Finn - Sombrero
Przed chatą pokrytą strzechą leżał nieprzytomny mężczyzna. Na ogorzałej twarzy zakrzepła krew tworzyła wrażenie upiornej maski. W zdobionej srebrem koszuli i łosiowych spodniach wyglądałby niezwykle szykownie, gdyby nie plamy błota i liczne rozdarcia materiału. Tuż obok dogasało ognisko. Suche gałązki krzewu Ghi świeciły niewielkim płomieniem. Wokół tętniącego czerwienią ciepła leżały niedopalone liście, które jeszcze przed chwilą unosiły się kłębami dymu w górę.
Nieprzytomny poruszył się, odwracając na plecy. Ręka przez chwilę błądziła w piasku, nim natrafiła na rondo kapelusza. Czując znajomy przedmiot, zacisnęła instynktownie, jakby próbując przytrzymać znanego świata. Długie i szczupłe palce dotykały eleganckiego sombrera. Wokół ronda, wyszywanego ozdobną nicią, widniały złote krążki, drobne monety, warte nie więcej, niż myto przewoźnika na drugą stronę rzeki. Kawałek dalej porzucony skórzany pas z klamrą przypominającą głowę bawołu. Oksydowana stal lśniła matowym blaskiem.
„Finn” - głos w głowie rozdzierał umysł na części. „Finn, nie teraz, nie zabijaj mnie”. Płynął pośród bezpańskich myśli. Nie wiedział, kim jest; nie wiedział nawet, że istnieje. Był bólem, cierpieniem i czymś, co owiało chłodem wiatru. Słońce, niczym kula roztopionej rtęci, wisiało nisko nad horyzontem. Nie mogło wspiąć się wyżej, jakby i jemu zabrakło sił.
Otworzył oczy, lecz ciemność nie znikła, zapewne nadal znajdował się w świecie majaków. Z daleka płynęły słowa pieśni. Słowa układały się w prośby, by nie odchodził, by powrócił zza czarnej zasłony. Zobaczył drogę wśród gór; widział, jak spoza chmur przeziera błękit nieba. Kolejna halucynacja. Otrząsnął się, próbując stawić czoła nadciągającej fali żalu, a później dostrzegł twarz kobiety o smutnych oczach. Czyżby nadal majaczył? Wpatrzony w źrenice zjawy czekał, aż ta rozpłynie się w powietrzu.
Ponownie stracił przytomność. Rozpalone gorączką ciało wciągało głębiej. Zanurzony we własnej krwi słyszał krzyk nurów i widział strzępy ich skrzydeł leżące w każdym płytszym miejscu. Nie mógł się wydostać, bo krew jak ciało otaczała go ze wszystkich stron. Uczucie zapadania było nie do wytrzymania. Dopiero na dnie wiru odnalazł spokój i stał się częścią martwego krajobrazu. Wokół nie było nic prócz uczucia, że jest się czymś bardzo małym - drobiną zaledwie, ziarnem świadomości.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania