fiucie
Więc powiedz mi o co ci chodzi,
fiucie,
coś pierdolisz ale sam nie wiem o czym,
nastały nowe czasy,
nowe są w nich zdarzenia,
co się dzieje u ciebie,
powiedz mi wyjdź stąd,
szedł a to co chciał to nic,
coś co mam to pragnienie tego czego nie miałem,
po co czekać mój świat płonie,
po co przegrywasz znów grę,
przecież lubisz wygrywać,
wszystko to co mam to te pragnienia,
ja ci przyżekam, przysięgam,
że będziesz tylko moja,
a nie innych,
więc nie zwlekaj,
chodź do mnie tu,
i bądźmy już razem,
bo nigdy tak nie czułem,
co czuje,
aż trudno się wyrazić,
powiedz co czujesz gdy światło patrzy,
dobrze wiesz że ściany mają uszy,
nic nie czuje już,
więc przytul mnie na co czekasz,
ona na pewno tu jest,
ona moim śladem idzie,
kocham ją,
jak nigdy nikt,
ona stoi obok,
tuż obok mnie,
kocham ją,
ona szepcze mi do ucha,
kochaj mnie,
kocham cię,
zawinięty w pościel,
śledzę twoje dłonie,
na mym karku twój dotyk,
ja cały płonę,
nie gadam z kimkolwiek,
z kimkolwiek nie stoję,
zabierz swe drobne,
nie chce widzieć cię tu,
mam krótką pamięć,
mogłabyś znać mnie innego,
wynoś się z mego świata,
nie lubię cię nawet,
trochę kocham,
ale to już za nami,
pierwszy dotyk,
pierwszy pocałunek,
teraz nie ma nas,
teraz jesteś tylko ty i ja sam,
nigdzie nie chodzę,
nic nie robię,
nie z tobą się kocham,
nie dla ciebie się stroje,
pozwól mi na kalendarzu zaznaczyć,
chwilę naszego rozstania,
bo już dawwno,
cię nie kocham ani trochę,
jedynie pragnę,
twego ciała,
osz kurcze,
jak by to było,
gdybym miał cię w ramionach,
boli nadgarstek od pisania,
na klawiatiurze,
klawiaturę tylko kocham i swój monitor,
czego potrzebujemy?
Czy skrzydeł?
Czy miejsce swoje mamy,
nie kradnę wersów,
tylko pożyczam,
jak martwe pieniądze,
jak martwy portfel,
się skradasz po cichu po kryjomu,
ja wychodze z domu,
półnagi, ubrudzony krwią twą,
bo cię znowu zabiłem,
ta historia jest przewrotna,
prawie jak żonkile,
jestem tu na chwile,
na jeden moment,
nim zaśniesz,
podetne ci gardło,
byś umierała świadomie,
Udaje że to fanaberie,
hej pani jak ci mija ten poniedziałek?
mi mija jak zwykły wtorek,
na zboczu siedzę jak kocmouch,
blamaż czy sztuka tu się tworzy,
jakiego koloru masz usta, dla mnie to czerń,
pierdolona otchłań,
jak na wiosne lato w zimie,
tak mija mi jesień,
możesz mi wierzyć lub nie ale,
ja zjadłem wszystkie rozumy,
jestem jaki jestem,
jaki jestem do kurwy nędzy,
może powiesz mi ty,
lub ktoś inny ,
jak wstrętu lękam się samotności,
ja nie czekam na nic na nikogo,
co zaboli to wzmocni?
Pierdole twoje nędzne wersy,
moje są jak w głowie migrena,
jak mętlik,
jak pierdolony wypieczony befsztyk,
jak kurze gówno,
a twoje są napisane trudno,
ja nie szukam was,
szukam jej,
na końcu świata cię odnajde,
może po drodze w dziurę wpadnę,
i się zabije znowu,
to nie problem bo ja zawsze zmartwychwstaje,
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania