Figurka
Dzwony biją miarowo, niosąc swój głęboki, spiżowy głos ponad gwarem miasta. Sam wkracza w progi kościoła. Za ciężkimi drzwiami znika hałas pobliskiego miasta.
Nie słychać już szumu wody z fontanny ani odgłosów bazaru czy rozmów przechodni.
Wnętrze świątyni to jakby świat zatrzymany w miejscu. Gotyckie sklepienia, wsparte na potężnych, stojących od pięciu wieków kolumnach, wznoszą się wysoko, gdzieś w półmroku. Powietrze jest tu gęste, przesycone zapachem starego drewna, wosku i wilgotnego kamienia, który mimo upału na zewnątrz zawsze zachowuje chłodną, kojącą powagę. Witraże, choć przygaszone szarym, deszczowym światłem, rzucają na kamienną posadzkę nieśmiałe plamy błękitu, zieleni i czerwieni, które tańczą na wypolerowanej podłodze.
Sam stawia kufer przy swoim stałym miejscu. Każdego dnia wydaje się on cięższy, jakby zbierał w sobie wszystkie lata jego samotności. Z trudem opada na kolana. Jego dłonie, sękate i naznaczone pracą, splatają się tak mocno, że aż bieleją kłykcie.
- Panie – szepcze, a jego głos, choć cichy, drży od nieskrywanej rozpaczy. – Proszę o siłę, bym mógł doczekać jutra w tej pustce, którą mi zostawiłeś.
Jego modlitwa jest żarliwa, bolesna, wręcz fizyczna. Nie prosi o długowieczność, prosi jedynie o ulgę dla ciała, które odmawia mu posłuszeństwa, by mógł wciąż przychodzić w to miejsce, ale jeszcze gorętsze słowa płyną ku górze w intencji żony. Mówi o niej z czułością, jakby wciąż siedziała tuż obok. Wspomina dłonie Patrycji, zawsze gotowe do pomocy, jej śmiech, który był dla niego jak poranne słońce. Dla niego świat zatrzymał się w chwili, gdy ona odeszła. Zegary w domu przestały odmierzać czas, a on sam stał się jedynie cieniem, który błądzi między wspomnieniami. Modli się, by jej dusza zaznała spokoju, którego on sam nie potrafi odnaleźć, i by była otoczona światłem, które ona tak hojnie rozdawała wszystkim wokół.
Za grubymi murami kościoła ciepły, letni deszcz bębni o bruk, zmywając kurz z pomnika i wprawiając wodę w fontannie w jeszcze bardziej chaotyczny taniec. Na zewnątrz życie toczy się dalej, ludzie biegną pod parasolami, samochody chlapią wodą na boki, ale wewnątrz w 500-letnim kościele, czas stoi w miejscu. Jest tylko on, jego ciężki kufer, chłodne mury świątyni i żar modlitwy, która jest jedynym mostem łączącym go z ukochaną kobietą.
Wspomnienia zaczęły napływać do Sama z siłą, której nie potrafiło powstrzymać nawet zmęczenie ciała. Gdy przymknął oczy, ciężar kufra u stóp przestał mieć znaczenie, a ławka, w której klęczał i twarda zazwyczaj deska pod kolanami wydała się nagle miękka.
Pamiętał ten sam kościół sprzed dziesięcioleci, kiedy przychodził tutaj jako mały chłopiec, trzymając babcię za rękę. Wówczas świątynia wydawała mu się ogromna, większa niż jakikolwiek budynek, jaki znał. Wysokie filary przypominały pnie gigantycznych drzew, a sklepienie ginęło gdzieś wysoko, niemal w niebie.
Kiedy babcia klękała do modlitwy, Sam często rozglądał się wokół z dziecięcą ciekawością, zmieszaną z ciężką, duszną wonią kadzidła, która dla kilkuletniego chłopca była zapachem wielkiej tajemnicy. Każdy szept dobiegający z ciemnego wnętrza konfesjonału wydawał mu się rozmową z aniołami, a migotanie setek świec żywą magią, która tańczyła w mroku naw bocznych. Niemal czuł na karku podmuch dziecięcej ekscytacji, gdy jego wzrok wędrował w górę, ku sklepieniu. Zadzierał głowę tak mocno, że aż bolał go kark, śledząc wzrokiem postaci świętych, których twarze, przygaszone przez wieki, zdawały się mrugać do niego w półmroku. Jednak pośród tego bogactwa barw i złota, istniał jeden punkt, który budził w nim trwogę mieszającą się z fascynacją.
Wysoko, niemal pośród ciemnych, skłębionych chmur namalowanych na bocznej ścianie, wyłaniała się postać surowego, potężnego Boga o spojrzeniu, przed którym nie sposób było się ukryć. Najstraszniejszy był ten wyciągnięty palec. Z mrocznego, niemal smolistego tła, które pochłaniało resztki światła, dłoń zdawała się wysuwać w stronę dziecka. Mały Sam był przekonany, że to Bóg wskazuje właśnie na niego, osądzając każdy jego dziecięcy występek, każde nieposłuszeństwo. Ta czerń, tak głęboka, jakby malarz użył sadzy zebranej z samych czeluści piekielnych, sprawiała, że postać wydawała się nie tyle namalowana, ile zawieszona w próżni, gotowa w każdej chwili zejść do niego na posadzkę.
Dziś jako mężczyzna po siedemdziesiątce, Sam spojrzał w górę. Obraz wyblakł, czerń stała się bardziej szara, a farba popękała pod wpływem wilgoci i czasu, ale uczucie pozostało. Kiedyś czuł przed tym wzrokiem strach, teraz czuł dziwną ulgę. Ten sam groźny palec, który kiedyś go przerażał, teraz wydawał mu się wyciągnięty w geście zaproszenia.
Odetchnął głęboko, a ciepło letniego deszczu uderzającego o wysokie witraże zdawało się przenikać przez grube mury. W tym miejscu, gdzie jako chłopiec poznał smak strachu przed nieznanym, teraz szukał schronienia. Modlitwa o duszę żony stała się teraz niemal rozmową z tym samym Bogiem, którego kiedyś się lękał. Teraz, kiedy jego własny świat się zatrzymał, a jedyną jego towarzyszką była samotność, ten surowy wizerunek z dzieciństwa był jedynym punktem odniesienia, który wciąż trwał, niezmienny pośród wirującego czasu.
Otworzył oczy i położył dłoń na wieku kufra. Czuł, że ta modlitwa, łącząca go z dawnym sobą, z tym chłopcem, który bał się palca Boga, jest być może ostatnią rzeczą, która pozwala mu jeszcze zachować cząstkę siebie.
Wstał z trudem, a każdy jego ruch zdawał się okupiony cichym jękiem stawów. Podniósł kufer i wyszedł na plac, gdzie deszcz ustąpił miejsca sennej, parnej mżawce. Przed sklepem na rogu czekał na niego młody sprzedawca. Jak każdego dnia, bez słowa chwycił ciężką, betonową podstawę pod parasol i pomógł Samowi ustawić ją w wybranym miejscu. Gdy duży parasol, chroniący przed słońcem i deszczem, rozłożył się z charakterystycznym, suchym trzaskiem, Sam z namaszczeniem otworzył zamek kufra.
Z wnętrza wyłonił się Frank. Była to marionetka o wysokości siedemdziesięciu centymetrów, wykonana z niezwykłą precyzją: miała siwe włosy sterczące na wszystkie strony, czerwony surdut, którego kolor dawno już wyblakł od słońca, niebieskie spodnie i żółte buty, a jej drewniana twarz posiadała zaskakująco ruchliwe brwi, paciorkowate oczy i usta, które poruszały się z niemal ludzką naturalnością.
- Wreszcie! – zakrzyknął Frank piskliwym, ale dziwnie charyzmatycznym głosem, gdy tylko Sam posadził go na skrzyni. – Ciemność i nic, poza tym! Czy ty wiesz, jak to jest nie móc rozprostować nóg przez osiem godzin? W łóżku jest przecież tyle miejsca! Obok twojej poduszki jest tyle wolnej przestrzeni, że mógłbym tam tańczyć kankana!
- Frank, nie teraz – mruknął Sam, poprawiając swój stary kapelusz, który służył mu za tacę na datki od rozbawionych popisami Franka ludzi.
- Nie teraz! Zawsze to samo! – marionetka zwróciła się do przechodniów, teatralnie wywracając oczami. – Słyszycie go? Traktuje mnie jak jakiś stary szpargał, a przecież jestem jedyną osobą w tym mieście, która mówi mu prawdę w oczy!
Ludzie zaczęli przystawać. Dzieci śmiały się w głos, wskazując palcami na przekomarzającą się marionetkę, a dorośli rzucali monety, doceniając kunszt mężczyzny jako brzuchomówcy.
W pewnym momencie Sam odwrócił wzrok od tłumu. Jego oczy, niczym wyćwiczone radary, odnalazły staruszka z laską. Postać stała, jak każdego dnia, po krótkiej obserwacji odwracała się i powolnym krokiem ruszała w stronę kawiarni na rogu. Zaraz potem uwagę Sama przykuło coś zgoła innego.
Na placu przy fontannie, w rytm cichych dźwięków Come Undone – Duran Duran dobiegających z głośników wystawionych przed kawiarnię, wirowała młoda kobieta. Miała na sobie jaskrawożółtą sukienkę, która kontrastowała z szarością chodnika, a jej ciemne, falujące włosy lepiły się od wilgoci. W pewnej chwili podeszła do niej stara kwiaciarka. Kobieta o twarzy jak mapa życia z koszem kwiatów w ręce. Wręczyła tancerce naręcze żółtych tulipanów. Dziewczyna, promienna i wdzięczna, przytuliła staruszkę, całując ją w oba policzki.
- Czy ty to widzisz, Sam? – głos Franka nagle spoważniał, tracąc swój złośliwy ton. – Widzisz tę piękną kobietę tańczącą w deszczu? Nic piękniejszego dziś nie zobaczymy, staruszku.
Sam nie odpowiedział. Patrzył na tancerkę z nutką melancholii, jakby widział w niej ducha dawnych czasów, ale sielanka trwała krótko. Z bocznej uliczki wypadła grupka hałaśliwych nastolatków, kipiących energią, która w tym wieku często przybiera formę okrucieństwa.
Zatrzymali się, tworząc półkole wokół tańczącej kobiety. Zaczęli pokazywać ją palcami, wybuchając śmiechem, który brzmiał jak tłuczone szkło. Padły krótkie, ostre słowa. Radość zniknęła z twarzy dziewczyny w ułamku sekundy. Zatrzymała się, ramiona jej opadły, a tulipany, które przed chwilą były symbolem radości, teraz przyciskała do piersi jak tarczę, próbując zasłonić się przed falą pogardy.
- Dranie – warknął Frank, a jego drewniana szczęka opadła niżej niż zwykle. Nawet lalka nie potrafiła znieść tego widoku.
Sam zacisnął dłonie w pięści. Czuł, jak w jego sercu, obok żalu po żonie, budzi się dawno nieodczuwany gniew.
Mała dziewczynka, która zafascynowana obserwowała Franka, podeszła blisko, jej duże oczy wpatrzone były w drewniane usta marionetki.
- Proszę pana... – zapytała szeptem, ściskając rąbek sukienki – Czy ta lalka mówi sama?
Sam, przez ułamek sekundy, spojrzał na Franka, którego twarz wydawała się mieć teraz nadzwyczaj niewinną minę.
- Lalki nie mówią, moje dziecko – odpowiedział głosem spokojnym i nieco chrapliwym. – To tylko kawałek drewna.
Gdy wybiła osiemnasta, Plac Szeptów zaczął się zmieniać. Bazar już dawno przestał zachęcać do kupna owoców i warzyw, ludzie z biur wrócili do domów, budowlańcy przestali chodzić po rusztowaniach, pokrzykując na siebie co jakiś czas, a kawiarnie i restauracje zaczęły się zapełniać.
Sam z ulgą w sercu złożył Franka i zamknął go w bezpiecznych objęciach kufra. Droga do domu wiodła przez wąskie uliczki, gdzie zmierzch kładł się długimi cieniami na murach kamienic. Jego mieszkanie było małym azylem na drugim piętrze. W kuchni, jak każdego dnia, zastał na stole jeszcze ciepły obiad, który przygotowywała dla niego córka. Zapachniało mięsem mielonym w formie bifteków i jego ulubioną caponatą. Uśmiechnął się, wyciągając z szafki talerz i usiadł do stołu. Ułamał kawałek chleba, umoczył w caponacie i jadł ze smakiem.
W niedzielę zakładał odświętne ubranie i szedł do córki Violett, jedynego dziecka, które kochał nad życie. Spędzał u córki kilka godzin na rozmowach i małym co nieco z zięciem, jak mawiał po powrocie do domu, gdy Frank śmiał się z jego plączącego się języka.
Z kufra, w którym zamknięty był Frank dobiegł głos.
- Małe co nieco mówisz. Dobre mi to. Znów będziesz chrapał, aż będą się trzęsły ściany.
- Ach. Nie ma już mojej biednej Patrycji, ale jesteś ty. Powtarzasz jej słowa, jak mantrę.
- Nie zapomnij nastawić budzika na tabletki. Stary już jesteś i musisz o siebie dbać. Masz chore serce! Pamiętaj!
- Wiem, wiem.
Sam sięgnął po budzik i nastawił go na szóstą rano.
W mieszkaniu były jeszcze dwa pokoje. Jeden to skromna sypialnia, a drugi był jego pracownią. Królował tu zapach drzewa. Pod ścianą stał duży wysłużony stół z bocznym, drewnianym imadłem, równie wysłużone krzesło z oparciem, a na ścianie wisiało kilka półek z dłutami, młotkami i wszystkim tym czego stolarz potrzebował do pracy. W rogu obok drzwi leżał zapas drewna o różnym stopniu twardości i wilgotności. Było tam wiele niedokończonych postaci, które powoływał do życia i czekał na czas, kiedy poczuje, że musi do nich wrócić.
Kilka dni później, podczas popołudniowej modlitwy Anioł Pański, Sam klęczał w swojej ławce, zatopiony w szeptanej modlitwie. Nie zwracał uwagi na otoczenie, aż do momentu, gdy w ławce przed nim usiadła młoda kobieta. W ciszy świątyni usłyszał delikatny szelest materiału sukienki. Nie widział jej twarzy, ale jej sylwetka – wyprostowane plecy, ciemne długie włosy, sposób, w jaki chyliła głowę – wydała mu się dziwnie znajoma, jakby echo tamtego popołudnia powróciło w to święte miejsce.
Sam, choć modlił się żarliwie nie mógł nie słyszeć modlitwy klęczącej przed nim kobiety.
- Panienko Przenajświętsza proszę o siłę dla moich nóg, które tak często chcą uciekać od tego świata – szeptała, a jej głos drżał. – I proszę, Panienko pozwól mi odnaleźć tego mężczyznę... tego, przy którym muzyka przestała być tylko dźwiękiem, a stała się spokojem. Tego, który nie patrzył na mnie jak na zjawisko, lecz jak na człowieka. Był taki pewny siebie, taki... cichy. Chciałabym go jeszcze spotkać. Tak bardzo, jak bardzo chciałam wyjść ze szpitala.
Do Sama dotarło wspomnienie tamtego popołudnia. Deszcz, piosenka Duran Duran i ta niezwykła, niemal surrealistyczna chwila tańca kobiety w żółtej sukience i mężczyzny w kapeluszu.
Kobieta wstała, poprawiła sukienkę i odwróciła się, kierując w stronę wyjścia.
Modlitwa się skończyła. Staruszki wychodziły z ławek i Sam został w pustym kościele. Jeszcze chwilę zbierał myśli, spojrzał na stary zegarek, który dawno temu podarowała mu żona, i wstał. Podniósł kufer i powoli wyszedł z kościoła. Usiadł na ławce pod jedną z potężnych lip, które od wieków szumiały nad placem. To pod tymi drzewami, a może pod ich poprzednikami ponad pół tysiąca lat temu, Alfonso Gilberto de Sousa, portugalski kupiec, po raz pierwszy dotknął ziemi po wyczerpującej przeprawie przez morza i oceany i rzeką Avelą dopłynął do miejsca, w którym dziś stoi miasto Limeluna. Nazwa, gdyby ktoś nie wiedział, pochodzi od lipy i księżyca.
Legenda głosiła, że gdy załoga karaki, jedynego ocalałego z pięciu statków, które wypłynęły z Lizbony, zdziesiątkowana przez szkorbut rozpaczliwie szukała ratunku, dobiła do brzegu, a kapitan wysłał kilku nieosłabionych chorobą żeglarzy na poszukiwanie medyka. Wyczerpany Alfonso zasnął pod lipą. Wtedy, w malignie, ukazał mu się anioł, nakazując budowę miasta. Pierwszy kamień węgielny miał być położony pod kościół, który teraz wznosił się nad Placem Szeptów. Nikt nie wiedział, dlaczego tak nazwę nadano, ale od wieków ta nazwa obowiązywała, a gdy kilka razy urzędnicy z ratusza próbowali ją zmienić, ludzie na to nie pozwalali. Kościół Anioła Przebudzenia, górujący nad miastem był chlubą i ozdobą miasta.
Sam poczuł na sobie wzrok kobiety. Nie patrzyła na niego jak na starca, lecz z dziwnym rodzajem szacunku, jakby widziała w nim kogoś, kto należy do tej samej, starej tkanki miasta co te drzewa.
- Dzień dobry. Chciałabym z panem porozmawiać.
- Dzień dobry. Proszę usiąść – wskazał miejsce obok. Kobieta ubrana dziś w morelową sukienkę i jasny kardigan usiadła dziękując. Od rzeki, która przez pięć wieków oddaliła się od miasta ciągnęło chłodem.
- Mówił pan, że lalki nie mówią – zaczęła cicho, splatając palce na kolanach. – Ale miałam kiedyś taki dziwny sen.
Jej głos był łagodny, choć naznaczony cieniem bólu. Opowiedziała mu o szpitalu psychiatrycznym, o białych ścianach, które zdawały się zaciskać wokół niej, i o samotności, która w takim miejscu staje się nie do zniesienia.
- Byłam tam zamknięta przez wiele tygodni. Rodzice... bali się mojej wrażliwości. Mówili, że widzę rzeczy, których nie ma – kontynuowała, patrząc w stronę kościoła. – Ale w snach, które mnie nawiedzały, wszystko było wyraźne. Widziałam marionetkę. Wyglądała dokładnie jak pana Frank. Siedział na moim łóżku i mówił do mnie. Jego głos nie był drewniany, ale pełen ciepła. Powiedziała mi jedno zdanie:
- Idź do staruszka, który każdego dnia stoi na placu z marionetką, on ma dla ciebie rzeźbę, która pozwoli ci odetchnąć.
Sam poczuł, jak zimny dreszcz przebiega mu po plecach. Frank w kufrze siedział bez ruchu.
- Pan ma dla mnie jakąś specjalną rzeźbę, prawda? – zapytała, patrząc mu prosto w oczy.
- Wydaje mi się, że robiłem ją z myślą o tobie. Przepraszam, jak masz na imię?
- Elena – kobieta wyciągnęła dłoń w kierunku staruszka.
- Mam na imię Sam. Przyjdź jutro o osiemnastej. Wiesz, gdzie stoję każdego dnia. Przyniosę ci figurkę anioła z ptakiem na ramieniu. To będzie taki twój ochronny talizman.
- Bardzo panu dziękuję i Frankowi oczywiście również dziękuję.
- Ma się rozumieć – dobiegł ich z kufra wesoły głos Franka.
Kiedy w Limelunie nad rzeką Avelą powoli wszystko cichło, Sam wreszcie otwierał swój tajny świat zamknięty w pracowni.
Figurka, nie leżała na stole przypadkowo. Kawałek ciemnego drewna o gęstym usłojeniu, które w tym chłodnym świetle lampy wyglądało, jakby pulsowało własnym życiem. Żadne dłuto nie wchodzi w taki materiał łatwo; mahoń stawiał opór, domagając się szacunku, cierpliwości i absolutnego skupienia.
W tej ciszy Sam sięgał po najcieńsze ostrza, by dokonać tego, co najważniejsze. Pochylił się nad postacią kobiety z ptakiem na ramieniu. Jednym delikatnym muśnięciem pociągnął kącik jej powiek, nadając twarzy ten lekki, nieuchwytny wyraz ukojenia, którego Elena tak bardzo potrzebowała. Potem wyrzeźbił delikatne pióra ptaka spoczywającego na jej ramieniu, tak cienkie, że wydawało się, iż za chwilę rozwiną się skrzydła i ptak odleci.
Zanim nadszedł ten wieczór i zanim na horyzoncie pojawiła się Elena, minęły ponad trzy długie lata. Sam nie wiedział wtedy, dla kogo rzeźbi anioła z ptakiem na ramieniu. Kiedy po raz pierwszy wziął do ręki ten blok ciemnego mahoniu i mały kawałek słonecznego bukszpanu, działał w jakimś twórczym amoku, popędzany wewnętrznym głosem, którego sam nie potrafił nazwać.
W tamtych miesiącach eksperymentował godzinami, próbując zmusić materię do posłuszeństwa. Mahoń stawiał opór. Jest kapryśny, jego głębokie, krwisto-brązowe usłojenie potrafi wchłonąć światło, jeśli traktuje się je zbyt brutalnie. Tygodniami testował różne techniki. Próbował delikatnego skrobania ostrzem zamiast szlifowania, by zachować surową strukturę włókien. Uczył się operować cieniem, żłobiąc fałdy sukni tak, by pod wpływem dziennego światła rzeźba oddychała i wydawała się miękka w dotyku.
Z bukszpanem było jeszcze gorzej. Ten jasny, niemal maślany materiał jest niesamowicie twardy i zdradliwy. Sam spędził dziesiątki wieczorów, rzeźbiąc ptaka pod lupą, dopasowując jego maleńki brzuszek do mahoniowego ramienia z taką precyzją, by połączenie stało się niewidoczne, jakby ptak wyrósł z tego ciała sam z siebie.
Kiedy skończył, postawił gotową figurkę na najwyższej półce w ciemnym kącie pracowni. Przez ponad trzy lata stała tam w milczeniu. Przykryta delikatną warstwą kurzu, przeczekała żałobę Sama, jego ciche wieczory z Frankiem i całe lata rutyny. Wyglądało na to, że utknęła w martwym punkcie. Piękna, skończona, a zarazem całkowicie bezużyteczna, bo stworzona dla nikogo.
Dopiero teraz, gdy z perspektywy czasu patrzył na te wszystkie próby, eksperymenty z gęstością drewna i godziny szlifowania bez celu, zrozumiał prawdę. On nie tworzył jej wtedy dla siebie. Ktoś tam w górze po prostu napisał ten scenariusz z dużym wyprzedzeniem, zmuszając go do przygotowania idealnego prezentu na długo, zanim Elena zatańczyła w deszczu.
Zadowolony, przetarł figurkę szmatką, owinął ją miękką flanelą i starannie ułożył w kutym puzderku. Nazajutrz wieczorem, gdy złoży już parasol i zakończy spektakl, ten mały kawałek drewna trafi tam, gdzie od początku powinien się znaleźć.
- Pokaż to cudo! No pokaż! – z kufra wydobył się błagalny głos Franka.
- Przecież wiesz, jak wygląda – uciął zadowolony Sam.
- Niby tak, jednak chciałbym zobaczyć. No nie bądź taki.
- Jaki? – droczył się Sam.
- No właśnie taki.
Sam postawił kufer na stole i uniósł wieko. Frank nie rzucił się od razu do wyjścia. Najpierw wychylił ostrożnie drewnianą głowę, mrugając w jasnym świetle lampy, jakby zapomniał, jak wygląda świat poza ciasnymi deskami.
- No, wychodź, staruszku – powiedział cicho Sam, wyciągając ku niemu dłoń. – Zasłużyłeś, żeby zobaczyć, nad czym tyle pracowałem.
Frank wysunął się niezgrabnie, stawiając swoje drewniane stopy na stole warsztatowym. Poprawił się, potrząsnął ramionami, a potem jego małe, paciorkowate oczy natychmiast powędrowały w stronę, gdzie na miękkiej szmatce, leżała gotowa figurka.
Reakcja Franka była natychmiastowa. Jego sztywne dotąd ciałko zamarło. Nachylił się nad mahoniową postacią kobiety, a jego rzeźbione palce, zazwyczaj tak skore do stukania i natarczywego domagania się uwagi, powoli powędrowały w stronę rzeźby, jakby bał się, że to tylko złudzenie, które zaraz się rozpłynie. Przez dłuższą chwilę w pracowni słychać było tylko miarowe tykanie ściennego zegara i ciche, drewniane skrzypienie stawów Franka.
Jego palce delikatnie musnęły ciemny, lśniący mahoń spódnicy, sunąc ku górze, aż zatrzymały się na ramieniu. Tam, gdzie w mahoniowe ciało wtulony był jasny, słoneczny bukszpan. Frank wlepił wzrok w maleńkiego ptaka. Jego żuchwa opadła w niemym zachwycie, a z jego wnętrza dobiegł cichy, głuchy trzask, jakby stary mechanizm w jego piersi na chwilę stracił rytm na widok czegoś, co przerosło jego pojęcie o pięknie.
Obejrzał figurkę z każdej strony. Odsunął się o krok, pokręcił głową, po czym spojrzał prosto na Sama. W tym spojrzeniu nie było dawnej zazdrości ani cichego wyrzutu, że rzeźbiarz poświęca czas komuś innemu. Były czysta, bezgraniczna aprobata i szacunek.
Frank powoli wyciągnął ramię i poklepał Sama po dłoni. Niezgrabnie, twardo, ale z taką czułością, na jaką było go stać. Potem cofnął się o krok, wskazując dwoma palcami na rzeźbę, a następnie na drzwi pracowni, wydając z siebie cichy dźwięk.
Wreszcie nawet Frank zrozumiał to samo co Sam: ta figurka nie mogła zostać tu dłużej. Czekała na właściwą osobę, a jutro wreszcie miała trafić w jej ręce.
- Szkoda, że nade mną tak wytrwale nie pracowałeś, ale co tam. Wyszło ci przecudownie. Znaczy: i ja, i ta figurka.
Następnego dnia, tuż po osiemnastej, powietrze nad Limeluną gęstniało od zapachu nagrzanych słońcem murów, a wiatr niósł zapach rzeki Aveli. Sam nie założył swojego codziennego garnituru. Czekał w odświętnym stroju: ciemnej, starannie wykrochmalonej koszuli i prostym, wełnianym surducie, który zakładał tylko na rzadkie, miejskie uroczystości. W kieszeni trzymał małe, wyłożone flanelą puzderko.
Gdy nad rzeką rozległ się głęboki, spiżowy dźwięk dzwonów z Kościoła pod Aniołem Przebudzenia, zza węgła wyszła Elena. Tego wieczoru miała na sobie zwiewną, lnianą sukienkę w odcieniu przygaszonego błękitu, a jej ciemne włosy spinała delikatna wstążka. Wyglądała spokojnie, jakby cały pośpiech dzisiejszego dnia odpłynął wraz z nurtem rzeki.
Kiedy podeszła bliżej, Sam wyjął z kieszeni puzderko, otworzył je i podał jej rzeźbę.
W tym momencie świat na chwilę zwolnił. Elena wzięła figurkę ostrożnie, jakby obawiała się, że to tylko sen, który rozpadnie się pod dotykiem. Kiedy mahoń spoczął w jej dłoniach, jej oczy natychmiast się rozszerzyły. Palce kobiety powędrowały po gładkiej, chłodnej powierzchni ciemnoczerwonego drewna, sunąc powoli w górę, ku ramieniu. Gdy dotknęła jasnego, maślanego bukszpanu i maleńkiego ptaka gotowego do lotu, jej twarz rozpromieniła się w zachwycie, jakiego Sam dawno u nikogo nie widział.
Nie potrafiła ukryć wzruszenia. Jej dolna warga lekko zadrżała, a w oczach błysnęły łzy czystego, dziecięcego zachwytu nad tym, że ktoś zadał sobie tyle trudu.
- Och... – zdołała wykrztusić cicho, a jej głos załamał się na ułamek sekundy. Przesunęła kciukiem po skrzydłach ptaka, chłonąc naturalne ciepło drewna. – Ona jest... nieziemska. Zupełnie jakby żyła.
Wdzięczność, którą wyrażało jej spojrzenie, nie potrzebowała słów. Elena przycisnęła rzeźbę do piersi, zamykając oczy i pozwalając, by ciężar szlachetnego mahoniu ugruntował ją w tym miejscu, tuż obok starego rzeźbiarza i szumiącej Aveli.
Sam patrzył na nią z lekkim, ciepłym uśmiechem, czując, jak całe napięcie ostatnich lat opuszcza jego ramiona. Kiedy Elena otworzyła oczy i z powrotem spojrzała na figurkę z czułością, starzec pochylił się lekko i powiedział cicho, z niezwykłą powagą w głosie:
- Chcę cię o coś prosić, Elen. Kiedy dziś wrócisz do domu i będziesz kłaść się spać, postaw tę figurkę blisko siebie. Niech leży na stoliku nocnym, tam, gdzie dosięga ją poranne światło. I... obiecaj mi jedno. Gdziekolwiek będziesz wyjeżdżać, dokądkolwiek poniosą cię twoje ścieżki, nie rozstawaj się z nią. Zabieraj ją ze sobą.
Elena podniosła na niego wzrok, zaskoczona, ale i poruszona tą prośbą. Zrozumiała, że Sam nie daje jej po prostu pamiątki. Daje jej kawałek swojego serca, tarczę zrobioną z drewna i czasu, która ma jej strzec.
Skinęła głową, mocniej zaciskając palce na gładkim mahoniu.
- Obiecuję – odpowiedziała szeptem, a w cieniu potężnych lip ich dłonie na moment spotkały się ponad małym puzderkiem, jakby pieczętując obietnicę, której nie mogła już zmienić żadna siła.
- Ależ ona jest piękna – szepnęła Elena. – Wygląda, jakby znała wszystkie moje sekrety. To niemożliwe, żeby człowiek, coś takiego stworzył. Musiał przy tej pracy pomagać panu jakiś anioł.
- To bardzo możliwe.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania