Fioletowe światło pod skórą
Kochał mnie jak burza
Delikatnie tylko na początku.
Potem były
Ściany, które pamiętały mój oddech,
Lustra, które już nie odbijały
Czystego obrazu.
Mówił: jesteś moja
I to brzmiało jak zaklęcie.
Jak nóż,
Jak pocałunek.
Z jego ust spadały słowa
Cięższe niż dłonie,
A jednak — zostawałam.
Bo jego mrok miał smak palonego drzewa
I wiśniowych papierosów,
Które palił po grzechu.
Byłam jego hymnem,
Śpiewanym szeptem
Z pękniętych ust.
Karmiłam się jego dźwiękiem
Nawet, gdy bolało.
Nawet, gdy był echem
Tego, czego nie było.
Bo to nie była miłość.
To była religia.
A ja — jego prorokinią,
Która zgubiła Boga.
Więc klękam.
Z fioletowym światłem pod skórą.
Z jego imieniem w gardle.
I pytam ciszy:
Czy można oddać siebie —
I przetrwać?
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania