzny.
Roy nie odpowiedział. Naciągnął kaptur głębiej na twarz i ruszył za nim w stronę brukowanej ulicy prowadzącej w głąb Aster.
Szedł w milczeniu za Ariehem. Kamienne uliczki tętniły życiem, lecz nie takim, jakie pamiętał. W blasku pochodni widział wychudzone twarze i obdarte płaszcze — żebraków było znacznie więcej niż dawniej. Droga handlowa wciąż błyszczała od wystaw i szyldów, ale ludzie… byli inni. Minęli zakręt, a wtedy jego wzrok zatrzymał się na znajomej fasadzie — „Przystań Róż”. Ten sam szyld, to samo światło w oknach, tylko ulica wydawała się bardziej pusta. Roy przystanął.
Arieh spojrzał na niego pytająco.
— To tutaj jest twój dom?
Roy odwrócił wzrok.
— Nie — powiedział ostro i ruszył dalej.
Arieh uśmiechnął się lekko pod nosem, idąc za nim.
— Niezbyt rozmowny, co? — szepnął cicho, bardziej do siebie niż do Roya.
Wreszcie, między budynkami, Roy dostrzegł znajomy szyld: „Gabinet Osobliwości”.
Serce zabiło mu szybciej. Przyspieszył kroku, a po chwili biegł już w stronę sklepu. Wpadł do środka, prawie wyważając drzwi.
— Panie Kent! — zawołał, rozglądając się gorączkowo. — Panie Kent, wróciłem!
Odgłos jego kroków odbijał się echem po pustych pomieszczeniach. Przeszukiwał kolejne pokoje, popychał drzwi, zaglądał za ladę, do zaplecza. Wszystko było inne — ciszej, czyściej, jakby ktoś obcy tu zamieszkał. W końcu, w jednym z bocznych pomieszczeń, zobaczył kobietę. Stała przy półce z księgami, odwróciła się zaskoczona.
— Kim pani jest? — zapytał ostro.
Kobieta spojrzała na niego uważnie.
— Nazywam się Mira — odpowiedziała spokojnie. — Zajmuję się teraz sklepem.
Po chwili poprawiła ton, jakby chciała dodać coś ważnego.
— A właściwie Mira Merrow. Byłam dawną przyjaciółką pana Kenta.
Roy zmrużył oczy, zaskoczony.
— Pan Kent nigdy mi o pani nie opowiadał.
Na twarzy Miry pojawił się lekki, smutny uśmiech.
— Nie dziwię się — westchnęła cicho. — Minęło wiele lat, odkąd nasze drogi się rozeszły.
Roy patrzył na nią uważnie, wciąż próbując zrozumieć, dlaczego obca kobieta stoi w miejscu, które uważał za swój dom.
— Gdzie go znajdę? — zapytał w końcu, z trudem utrzymując głos na równym tonie.
Mira zamarła na moment, jakby w jego pytaniu rozpoznała coś znajomego.
— Ty jesteś… Roy? — zapytała cicho.
Chłopak skinął głową.
— Tak.
Mira zrobiła krok w stronę biurka, otworzyła jedną z dolnych szuflad i sięgnęła do środka. W jej dłoni pojawiła się koperta.
— Znalazłam to, kiedy zaczęłam tu sprzątać — powiedziała spokojnie.
Podała mu kopertę. Na przedniej stronie widniał napis drobnym, znajomym pismem: „Do Roya”.
Roy zamarł. Przez chwilę tylko patrzył na litery, jakby bał się dotknąć papieru. Mira spojrzała na niego łagodnie.
— Przeczytaj. Dam ci chwilę czasu — powiedziała miękko, po czym skinęła głową do Arieha. — Chodźmy.
Oboje wyszli ze sklepu, zostawiając Roya samego w ciszy. Usiadł powoli na podłodze, opierając się plecami o drewniany regał. Drżącymi palcami rozerwał kopertę i wyciągnął z niej złożoną na pół kartkę. W końcu rozłożył ją i zaczął czytać.
Drogi Royu,
Jeśli to czytasz, to znaczy, że wróciłeś, a ja już nie mogłem cię powitać. Szukałem cię, chłopcze. Dniami i nocami. Kiedy zniknąłeś, przez wiele tygodni chodziłem po całym Aster — od portu aż po wzgórza. Pytałem każdego, kto mógł cię widzieć. Ale nikt nie wiedział nic. Mówili, że pewnie nie żyjesz. Ale ja nie wierzyłem. Wierzyłem, że żyjesz. Że pewnego dnia wrócisz i znów otworzysz te drzwi, jak zawsze bez pukania. Tak jak twoja matka.
Poznałem ją tak samo, jak ciebie — siedziała kiedyś przed drzwiami mojego sklepu. Zaprosiłem ją do środka. Potem przychodziła codziennie. Opowiadała, że jest w ciąży, że pierwszy raz od dawna czuje się szczęśliwa. Nigdy mi nie powiedziała, kto był twoim ojcem. Ale wiem jedno — była szczęśliwa. Bardzo szczęśliwa, że cię ma.
Kiedy odeszła… było mi bardzo ciężko. Pustka po niej została na długo. Ale pewnego dnia, gdy zobaczyłem chłopca siedzącego przed moim sklepem, zapłakanego, trzymającego się za kolano, wiedziałem od razu, kim jesteś. Wiedziałem, że to ty. Od dłuższego czasu już chorowałem. Byłem stary i zmęczony, ale nic ci nie mówiłem, bo nie chciałem, żebyś się martwił. Jeśli kiedykolwiek zwątpisz, pamiętaj: twoja wartość nie zależy od pochodzenia ani imienia. Tylko od tego, co zrobisz z sercem, które ci dano. Jestem z ciebie dumny, Royu. Zawsze byłem. I jeśli gdzieś jeszcze istnieje miejsce po tamtej stronie, to wiem, że twoja matka uśmiecha się teraz razem ze mną. Traktowałem twoją matkę jak córkę, a ciebie — jak wnuka, którego nigdy nie miałem.
Twój Kent
Kartka drżała w jego dłoniach. Litery rozmazywały się, choć próbował je jeszcze raz odczytać — bez skutku. Łzy spadały na papier, zostawiając mokre ślady, aż atrament zaczął się rozlewać. Roy otarł twarz rękawem, ale płakał dalej. Cicho, nie mogąc powstrzymać szlochu, który narastał z każdą kolejną myślą. Przez dłuższą chwilę siedział tak na podłodze, skulony, jak wtedy — dawno temu, kiedy pierwszy raz trafił do sklepu pana Kenta.
Była noc. Ciche, ciężkie chmury zasnuwały niebo, a morze w dole rozbijało się o skały. Roy stał na wzgórzu z widokiem na cmentarz, przed skromnym, kamiennym grobem pana Kenta. Oczy miał opuchnięte od płaczu, a jego twarz była spokojna, niemal obojętna. Długo milczał, patrząc na wyryte imię, aż w końcu odezwał się cicho, ledwie słyszalnie w szumie wiatru:
— Panie Kencie… wróciłem. Tak jak obiecałem.
Sięgnął do kieszeni i wyciągnął małą, skórzaną saszetkę. Uklęknął i położył ją przed nagrobkiem.
— Migdały w miodzie… te, które tak lubiłeś — powiedział, a jego głos zadrżał. — Nadal je miałem. Nigdy ich nie zjadłem.
Obok niego stał Arieh, cichy i nieruchomy. Nie mówił nic, tylko patrzył na Roya z tą samą łagodnością, z jaką zwykle milczał, gdy słowa były zbędne.
— A co teraz? — zapytał Arieh cicho, przerywając ciszę. — Dokąd zamierzasz iść?
Roy spojrzał na niego pusto.
— Nie mam już dokąd pójść — odpowiedział beznamiętnie. — Nie mam domu. Zostałem sam.
— Nie masz żadnego marzenia, którego nie chciałbyś spełnić? — spytał w końcu.
Roy wyszczerzył wargę w gorzkim uśmiechu.
— Marzenia? — prychnął. — Tacy jak ja nie mają prawa do marzeń.
Arieh sięgnął wolną ręką pod płaszcz, jakby chciał coś wyciągnąć. Był bliski, gdy Roy przerwał mu nagle; głos mu się złamał:
— A jeśli miałbym już jedno… — wyszeptał — jeśli miałbym już jedno życzenie…
Roy podniósł wzrok; w jego oczach płonęła ciemna iskra, której Arieh nie widział jeszcze nigdy.
— Zemściłbym się — powiedział cicho, prawie bełkotliwie. — Na tych, którzy mnie skrzywdzili. Zniszczyłbym ich „idealny” świat. Pozbyłbym się ich, jeden po drugim. Rozbiłbym ich instytucje, wywróciłbym ich prawa do góry nogami, zabrałbym im tę pewność, z której się wyśmiewali.
Arieh nagle wybuchnął krótkim, niespodziewanym śmiechem — najpierw cichym, niemal zdumionym, potem powoli stającym się poważnym, z chytrym uśmiechem na ustach. Jego oczy zabłysły w półmroku inaczej niż dotąd — nie tyle łagodnością, co planem. Arieh powoli wyciągnął dłoń i podał ją Royowi, patrząc mu w oczy. Potem, spokojnie i z chytrym uśmiechem, wypowiedział:
— Może zniszczymy ten świat razem?
Komentarze (5)
W sumie spodziewałem się, że zwiadowca sprzątnie głównego bohatera, a jednak grzecznie go odstawił na miejsce i jeszcze odprowadził. A Roy jak widać może zejść na mroczną drogę, ale czy tak się stanie - to się okaże później. Choć może nie aż tak mroczną, bo jak widać świat przedstawiony nie jest zbyt ładny ani sprawiedliwy, to bunt wobec niego może być również bohaterski. I jeszcze z tyłu głowy mam tę syrenę - pewnie pojawi się potem, pytanie tylko w jakiej roli
https://www.opowi.pl/forum/literkowa-bitwa-na-proze-1-minus-jeden-w1880/#reply
Ogólnie chodzi o to, by napisać coś na temat. Pytania możesz zadawać tutaj albo w wątku na forum
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania