Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Folder Spam

Głośny i nagły dźwięk, którego się nie spodziewałem oraz towarzyszące mu wibracje wywołane w moim biurku sprawiły, że naraz zostałem wyrwany z mimowolnej drzemki. Momentalnie poderwałem głowę do góry. Pierwszą rzeczą, jaką dojrzałem był ogromny stos dokumentów, który został położony tuż przed moją głową. Skierowałem wzrok wyżej i zobaczyłem kobietę ubraną w czarną marynarkę i nieco zbyt obcisłą spódnicę. Swoje ramiona skrzyżowała na piersi i przeszywała mnie niezadowolonym spojrzeniem.

- To jest spis wszystkich umów z ostatniego miesiąca. Masz przejrzeć, czy się wciąż zgadzają - powiedziała, a neutralny ton jej głosu nie oddawał emocji, które wylewała z siebie swoją mimiką.

Bez dodatkowego słowa moja przełożona odeszła, a jej wysokie obcasy wydawały stukot ledwie słyszalny przez dochodzące zewsząd dźwięki telefonów, drukarek czy ekspresów do kawy. Tego ostatniego przydałoby mi się więcej, skoro pomimo takiego hałasu moje wykończone ciało było w stanie zmusić mnie do snu. Spojrzałem na plik dokumentów, wzdychając ciężko i chwytając do ręki pierwszy z brzegu. Wtedy dojrzałem, że przełożona ponownie zbliża się do mojego biurka.

- Tak przy okazji Cole przesłał ci maila z aktualizacjami regulaminu firmy. Masz się z tym zapoznać.

Po rzuceniu tego zdania ponownie się oddaliła. Miałem nadzieję nie zobaczyć jej przez resztę zmiany. Nie przepadałem za nią, ona za mną z resztą także.

Postanowiłem na początek zajrzeć do maila. Wysokość stosu, który otrzymałem spowodował, że czułem się nieco przytłoczony. Chciałem chociaż przez chwilę zająć się czymś prostszym.

Otworzyłem zatem moją pocztę elektroniczną na głównej stronie. Żadnego maila od Cole'a. Odczekałem parę minut, kilka razy odświeżyłem stronę, ale nadal nic nowego nie widziałem.

- Pewnie ten mail trafił do spamu, jak zwykle - pomyślałem.

Otworzyłem rzeczowy folder i natknąłem się w nim na dwie korespondencje wysłane pół godziny temu. Od razu rzucały się w oczy, nie to co pozostałe znajdujące się tu wiadomości o treściach typu "Twoja paczka nie została dostarczona", albo "Najlepszy sposób na powiększenie członka". Jedna z nich należała oczywiście do Cole'a, jednak moją uwagę przykuła ta druga. Jej tytuł był dziwny, nijak przypominający dowolnego maila, jakiego w życiu dostałem. Był to ciąg dwóch cyfr, bądź litery i cyfry oddzielane myślnikami. Wyglądało to jak system zapisu szesnastkowego. Poczułem mieszane uczucia, takie jak niepewność i ciekawość, potem dołączył niepokój. Zapewne była to kolejna nic nie warta zawirusowana wiadomość, ale postanowiłem ją otworzyć jako pierwszą. Mail nie zawierał żadnej treści poza jednym załącznikiem. Plikiem o rozszerzeniu avi, którego nazwa również została zapisana szesnastkowo. Teraz już byłem pewny, że to wirus, dlatego powróciłem do folderu i odczytałem wiadomość od Cole'a.

Kilka godzin później wróciłem do swojego wynajętego domu. Oczywiście godzina prawie dziewiętnasta, a już było czarno. Nie ma to jak późna jesień. Po ogarnięciu się i zjedzeniu kolacji chciałem od razu pójść się położyć, ale wtedy przypomniałem sobie o enigmatycznym mailu, którego otrzymałem. Z jakiegoś powodu miałem wrażenie, że to nie był zwykły wirus. Być może rozszyfrowanie tych kodów pozwoliłoby mi na odkrycie czegoś więcej na ten temat. Im dłużej nad tym rozmyślałem, tym bardziej nie dawało mi to spokoju. Czułem się wykończony i potrzebowałem snu, ale miałem wrażenie, że nie zdołam odpłynąć mając powiązane z tym myśli w głowie. Niestety miałem tak od dziecka. Zawsze musiałem zaspokoić swoją ciekawość, nawet jeśli mogło się z tym wiązać niebezpieczeństwo, co często kończyło się karceniem ze strony rodziców. Dlatego zamiast udać się do łóżka, tak jak zrobiłby to szanujący swoje zdrowie człowiek usiadłem przed komputerem i go uruchomiłem.

Odpaliłem następnie wirtualną maszynę, mając nadzieję, że ochroni mnie przed wszelkimi trojanami. Ten dziwaczny mail przyszedł na mój roboczy adres, ale postanowiłem sprawdzić, czy znajduje się również na moim prywatnym. Muszę przyznać, że dość mnie to zaniepokoiło, kiedy go tam zobaczyłem. Postanowiłem w pierwszej kolejności zająć się tytułem wiadomości oraz załączonego pliku. Wrzuciłem oba kody do odpowiedniego tłumacza. Najpierw rozszyfrowałem nazwę maila, "2D.35-57-22". Interpunkcja zwykle nie występuje w tego typu zapisach, więc na razie ją pominąłem. Tłumaczenie tego na tekst nie dawało rezultatów mających jakikolwiek sens, dlatego spróbowałem ze zwykłymi liczbami. Powstał z tego pewien ciąg liczb, który na pierwszy rzut oka również niczym się nie odznaczał, jednak wciąż dziwiły mnie te myślniki oraz kropka, które znajdowała się w kodzie. Gdybym uznał myślniki za połączenie liczb, a kropkę wstawił w odpowiednim miejscu w ciągu, wtedy otrzymałbym "45.538734".

Współrzędne. Pierwsze co mi przyszło do głowy. Mój niepokój zaczynał rosnąć wprost proporcjonalnie do ciekawości. Nadszedł czas na nazwę załącznika. "-5D.48-57-2F". Zapewne ten ciąg będzie zaczynał się od myślnika, tym bardziej byłem już pewny, że są to współrzędne. "-93.728747" było końcowym rezultatem. Zatem pospiesznie otworzyłem mapy i wpisałem do wyszukiwarki liczby, które otrzymałem. Wysłało mnie do pewnego punktu w Stanie Minnesota, jakieś piętnaście kilometrów od miasta Princeton. Miasta, w którym mieszkałem. Wtedy stwierdziłem, że już chyba koniec na dzisiaj z bawieniem się w detektywa. Wszystkie instynkty nakazywały mi, aby to zignorować, uznać to po prostu za jakiś kolejny głupi scam. Tak więc też postanowiłem, chociaż wciąż część mnie była niezmiernie ciekawa tego, co znajdowało się na załączonym pliku. Westchnąłem jedynie i pokręciłem głową, zastanawiając się, dlaczego w ogóle poświęciłem czas dla tego bezwartościowego spamu.

 

Kolejny dzień w robocie, kolejna ta sama rutyna. Wciąż jeszcze przez długie minuty nie mogłem zasnąć zeszłej nocy, oczywiście w głowie kotłowały mi się myśli związane z tym durnym mailem. Przez to musiałem sobie zrobić trochę więcej kawy, niż zazwyczaj. Miałem tylko nadzieję, że znowu nie zasnę wbrew woli. Byłem przekonany, że gdyby moja przełożona drugi raz mnie na tym przyłapała, to mógłbym już brać moją teczkę i się stąd wynosić.

W trakcie pracy otrzymałem wiadomość na maila odnośnie nowej umowy z jakąś mało istotną firmą, jak gdyby nasza nie była równie mało ważna. Kiedy czytałem jej zawartość kątem oka coś zauważyłem. Spojrzałem na okno folderu spam oraz widoczną obok liczbę pokazującą ilość wiadomości w środku. O jedna więcej, niż wczoraj. Wziąłem głęboki oddech i otworzyłem go w drugiej karcie, aby upewnić się, że wszystko było tam w porządku. Nie było.

Kolejny tego typu mail. Kod zapisany szesnastkowo w tytule, kropka w środku, oddzielane myślnikami. Otworzyłem go i wszystko wyglądało tak, jak w poprzednim. Jeden załącznik o rozszerzeniu avi, jako nazwa zakodowany drugi człon współrzędnych. Godzina wysłania wiadomości była dokładnie taka sama, jak tej poprzedniej, pierwsza po południu. Adres nadawcy również się zgadzał, do tego wyglądał bardzo nijako, jak przeciętnego użytkownika. Tym razem nie mogłem tego tak łatwo zignorować i pomyślałem, że chyba powinienem chociaż zobaczyć, co znajduje się na tych plikach. Przez resztę zmiany byłem całkiem zestresowany, co o dziwo zadziałało korzystnie na moją wydajność. Chyba myślałem, że intensywniejsze działanie przyspieszy czas.

Po powrocie do domu ledwo zdążyłem się przebrać i przygotować sobie jedzenie, a już siedziałem z talerzem przy komputerze. Ponownie włączyłem wirtualną maszynę i pobrałem oba pliki. Zanim to jednak zrobiłem poczta ostrzegła mnie przed zawartością wirusów. No co ona nie powie.

Otworzyłem pierwszy plik, jaki otrzymałem i wyświetlił się krótki filmik, co było spodziewane przy tym rozszerzeniu. Filmik trwał kilkanaście sekund i przedstawiał kogoś idącego przez las, w środku nocy. Bardzo clichowe, ale tyle wystarczyło, abym już poczuł lęk. Nagranie zostało wykonane zapewne z użyciem telefonu, również nim kamerzysta oświetlał sobie teren dookoła. Nie odzywał się ani słowem, nie wydawał z siebie żadnego innego dźwięku, choćby sapania zatem ciężko było nawet stwierdzić, czy jest to kobieta, czy mężczyzna. W każdym razie miałem wrażenie, że telefon znajdował się dość wysoko, zatem nagrywający musiał być całkiem rosły. Jedyne odgłosy, które dało się usłyszeć to cichy szelest trawy pod ich stopami i od czasu do czasu trzask nadepniętej gałązki. Filmik zakończył się tak jak zaczął, wędrówką przez las. Musiałem przyznać, że już dawno serce mi tak nie waliło, ale musiał się w miarę możliwości uspokoić, ponieważ zostało mi jeszcze trochę seansu na dziś.

Drugi filmik również był kręcony w nocy, również w lesie, ale wyglądało na to, że nagrywający zaszedł nieco dalej, tutaj drzewa dookoła się przerzedzały, zatem prawdopodobnie wkrótce go opuści. W połowie filmu kamera została skierowana w dół, ujawniając nieco wyglądu tej osoby. Jej sylwetka była barczysta, zatem w ciemno założyłem, że był to mężczyzna. Miał na sobie ciemne, niczym nie wyróżniające się ubranie. Może z wyjątkiem tego, że swego rodzaju płaszcz, który nosił był obdarty i pewnie stary. Ten tajemniczy ktoś trzymał w dłoni duży worek z beżowego materiału, na tyle duży, że koleś ciągnął go po ziemi. Ten film zakończył się w momencie, kiedy kamerzysta wychodzi z lasu i wkracza na polanę. Niedaleko można było dojrzeć drogę, a w tle światła pobliskiego miasta. Byłem coraz bardziej zaniepokojony, jednak miałem nadzieję, że chodzi tu o jakąś inną mieścinę. Wtedy przypomniałem sobie o sprawdzeniu współrzędnych z drugiej wiadomości. Końcowy rezultat zaznaczył mi punkt w pobliżu ostatniego, mniej więcej o połowę bliżej do Princeton.

- Co jest do cholery... - pomyślałem, po czym oparłem się mocniej o krzesło.

Miałem w głowie mętlik najróżniejszych myśli. Czułem w klatce piersiowej silny ucisk stresu, kiedy zdawałem sobie sprawę, że ten ktoś zbliża się do mojego miasta, a skoro te maile były rozsyłane do mnie, to nie miałem innych opcji, jak sądzić... Nie, to nie jest jeszcze czas na takie przypuszczenia. Zamknąłem oczy i oddychałem głęboko, próbując się uspokoić. O co może z tym wszystkim chodzić? Na razie nie miałem pojęcia, co właściwie powinienem o tym myśleć. Pewne było jednak, że ktoś zmierza do tego miasta i nie wygląda na to, że ma pozytywne zamiary. Jeszcze kwestia tego worka. Można było powiedzieć, że coś się w nim znajdowało. Czy miało to być jakieś narzędzie zbrodni?

Wstałem ciężko od komputera, po czym go wyłączyłem, zanim jednak to zrobiłem przywróciłem stan wirtualnej maszyny z wczoraj, tak na wszelki wypadek. Musiałem już teraz iść do łóżka, jeśli nie chciałem być kompletnie zdechły w pracy, ale miałem wrażenie, że w ogóle nie zasnę wiedząc, co znajdowało się na nagraniach. Postanowiłem sprawdzić, czy wszystkie okna i drzwi są szczelnie zamknięte. Poza tym wziąłem ze sobą nóż z kuchni i ukryłem go pod poduszką. Może i trochę przesadziłem z reakcją, ale przezorny zawsze ubezpieczony. Miałem nadzieję, że sobie tym nie zaszkodzę.

 

W jakiś sposób udało mi się zasnąć. Po obudzeniu się wszystko w domu wydawało się być na swoim miejscu. Z jedynie delikatnie lżejszym sercem pojechałem do pracy. Podczas parzenia sobie kawy mój umysł ponownie skupił się na tych przeklętych mailach. Na tyle mocno, że nawet nie usłyszałem zbliżających się kroków, ani nie wiedziałem, że ktoś wyciąga do mnie rękę. Dopiero kiedy poczułem dotyk na moim ramieniu niemal podskoczyłem, a włosy na karku mi się zjeżyły.

- Hej, spokojnie Louis. To tylko ja! - odwróciłem się i zobaczyłem wiecznie uśmiechniętą twarz Cole'a, asystenta szefa. - Chyba nie usłyszałeś, jak cię wołałem, więc pomyślałem, żeby cię zaczepić.

- Ta, chyba... - odparłem nieco chwiejnie - O co chodzi?

- Chciałem cię tylko poinformować o zebraniu, które będzie po trzeciej. Nie spóźnij się - kiedy myślałem, że Cole już sobie pójdzie ponownie mnie zaskoczył, gdy odezwał się jeszcze raz. - A mam jeszcze takie pytanie nie dotyczące pracy.

- No, co jest?

- Widziałem cię wczoraj przelotnie, ale wydawałeś się być jakiś strasznie spięty, dzisiaj tak samo. Wszystko u ciebie w porządku?

- Tak, po prostu ostatnio mam mało okazji do wyspania się. Tylko tyle - pozwoliłem sobie na lekki śmiech, żeby zabrzmieć bardziej wiarygodnie.

- No dobra, w razie czego, jakby chodziło o przesadzone warunki w pracy to wiesz, od razu wal do mnie. Po znajomości mogę ci co nieco załatwić - moja pozytywna postawa chyba zadziałała.

Kiedy Cole odwrócił się z zamiarem odejścia nagle pojawiła się w moim umyśle spontaniczna myśl. Teraz to ja postanowiłem zapytać go o coś, w miarę możliwości tak, by nie zabrzmieć dziwnie.

- Słuchaj, zaglądałeś ostatnio na spam?

- A tak, pewnie moja wiadomość została wszystkim powysyłana na spam. Gadałem już na ten temat z Chrisem z działu IT, to może coś na ten temat zaradzi. Teraz wchodzę na niego codziennie, żeby się upewnić, czy nie dostałem tam jakiegoś maila.

- Mam nadzieję, że wkrótce zostanie to naprawione. Dość irytuje.

Po pożegnaniu się z Cole'em byłem pewny co do jednego. Te dziwne maile nie były rozsyłane masowo po firmie, co utrzymywało mnie w przekonaniu, że tylko ja je otrzymałem. Mogłem wierzyć Cole'owi na słowo, był stosunkowo szczerym człowiekiem, nie to co ja podczas naszej rozmowy, zatem gdyby coś takiego otrzymał to pewnie wspomniałby o tym choćby słowem.

Nawet mnie to nie zdziwiło, kiedy równo o pierwszej otrzymałem trzecią część tej pokręconej serii. Trzeba przyznać, ten dziwak jest bardziej punktualny, niż wiele osób, które znam.

Moja rutyna po powrocie do domu została wzbogacona dzięki tym wiadomościom, chociaż nie powinienem się z tego powodu cieszyć. Chciałem, żeby w końcu w moim życiu zdarzyło się coś nowego, ale na pewno nic takiego.

Po przygotowaniu sobie jedzenia tak jak wczoraj usiadłem przed komputerem. Uprzedzony zawartością dwóch poprzednich filmików mogłem jedynie spodziewać się gorszego po dzisiejszym mailu. Otworzyłem go standardowo przy użyciu maszyny i tym razem pamiętałem od razu o rozszyfrowaniu kodów. Nowe współrzędne zaznaczyły mi punkt tam, gdzie się obawiałem. Na terenie Princeton, konkretnie na ulicy Smith System. Wciąż stosunkowo daleko od mojego domu, jednak nie zmienia to faktu, że ten dziwak już tu jest. Moja dłoń drżała i pociła myszkę, więc musiałem ją co chwilę wycierać. Dzisiejsze nagranie zostało wykonane oczywiście z zaznaczonej ulicy. Nagrywający chodził wzdłuż pustej i oświetlonej jedynie latarniami drogi, mijając nieliczne w tamtym miejscu budynki. Zdziwiło mnie jednak to, że ten ktoś szedł w kierunku przeciwnym, do mojego miejsca zamieszkania. Przez to poczułem nieznaczną ulgę, ale wciąż wiedziałem, że wypadałoby tą sprawę już zgłosić na policję. Kiedy oglądałem ten filmik przez cały czas miałem wrażenie, że coś jest nie tak z nagrywającym. Tak jakby telefon znajdował się nieco niżej, a do tego lekki i głośny stukot obcasów po jezdni jakoś nie pasował mi do tego mięśniaka, jakiego widziałem w poprzednim nagraniu. Jakby czytając mi w myślach nagrywający skierował kamerę w dół, ukazując swoją sylwetkę. Normalnie ucieszyłbym się na widok lekko odsłoniętego kobiecego biustu, gdyby nie kontekst całej tej chorej sytuacji. Była ubrana w ciemne barwy, podobnie jak jej potencjalny wspólnik, a w dłoni, która nie trzymała komórki widać było kolejny worek, zapewne z tego samego materiału, co u faceta, tylko że jej był ciemniejszy i wyraźnie pusty.

Zacząłem sobie z tego powodu snuć w głowie bardzo czarne scenariusze, a towarzyszył temu szybki łomot mojego serca i ucisk stresu, który był prawie nie do zniesienia. Co, jeżeli w worku faceta znajdowała się na przykład siekiera, a tobołek kobiety miał służyć do tego, żeby... cóż... wyzbierać to co zostanie.

Stwierdziłem, że tego już za wiele. Nie powinienem oczekiwać ani chwili dłużej i po prostu zgłosić to na policję. Sięgnąłem do kieszeni aby wyjąć telefon, przy okazji dwa razy w nią nie trafiając ze względu na to, jak bardzo drżały mi dłonie. Zamarłem, kiedy poczułem, że kieszeń jest pusta. Zawsze trzymam w niej komórkę. Wstałem z krzesła i zacząłem gorączkowo rozglądać się po pokoju, przeszukałem kuchnię, łazienkę, korytarz. Nigdzie go nie mogłem znaleźć. Z powodu stresu i niedorzecznemu zbiegu okoliczności chciało mi się wręcz śmiać. Czułem się tak, jakby los drwił sobie ze mnie. Wtedy przypomniałem sobie gdzie mogłem go zostawić. W pracy schowałem go do szuflady mojego biurka, kiedy przełożona przechodziła obok, żeby czasem nie zauważyła jak z niego korzystam. Faktycznie nie pamiętałem, czy go stamtąd wyciągałem, zatem wciąż mógł się tam znajdować. Jeszcze dla pewności przeszukałem resztę domu, przeczesałem każdą szafkę, choć nie widziałem w tym większego sensu. Będąc w mieszkaniu zazwyczaj telefon zostawiam gdzieś na widoku, lub po prostu mam go przy sobie. Poszukiwania komórki zabrały mi dość dużo czasu. Było już stosunkowo późno, a ja nie chciałem nachodzić moich sąsiadów po nocach, o ile mogłem ich sąsiadami nazwać. Inny najbliższy dom znajdował się jakieś dwieście metrów od mojego.

Postanowiłem tej nocy nie spać. Poza tym i tak pewnie nie dałbym rady z powodu natłoku stresu i adrenaliny, którymi przesiąknięte było moje ciało. Upewniłem się raz jeszcze, że wszystkie punkty wejścia do domu są szczelnie zamknięte, po czym zgasiłem wszystkie światła i usiadłem na łóżku. Miałem przy sobie w razie czego latarkę i nóż. Miałem szczerą nadzieję, że jednak nie będzie mi dane skorzystać z tych przedmiotów.

 

Okazało się dokładnie to, co sądziłem. Odnalazłem telefon na wierzchu mojej szuflady, zwykle zagraconej jakimiś notatkami, czy potrzebnymi na później dokumentami. Wziąłem go i niecierpliwie oczekiwałem, aż nadejdzie przerwa, żebym mógł zadzwonić na gliny. Od wczorajszego wieczora aż do tej pory drżały mi ręce, dlatego musiałem po drodze do domu kupić sobie jakieś środki uspokajające, chyba bez nich nie wyrobię.

W połowie zmiany wyszedłem na przerwę. Trwała pół godziny, zatem miałem wystarczająco dużo czasu. Poszedłem na wszelki wypadek do toalety, nie chciałem, żeby ktoś postronny usłyszał o czym będę mówił. Wybrałem odpowiedni numer i połączyło mnie z najbliższym posterunkiem. Spróbowałem z grubsza wyjaśnić mężczyźnie obsługującemu telefon sytuację, w jakiej się znalazłem.

- Od trzech dni dostawałem wiadomości na maila z zaszyfrowanymi współrzędnymi, które coraz bardziej zbliżały się do Princeton, w którym mieszkam. Były do nich również dołączone filmiki przedstawiające jakiś ludzi w ciemnych ubraniach, którzy chodzili po okolicy wyznaczonych punktów. Wydaje mi się, że mogą chcieć mi coś zrobić.

- Dobrze, ma Pan wciąż zachowane te wiadomości? Wie Pan coś więcej na temat wyglądu tych osób? Może ma Pan podejrzenia kim mogą być?

- Tak, jeszcze ich nie usuwałem, a co do tych ludzi, to nie wiem nic więcej, poza tym że są to jak na razie mężczyzna i kobieta. Ubierali się w ciemne kolory, mężczyzna miał obdarty płaszcz i każdy z nich miał worek sięgający ziemi, ale nic więcej z tych nagrań nie wyłapałem. Żaden z nich nie pokazał swojej twarzy. No i również nie mam pojęcia, kim mogą być. Nigdy jakoś specjalnie nikomu nie szkodziłem, nie miałem w życiu żadnych wrogów.

- W porządku, zatem będę potrzebował jeszcze od Pana kilku informacji.

Po przekazaniu policjantowi moich danych, takich jak imię, nazwisko, czy adres ten powiedział mi, żeby przekazać te wiadomości wraz z adresem nadawcy na podanego przez niego maila oraz, że wyślą jeden patrol, który będzie pilnował okolicy. Nie, żebym narzekał, ale czułem, że jakoś niespecjalnie będą się do tej sprawy fatygować. Tak czy siak było to więcej, niż oczekiwałem od policji w tym kraju ze spieprzonym systemem, więc poczułem niemałą ulgę. Moje serce zrobiło się dużo lżejsze, a mięśnie się rozluźniły. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, jak bardzo oraz jak długo miałem je napięte. Coś czuję, że skończy się na zakwasach. Z lekko już jedynie drgającymi dłońmi wyszedłem z toalety i piłem kawę przez resztę przerwy.

Wracając z roboty wstąpiłem do apteki, jak już wcześniej wspominałem. Myślałem, że dostanę jakiś porządny środek uspokajający, ale ekspedientka wcisnęła mi jedynie jakieś ziołowe gówno. Jakbym chciał coś takiego zażyć, to bym zrobił sobie skręta, ale i tak nie miałem z czego. Pomyślałem, że w ten sposób wyszło mi dużo szybciej, taniej i również trochę legalniej. Na razie nie czułem potrzeby zażywania tych tabletek, dlatego bez większych dygresji wróciłem do domu. Zatrzymałem się przed garażem i zwróciłem głowę w kierunku drzwi wejściowych. Coś dużego leżało na wycieraczce. Postanowiłem jeszcze nie wjeżdżać do środka. Wyłączyłem silnik, wysiadłem z samochodu i podszedłem do tego czegoś. Kiedy już byłem w stanie to zidentyfikować zrobiło mi się tak słabo, że musiałem oprzeć się o framugę drzwi, żeby się nie przewrócić. Momentalnie pociemniało mi przed oczami oraz poczułem odruch wymiotny.

Był to duży, szary kot, zapewne przybłęda z okolic. Leżał na boku ze skręconym karkiem, a do jego brzucha była przyczepiona jakaś kartka. Z ciężkim i nierównym oddechem chwyciłem jakiś patyk, który leżał obok i obróciłem zwierzaka, żeby przyjrzeć się zawartości kartki. W pewien sposób spodziewałem się tego, co tam znajdę. Kolejne dwa kody, kolejne współrzędne. Pod nimi zaś zapisany jakiś link.

- Ja pierdolę... - powiedziałem cicho do siebie.

Poczułem, jak zaczęła we mnie rosnąć panika. Rozejrzałem się niespokojnie dookoła, lecz w zasięgu wzroku nikogo nie widziałem. Bałem się tego, co zastam w środku domu. Obróciłem klamkę, ale drzwi wciąż były zamknięte. Lekko przesunąłem kota butem i je otworzyłem. Szybki przegląd po mieszkaniu zakończył się stwierdzeniem, że nic nie zostało skradzione, ani zdemolowane, lecz nie mogłem tu zostać. Ta dwójka wiedziała, gdzie mieszkam. Byłem pewny, że jeśli tu zostanę, to w nocy po mnie przyjdą. W pośpiechu zatem chwyciłem walizkę i spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy. Kilka ubrań, szczoteczka, pasta, pieniądze. Niestety, ale ktoś tak biedny jak ja musi stawiać pieniądze na równi z życiem. Chciałem wziąć ze sobą komputer, ale stwierdziłem, że odłączanie go i przenoszenie do samochodu, wraz z resztą urządzeń peryferyjnych zajęło by za dużo czasu, a ja nie miałem zamiaru zostać tu ani sekundy dłużej. Wyszedłem i spojrzałem jeszcze raz na kota. Nie powinien tu tak po prostu leżeć, a nie miałem pojęcia, co z nim zrobić. Popędziłem jedynie jeszcze raz do domu, założyłem rękawiczki lateksowe i wyniosłem go do przylegającego do mojego podwórka lasu. Chujowy pogrzeb i czułem wyrzuty sumienia, ale w tej chwili to ja musiałem ratować swoje życie. Pobiegłem z powrotem do auta i niemal z piskiem opon opuściłem teren mojego domu, jadąc w kierunku motelu w odległej części miasta, przy szosie 95. Nie byłem wierzący, ale w tej sytuacji byłbym nawet skłonny modlić się do czegokolwiek, żeby nikt mnie w tym momencie nie obserwował i nie wiedział, dokąd się udałem.

Kiedy dojeżdżałem na miejsce czułem się jak na szpilkach. Co chwilę zaglądałem do lusterek, ale praktycznie żaden samochód za mną nie jechał. Zatrzymałem się na parkingu, zostawiając auto w możliwie jak najmniej widocznym miejscu, po czym wszedłem do środka budynku. Zapytałem znajdującej się tam młodej recepcjonistki o znudzonym wyrazie twarzy, czy są wolne pokoje. Potwierdziła, a po dopowiedzeniu, że zostaję na pięć dni od niechcenia odparła mi, ile mam zapłacić. Wyszło dość drogo, a pokój, który otrzymałem nie był najwyższych lotów, lecz mimo wszystko tutaj czułem się bezpieczniejszy. Położyłem walizkę na podłodze i opadłem ciężko na łóżko. Wziąłem dwie tabletki z apteki, mając nadzieję, że chociaż trochę pomogą mi ochłonąć. Postanowiłem przez pewien czas się nie wychylać, jutro był piątek, a biuro nie pracuje w weekendy, więc zadzwoniłem do Cole'a, prosząc go o dzień chorobowego, gdyż dostałem gorączki. Od jakiegoś czasu nie brałem dni wolnych, zatem chociaż z tym nie było większego problemu.

Sądziłem, że już do końca dnia nic posranego się nie wydarzy. Kiedy brałem prysznic zdawało mi się, że usłyszałem, jak mój telefon zawibrował. Okazało się, że nie było to przesłyszenie. Otrzymałem SMS od nieznanego numeru - "To już jutro, Louis <3". Czyli jednak potrafią używać ludzkiego języka. Nie, żeby mnie to zadowoliło.

 

Cały następny dzień spędziłem w motelu, faszerując się dość często uspokajaczami. Nie obchodziło mnie już co ci goście zrobią w moim domu. Miałem po prostu nadzieję, że zajdą właśnie do niego, że nie mają pojęcia o moim pobyciu w tym motelu. Mimo wszystko czułem się bezpieczniejszy z tym samym nożem, który miałem przy sobie w ciągu ostatnich nocy. Przez cały dzień ani na moment się z nim nie rozstałem. Godziny zlatywały mi na zajadaniu się losowo zabranymi z lodówki mojego domu przekąskami i przeglądaniu internetu w celu sprawdzenia, czy ktokolwiek jeszcze natknął się na ten sam problem. Pomyślałem sobie, że może trzeba było to sprawdzić wcześniej, no ale cóż.

Po paru godzinach o dziwo udało mi się coś znaleźć, na pewnym obskurnym forum. Znajdował się tam wątek, w którym jeden z użytkowników opisywał praktycznie to samo, co przydarzyło się mi. Wiadomości, które dostał na spamie. Szesnastkowe kody w tytułach, filmiki w załącznikach. Opis nagrań również się zgadzał, dwójka ludzi, która coraz bardziej zbliżała się do jego domu w mieście Eugene, w Stanie Oregon. Dyskusja z innymi internautami na ten temat doszła do wniosku, że może to być jakaś sekta poszukująca w ten osobliwy sposób nowych rekrutów, bądź ofiary. Autor wątku nie był co do tego pewny. Tego samego dnia, w którym otrzymał równie nieprzyjemną niespodziankę pod swoim domem, co ja poleciał samolotem gdzieś do Europy i więcej o nich nie słyszał. Może ja też powinienem był tak zrobić. Tylko gdzie mógłbym tam zostać?

Byłem tak skupiony, na odnalezieniu informacji na ten temat, że nie zauważyłem, kiedy zaczął robić się wieczór. Spojrzałem za okno i ujrzałem szarowate chmury, przez które przebijało się pomarańczowo-różowe niebo. W tym samym czasie usłyszałem, jak ktoś zaczyna chodzić po dolnym piętrze, ściany w tym miejscu dobrze przewodziły dźwięk. Pomyślałem, że to mogła być recepcjonistka, ktoś inny z obsługi, albo kolejny gość motelu. Problem jednak polegał na tym, że pomiędzy odgłosami kroków tej osoby była zbyt długa przerwa, tak jakby ten ktoś się zakradał. Jakby czegoś szukał.

Jakby kogoś szukał.

Momentalnie serce zaczęło mi ponownie szaleńczo łomotać. Pokręciłem głową, twierdząc, że nie mogę stawać się aż takim paranoikiem, bo wtedy zacznę obawiać się dosłownie wszystkiego. Lecz wtedy ta osoba zaczęła równie powoli wchodzić na wyższe piętro, te na którym miałem swój pokój. Zatrzymała się na chwilę, przez co zapanowała przytłaczająca wręcz cisza. Jedyne, co byłem w stanie usłyszeć to mój własny oddech. Dźwięk, który rozległ się po chwili był niczym szpila wbita w pierś.

- Louis... Gdzie jesteś...?

Kobiecy głos, na pewno nie należący do recepcjonistki. Był przeciągły i strasznie przesłodzony, mogłem sobie tylko wyobrażać stan psychiczny osoby, do której należał. Zaraz po nim rozległ się odgłos kroków, znacząco jednak różnił się od tych należących do kobiety. Te były głośniejsze, cięższe, a do tego ich właściciel tym razem sapał.

Oni tu są. Ja pier-kurwa-dolę. Naraz spanikowałem i pobiegłem do dużej szafy znajdującej się w moim pokoju, oczywiście na tyle szybko, na ile pozwalało mi zachowanie ciszy. Prędko się w niej zamknąłem i silnie drżącymi dłońmi spojrzałem na ekran telefonu. Zacząłem oddychać tak szybko, że bałem się, iż dostanę hiperwentylacji. Tylko tego mi teraz brakowało. Kiedy ta dwójka zaczęła chodzić po korytarzu ja już przystawiłem telefon do ucha, pamiętając o zmniejszeniu głośności.

- 911. Jaki jest twój nagły wypadek?

- Jestem w motelu Rum River w Princeton, obok szosy 95. Tutaj jest dwójka ludzi, którzy chcą mnie zabić, wciągnąć w coś, nie wiem. Błagam, przyślijcie tu kogoś.

Miałem nadzieję, że mój szybko wypowiedziany szept sprawi, że kobieta po drugiej stronie linii od razu zrozumie powagę sytuacji. Wyglądało na to, że tak się stało.

- Oczywiście, wysyłam już do Pana odpowiednie służby. Proszę się nie rozłączać.

- Proszę, kurwa, żeby przyjechały jak najszybciej. Oni tu zaraz będą.

- Rozumiem. Proszę, żeby spróbował się Pan uspokoić. Policja już zaraz się zjawi.

Taką miałem nadzieję. Wiadomo, jak to różnie bywa w Stanach. Tylko, że tym razem na szali było moje życie. Wziąłem głęboki oddech i na polecenie operatorki podałem moje dane osobowe. Nagle serce mi zamarło, kiedy usłyszałem cholernie głośny dźwięk wyważanych drzwi. Nie moich co prawda, ale teraz już wiedziałem, że to tylko kwestia czasu, aż ta dwójka mnie odnajdzie. I wyglądało na to, że zrobią wszystko, by im się udało. Kuźwa, ze wszystkich ludzi, dlaczego akurat ja? Co ja takiego zrobiłem, że zwróciłem na siebie uwagę kogoś takiego? Próbowałem sięgnąć pamięcią wstecz, jednak nie przychodziło mi do głowy nic, co mogłoby zainteresować taką sektę. Czułem, jak do oczu napływają mi łzy. Jeszcze nigdy w życiu się tak mocno nie bałem.

Dwójka dziwaków przeszukała jeden z pokoi i chyba niczego nie znalazła, zatem wyważyła drzwi do kolejnego. Do trzeciego. Czwartego. Czy naprawdę byłem jedyną osobą, która przebywała w tym czasie w motelu? Miałem szczęście, że mój pokój znajdował się na samym końcu korytarza. Jeśli tej dwójce nadal będzie chciało przeszukiwać się je po kolei to dostanę najwięcej czasu.

A tego zaczynało już brakować. Członkowie sekty byli już coraz bliżej. Od mojego pokoju dzieliły ich jedynie dwa, może trzy inne.

- Gdzie ta policja? Oni zaraz tu będą.

- Oddział policji już dojeżdża do motelu, będą na miejscu za minutę, góra dwie. Wszystko będzie w porządku, proszę Pana.

Chciałem w to wierzyć. To dopiero był intensywny wyścig. Zaraz po odezwaniu się do operatorki usłyszałem szybko zbliżające się syreny. Światełko nadziei na końcu tego mrocznego, koszmarnego tunelu.

Syreny zmotywowały dwójkę do szybszego działania. Słyszałem wyraźnie, jak przetrząsają pokoje i zmierzają do następnych. Drugie wywarzone drzwi. Trzecie.

Wtedy drzwi do mojego pokoju zostały otwarte siłą. Dało się w nim usłyszeć kroki dwóch osób, jedne ciężkie, inne lżejsze. Słyszałem głośne sapanie mężczyzny, zapewne już zmęczonego i zdenerwowanego ciągłym przeszukiwaniem pokoi.

Zaraz po tym usłyszałem kolejne kroki. Kilku osób. Biegły na górę.

Momentalnie usłyszałem jak wielu ludzi dopada do drzwi mojego pokoju, a towarzyszyły temu głośne krzyki nakazujące rzucić broń i założyć ręce za głowę. Pierwszy raz czułem tak ogromną ulgę. Wyglądało na to, że zostałem uratowany, jednak postanowiłem jeszcze nie wychodzić z szafy. Przynajmniej do momentu, w którym usłyszałem odgłosy zamykanych kajdanek oraz kilkoro ludzi opuszczających pomieszczenie. Zaraz po tym rozległ się męski głos.

- Panie Louisie Johnson! Jest Pan tu?!

Powoli uchyliłem drzwi szafy, po czym otworzyłem je szerzej, gdy ujrzałem policyjny mundur. Całe moje ciało się trzęsło, a dłoń miałem na wszelki wypadek zaciśniętą na rączce noża. Gliniarz, który mnie zawołał spojrzał na mnie, rozszerzając nieco oczy.

- Spokojnie, jest Pan już bezpieczny. Dwójka oprawców została odprowadzona do radiowozów. Czy odłoży Pan ten nóż?

Z trudem skinąłem głową i położyłem go na podłodze. Jednocześnie operatorka numeru alarmowego odezwała się po raz ostatni.

- Z tego co słyszę, oddział policji już dotarł na miejsce. W takim razie się rozłączam.

Schowałem telefon z powrotem do kieszeni. Otarłem łzy z oczu i pot z czoła. Nie byłem w stanie czuć teraz niczego innego, jak radość. To było wyjątkowe, jakbym obudził się z przerażającego koszmaru i uświadomił sobie, że jestem z powrotem w moim ciepłym, bezpiecznym łóżku.

- Dziękuję. Naprawdę dziękuję...

Wyszedłem na zewnątrz wraz z policjantem, który za mną nawoływał. Zobaczyłem stojące pod budynkiem dwa radiowozy z włączonymi światłami, lecz bez syreny. Zaniepokoiłem się ponownie, kiedy w tylnej szybie jednego z pojazdów zobaczyłem kobiecą sylwetkę. Na jej głowę nasunięty był kaptur. Wtedy powoli obróciła się w moim kierunku, jednak nie na tyle, abym dojrzał jej twarz. Spoglądała na mnie spode łba przez chwilę, po czym nachyliła się do przodu i wygięła swoje ramiona do tyłu. Ukazała w ten sposób swoje dłonie skute za plecami. Przyłożyła jedną z nich do szyby. Widniał na niej napis "Nie zostaniemy przyjaciółmi? :(".

 

Potrzebowałem jakiejś przerwy, od tego co zaszło. Nazajutrz, w sobotę wypisałem się z motelu, co prawda pieniądze zostały już wzięte za wszystkie pięć dni, ale pieprzyć to. Najważniejsze, że wciąż żyłem. Wróciłem do domu i pierwszym, czym się zająłem to sporządzenie kotu właściwy pogrzeb. Sumienie by mnie zjadło, gdybym tego nie zrobił. Następnie postanowiłem chociaż na chwilę zapomnieć o tym tygodniu, w którym zdarzyło się więcej, niż przez całe moje życie i poszedłem na siłownię. Rzadko to robiłem, ale stwierdziłem, że teraz to będzie jedyny dobry sposób, abym wyzwolił nieco emocji. Miałem tylko nadzieję, że nie zobaczy mnie nikt z pracy, a przynajmniej nikt z zarządu, poza Cole'em. Cała ta reszta bufonów mogłaby mieć wątpliwości co do mojego dnia chorobowego.

W niedzielę natomiast pojechałem na ryby do pobliskiego jeziora. To było z kolei coś, co robiłem każdej niedzieli. Wędkowanie to moja mała pasja. Poza tym jest to dla mnie niezwykle relaksacyjne zajęcie, a takiego właśnie w tej chwili potrzebowałem. Pomyślałem, że w sumie mógłbym poszperać trochę więcej na temat tej sekty w internecie, ale stwierdziłem, że dobrze by było najpierw spędzić kilka dni kompletnie o tym nie myśląc. Zrobić sobie w ten sposób małą kurację na duszy.

 

Powróciłem w poniedziałek do pracy z taką werwą, jakiej już dawno nie miałem. Dostałem tego dnia dość żmudne zadania, jednak po stokroć wolałem wykonywać je i cieszyć się starą, dobrą rutyną niż uciekać przed jakimiś szaleńcami. Mniej więcej po godzinie pierwszej podeszła do mnie przełożona i poinformowała o mailu wysłanym przez Cole'a. Miał zawierać jakiś formularz do wypełnienia przez każdego pracownika. Zatem bez większych wątpliwości otworzyłem moją elektroniczną pocztę. Na głównej stronie nie było widocznej wiadomości, więc pewnie znowu trafiła do spamu. Otworzyłem zatem ten folder.

Nie widziałem maila od Cole'a. Było to jednak łatwe do usprawiedliwienia. Niemal cały spam został wypełniony różnymi wiadomościami. Wszystkie miały w swoich tytułach kody zapisane systemem szesnastkowym.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania