Fiołki nocą, Lilie dniem (opowiadanie bazowane na Syzyfowych Pracach)

Andrzej Radek pamiętał jeszcze ulgę po maturze. Nie miał gdzie wracać, nie gonił go czas – nie był głodny ani spragniony. Tamtego wieczoru odchylił się w krześle, z oddechem waga aspiracji osunęła się wiotko z jego ramion i rozpłynęła w zimnym powietrzu jak wspominki o martwych już ludziach. Życie po tym skręciwszy w dół przyszło do niego z szokiem, z nocy spędzonych ucząc się, na noce puste, bez snu spędzonego z powieki. Z męczących dni wypełnionych śmiechem i przyjaciółmi po pustkę, przestał pracować, jego ciało ruszać nie potrafiło się tak, jak kiedyś.

Jakby coś wybrało go i zatrzasnęło szczęki – decydując, że to koniec, nie puszczając, nie łapiąc też mocniej. Czuł się jakoby coś wzięte zostało z jego ciała, zostawiło wyrwę pulsującą niczym, a ostatek ulgi zniknął nawet… Co go tak sobie cenił. Szukał co prawda od laty chwilę odpoczynku, wyzwolenia od pracy w życiu, tudzież zważywszy na to, iż harował od narodzin, tęskno było mu po tym wysiłku! Gdyby jedynie wiedział, że szkolnictwo ma tak kruchą efemerydę, iżby cenił i szanował piękność młodzianą tych lat bardziej. Przetoż Andrzej Radek, znany jako łebski – rezolutny, nawet – zaprawdę wprzódy mógł zauważyć, iż wiecznie trwać to nie będzie.

Zaledwie jednakże dwa miesiące minęły tej pustki, a już stukot dobył się z jego drzwi, ożywiony, aczkolwiek nerwowy, wszak świtało zaledwie za oknem, obłoki ledwie przybrały różność kolorów, a Radek wyskoczył z pościeli ubierając, acz narzucając bardziej na siebie koszulę, getry pierwsze wzięte z podłogi, a na głowę wrzucając studencką maciejówkę na skroń, z wyszytym orderem – niehonorowo nosić było uniform poza murami szkoły, a absolwentom raczyli podarować ten raz jeden – nawet skarpet na bose stopy nie naciągnął, włosów nie przeczesał, a stukot wzmocnił się ponownie. Sztachnął się haustem wody, przepłukując nią usta.

Przaśny był z niego otrok, spodziewał się, że to z ubiegłego wieku mieszkaniec nie radzący sobie ze stokiem siana, drzwi roztwierał dokońca nogą dopinając guziki pomiętej koszuli, to jej nie dopiął to końca, wszym czego mógł domyślać się, w godzinie omylnej na głowę nie wleciałoby mu, aż to białogłowa stać przed nim będzie.

Witam? - zakłopotany zmarszczył czoło, starając się wyglądać jakoś, a nie jakby wyskoczył dopiero ze snu. - Wam się… chaty pomyliły, panienko?

Ach, nie. Chata dobra. Onegdaj doszły słuchy, iż pan… Andrzej Radek, trafnie? - gdy potwierdził jej słowa, mówiła dalej, bawiąc się haftem rękawa, patrząc mu zaś w oczy domnie. - Kawał głowy ma na karku. A ja… - wzdrygnęła się nagle. - Przepraszam was! Andrzeju Radku, jestem Jadwiga. Jadwiga Baraniecka. I szukam u was nauczania… Do matury łaciny umiem mniejszość, proszę was–

Przaśny był z niego otrok. Zatrzasnął więc drzwi, z głowy zrzucił czapkę i położył się z powrotem na łożu od drzwi niedalekim. Wiatr coś krzyczał za oknem, przez to wejściu najbliższe widział wciąż białogłowę. Jadwigę.

Była niebrzydka, w Radka zastanowieniu nie było tego jednak – Andrzej Radek poprzysiągł nie uczyć już, z biedą jedynie mu się kojarzyły te wieczory upokarzające! Przeczesał płowe włosy dłonią, zamykając oczy, głowa do tyłu mu odleciała.

Kapelusz piórem przybrany, ciemne trzewiki na obcasik wysoki… zamożna ta Jadwiga, pomyślał Radek. Parsknął więc pod nosem, czegoż taki króliczek u niego szukać mógł? Gors i futrzana etola, włosy ułożone niesamodzielnie. Niechaj sobie szuka pana zamożnego, łaciny jeszcze chce!

Łaciny…

***

Jadwiga wiedziała, że męczącą była dziewuchą. Jaka była, taka była. Pozbierała więc kilka lilii spod okna dniem, a popołudniem już ją wróciły wieści, acz Andrzej Radek w parku się przechadza. Poddawać się nie miała zamiaru, maturę zdać musiała!

Znalazła go w stanie podobnym do pierwotnego. Włosy rozczorchane, myca je zakrywała. Oczy miał chłopak widocznie niemrawe – piach i ziemia biegały chodnikiem, jak to im wiatr szeptał, i buty mu oszpecały. Dłonie w kieszeniach, szedł powoli, gryząc zębami źdźbło jakieś drogą wzięte.

Stukot obcasików zwrócił jego zaspaną uwagę na Jadwigę, skrzywił się, tudzież obrócić nie chciał. Przystanął jednakże, wzdychając, jak mu klatka podniosła, opadła ciężko. Przybrała swój uśmiech najszczerszy, włosy dębowe przeczesując na plecy, kapelusik uniosła ręką, by patrzeć na niego jakoś. Była nie niska, wysoka wręcz, na dziewczynę lat siedemnastu, lecz Radek wciąż chylić musiał głowę.

Panie Radku… wasze lekcje naprawdę uratują honor mój, szczery! Proszę was, jeden tydzień lekcji, moście panie. Tydzień, od dziś, do za dni siedem! Wczas kończyć możemy - podała mu lilie bieluśkie zebrane świtem. - Proszę was, całym sercem mej rodziny.

Andrzej przyznać musiał, że serducho mu to rozczuliło, ciepło przybrała twarz i szyja jego, gdy mu białogłowa kwiaty podała! Burknął więc słów kilka, głowę do boku odwrócił. Zgodził się jednak, cóż innego zrobić miał?

Uśmiechu szerszego za życia nie widział!

Quam bene Latinam linguam nosti? Nullam patientiam erga homines imperitos habeo - patrzył na jej twarz zamarzłą w niezrozumieniu, szli przed siebie wolno, wiatr i chłód ich targał. - Fuistine omnino in schola? Ne verbum quidem?

Noli mulieres irridere! Ipse in schola non attendisti, stulte! - odpowiedział mu głos… znany jakoś dziwnie.

Ancymonie..? - zastanowił się Radek, głową machając w tył zwrot. Tylko jeden waćpan tak wołał na niego. - Borowicz!

Marcin Borowicz przechadzał się ze swą Birutą drogą, fiołki trzymała, co jej nocą zebrał. Zęby zaświeciły młodzieńcowi, gdy ujrzał, że Radek bukiecik trzyma, rumieniąc się wciąż. Zaśmiał się wgłos.

Dawno żeśmy się nie ujrzeli - Radek zignorował śmiech, oczy wywróciły mu się z irytacji lekkiej. - Co żeście robili?

Borowicz słów nie zdążył poskładać, a ożywiły się, Biruta Jadwigę poznała! Rozmawiać zaczęły jakoby po raz ostatni, podskakując na podeszwach trzewików lekko. Jadwiga wyższa była o szept od Anny, nie przeszkadzało im to wcale w szczęściu nieposkromionym.

Dwóch się chłopów zatrzymało, łypnęli na siebie jakoby onieśmieleni. Zaśmiali się oboje jednako, cicho, nie przerywając kompanom. Radek głową zaczął kręcić, nie znał się z Jadwigą przecież, a Borowicz już zły obraz w głowie wykreował…

Wszyscy żeśmy drogę znaleźli, tak? Uczysz zaś? Czy młodzienkami się interesujesz? - Radek, mogłeś wcześniej powiedzieć, znałem młodszych za szkoły kilka.

Toż to nie tak! Ja nie znam– - zająkał się, rumieniąc. - A weźże idź do piekła. Ancymonie - dodał.

Czyli uczysz! Łacina… Już żem myślał, że po łacinie gawędzisz w wolnym czasie - Borowicz dłoń na wyższym ramieniu położył. - Zdziwiłoby mnie to, nigdy nostalgii za łaciną nie czułeś.

Drzewa chyliły się nad nimi, kręcąc i witając co się powitali po miesiącach dwóch, ciężkich. Jadwiga cieszyła się ponad chmury i na zapas, nie myślała, że się Radek tak łatwo ugodzi na jej warunek! Dwa razy popchnąć musiała, a z zamkniętych drzwi tu się znalazła. Piwne oczy zeszkliły się, Annę widząc znów, dobrego były stosunku za dzieciaka, a widziały się, cóż to, czasu temu tonę. Kwiaty trzymała prześliczne, uśmiechnęła się więc do niej dobrotliwie, zerkając na Borowicza. Mówiła mu o nim niegdyś, pamiętała – Radek znał się z Borowiczem. A Borowicz…

Co musiał o koledze pomyśleć, widząc go z białogłową, jeszcze lilie trzymał!

Zaczerwieniła się, jakże to było nieprofesjonalne. Nie przeszkadzało jej jednak, jakoby nie trzymana była przecież w klatce, nie siedziała w szpitalnej izbie, przygaszona. Młodziana twarz Anny promieniała, złapała Jadwigę za dłoń i głowę uchyliła, podchodząc do Marcina na powrót.

My już kierować się na nazad musimy - rzekła. - Wdzięczni wam. Fruere te discendo Latinam linguam - pokaleczyła słów kilka. - Oby wam ta nauka szła lepiej aniżeli mi!

Marcin szturchnął łokciem Radka jeszcze w stronę Jadwigi i machnął ręką szeroko, odwracając się i idąc jak ostrzegli. Andrzej poczuł jak pustka wypełnia się na powrót… Dni przypomniały mu się śmiechu i rodziny, tęsknił za tym dniem szkolnym, a zaledwie znikły mu sprzed oczu.

Ruszył przed siebie, zapominając kto kroczy za nim, nim stukot cichy wrócił. Dołączyła do niego jadwiga szybko, westchnął więc, lecz nie była to tego raza irytacja tyle co ulga znana mu wcześniej.

***

Baraniecka niezłą była uczennicą. Pracowita, niegłupia, ambitna – to ważne – zauważył radek. I co świt lilie mu przynosiła, co kłopotało go silnie, acz nie mówił nic, do kubeczka z wodą wkładał jedynie. Szybko wiedzę swoiła, to ucieszyło go i przypomniało dlaczego uczyć zaczął wprzódy.

Narzekać, co prawda, nie mógł. A Jadwiga w nim widziała pasję, widziała w nim silnego ducha – mądrego, starego na swe lata, co wywalczył go se sam. Bo to wiedza jak latanie, mawiał Radek, a Jadwiga mówić już chciała, że ona czuje się jakoby wzlecieć mogła bliżej nieba niż na skrzydłach, gdy to on dobrotliwie tłumaczy jej pojęcia.

Tydzień w dwa się przeobraził. Dwa w trzy, a ta sumka w pełen miesiąc. Wkrótce nie kończyło się na ślęczeniu gdzieś zmęczenie nad kartkami, a spacery, lilie dniem, fiołki nocą on jej zbierał. Bał się przyszłości miesiąc temu zaledwie, a teraz już mu niestraszna się stała, choć wracały nie tęskne wspominajki, gdy tak tą łacinę tłumaczył…

Violae noctu, lilia interdiu.

Średnia ocena: 2.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (9)

  • Lilie, zwłaszcza białe, są powszechnie kojarzone z czystością, niewinnością i odrodzeniem. W literaturze i kulturze symbolizują one często duchową czystość (np. w tradycji chrześcijańskiej związane z Dziewicą Maryją), ale także śmierć i zmartwychwstanie, co wynika z ich cyklicznego kwitnienia. Mogą też oznaczać piękno, wdzięk i elegancję, a w kontekstach funeralnych – nadzieję na nowe życie. W renesansowej literaturze lilie podkreślały biel i czystość rasową lub płciową.

    Fiołki symbolizują przede wszystkim skromność, pokorę i wierność. Ich niski wzrost i pochylone główki kojarzą się z modesty (skromnością), a w wiktoriańskiej mowie kwiatów purpurowe fiołki oznaczały myśli zajęte miłością, podczas gdy białe – niewinność. Często reprezentują lojalność w relacjach, stałość i delikatną miłość, appearing w mitach greckich jako symbol płodności i uczuć. W literaturze, np. u Szekspira, fiołki łączą się ze smutkiem, śmiercią i wiernością.

    W opowiadaniu lilie (przynoszone dniem przez Jadwigę) podkreślają czystość, jasność i otwartość nowej relacji, symbolizując dzień i niewinność. Fiołki (zbierane nocą przez Radka) reprezentują skromność, tajemniczość i wierność, kojarzone z nocą i pokorą. Razem tworzą harmonię przeciwieństw – dzień i noc, czystość i skromność – odzwierciedlając rozwój więzi między bohaterami, wypełniający pustkę po szkolnym życiu. Tytuł po łacinie ("Violae noctu, lilia interdiu") podkreśla ten kontrast jako metaforę rodzącego się uczucia i równowagi.
  • pod tą słodką warstewką symboliki kryje się coś, co śmierdzi hipokryzją i regresem społecznym. "Fiołki nocą, Lilie dniem" to nie jest niewinna fanfikcja na bazie "Syzyfowych Prac" Żeromskiego – to zakamuflowana apologia lenistwa intelektualnego i toksycznych relacji, opakowana w pseudo-romantyczną mgiełkę. Andrzej Radek, ten niby "rezolutny" absolwent, po maturze wpada w depresyjną pustkę, bo nagle nie ma kto go zmuszać do roboty? Proszę cię, to nie nostalgia za szkołą, to klasyczny syndrom pasożyta systemu edukacji, który bez bata nad głową nie potrafi funkcjonować. Zamiast wziąć się w garść i zbudować coś własnego, czeka na zbawienie w postaci Jadwigi – bogatej, uprzywilejowanej panienki, która przychodzi z liliami (symbol czystości? Ha, raczej naiwności i klasowego snobizmu), błagając o lekcje łaciny. A on, zamiast odesłać ją do profesjonalnego nauczyciela, zgadza się, bo co? Bo rumieni się jak nastolatek i nagle pustka się wypełnia? To nie rozwój osobisty, to emocjonalne pasożytnictwo!

    Symbolika lilii i fiołków? Śmiech na sali. Lilie dniem od niej – czystość, jasność, bla bla – to nic innego jak utrwalanie stereotypu kobiety jako delikatnej, biernej dawczyni "światła" mężczyźnie, który jest zagubiony w swojej "nocy". Fiołki nocą od niego? Skromność i wierność? Proszę, to męska dominacja w przebraniu – on zbiera je w ciemności, jak tajny kochanek, co sugeruje, że relacja ewoluuje w coś intymnego, ale z nierównowagą sił: on nauczyciel, ona uczennica, lat 17, z zamożnej rodziny. W dzisiejszych czasach to woła o #MeToo! Gdzie granice etyczne? Opowiadanie bagatelizuje to, pokazując, jak tydzień lekcji przechodzi w miesiące spacerów i kwiecistych gestów, jakby power imbalance nie istniał. Żeromski w oryginale walczył z rusyfikacją i opresją, a tu? Romantyzowanie nauczyciela jako zbawcy, co "wypełnia pustkę" dzięki młodej dziewczynie – to regres do XIX-wiecznych norm, gdzie edukacja służy flirtowi, a nie emancypacji.

    Wniosek? To nie odrodzenie, to pułapka. Radek nie dorasta, tylko ucieka w iluzję, a Jadwiga? Zamiast samodzielnie walczyć o maturę, polega na facecie, który sam ledwo zipie. Kontrowersyjnie: takie historie utrwalają patriarchat, udając progres. Lepiej spalić te lilie i fiołki, niż udawać, że to poezja!
  • To nie rozwój osobisty, to emocjonalne pasożytnictwo!
  • MałgorzataKaz 8 godz. temu
    dzieki?? za komentarz chyba no mocne to bylo nie powiem
  • Asteria 8 godz. temu
    Matko
    przedmówca tak się rozpisał, że nie wiem czy czytać opowiadanie, czy tylko komentarz :P
  • MałgorzataKaz 8 godz. temu
    szczerze moze jestem biased ale opowiadanie i prosze o opinie bo nie za wiele wynioslam z tamtego komentarza...
  • Asteria 2 godz. temu
    Boje się odezwać, bo widzę jakieś osobiste podchody...
  • nieprawda - nie masz racji
  • Ocena 1 jest adekwatna do gniota.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania