Forsycje
DZIENNIK (bez daty, bo i po co) , gdzieś w 2025 gdy zakwitły forsycje
Czy ja istnieję?
Nie pytam z żalem, nie pytam z metafizycznym rozedrganiem duszy prowincjonalnego poety. Pytam tak, jak pyta się o godzinę, gdy już się wie, że jest spóźnionym.
Bo przecież, jeśli każde „jestem” to forma, to cóż ja mogę, oprócz tego, że… jestem?
Czym jestem? Kim jestem?
I najważniejsze — czy mogę przestać być kimkolwiek?
(…)
Wstałem dziś po szóstej, czyli znów za późno, by być wczesnym człowiekiem, ale jeszcze za wcześnie, by być wyraźnie spóźnionym. Takie zawieszenie, taka bezczelna nierozstrzygalność. Piekłem są ludzie o ustalonej godzinie pobudki. Którzy wiedzą. Wiedzą, o której wstają, wiedzą, po co wstają, wiedzą, jak się przedstawiają w rozmowie rekrutacyjnej.
Ja?
Ja już nie mam nawet nazwiska.
Wymazałem je z CV, zanim zdążyłem je napisać. Forma_lina # zakazana w EU
(…)
Matka dzwoniła. W sumie nie mogła, umarła w wannie kilka lat temu… pieprzone bakterie kałowe…
Nie, nie dzwoniła – atakowała telefonicznie.
Mówiła, że się martwi. Mówiła, że trzeba coś robić, że nie można tak „trwać w zawieszeniu”.
A ja się pytam — czy nie można?
Czy człowiek nie ma prawa po prostu istnieć jak trzcina, jak kamień, jak oddech między zdaniami?
Matka nie zna takich kategorii. Dla niej człowiek jestem synem, obywatelem, podatnikiem, mężczyzną, osobą w relacji (lub do relacji zdolną). Dla mnie od lat jest martwa.
A ja – przepraszam bardzo – ja nie jestem osobą do użycia.
(…)
Idąc przez ulicę, znów czułem się jak aktor bez roli, ale występujący. Bo jak się idzie, to się idzie „jako ktoś”.
Mężczyzna?
Intelektualista?
Buntownik?
Każdy krok, każde spojrzenie, każdy sposób niesienia reklamówki to gest, a gest to forma, a forma to zdrada.
(…)
Byłem dziś w bibliotece.
Ach, jakże pełne formy są biblioteki!
Tysiące książek, każda z autorem, tytułem, dziedziną, klasą – przypięte, zaszufladkowane, grzeczne.
Przyszło mi do głowy, że może właśnie dlatego nie chcę pisać książki — bo sama książka to już klatka, produkt, historia do opowiedzenia.
Ale z drugiej strony – może pisanie dziennika jest ostatnią formą nienazwaną, bo w nim można być sobą, niespójnym, nieskładnym, wiecznie przerywanym.
Może dziennik to jedyny gatunek, w którym można się nie zgadzać ze sobą sprzed godziny.
Piszę więc.
Ale nie dlatego, że mam coś do powiedzenia.
Piszę, bo chcę zobaczyć, jak się znikam.
Chcę być obecnością bez tożsamości.
Głosem, który nie należy do ust.
Znakiem, który niczego nie reprezentuje.
(…)
Ktoś kiedyś powiedział, że jestem „introwertykiem z pogranicza filozofii i kabaretu”.
Uderzająco celne.
Aż za celne.
Czyżby i to już było formą?
Więc uciekam.
W pisanie, w milczenie, w ironiczny uśmiech.
Ale z każdym ucieczkowym gestem zaczynam mieć twarz uciekiniera, twarz tego, który „nie pasuje”, który „obserwuje z boku”, który „jest inny”.
Zaczynam być tym, który nie chce być nikim.
A to już tożsamość, to już rola, to już… etykieta.
I tak oto forma wygrywa.
Zawsze.
(…)
I co z tym zrobić?
Może się śmiać.
Ale i śmiech – to też forma.
Więc milczę.
Ale i milczenie – to już coś.
Więc jestem.
Niechcący.
Niewłaściwie.
Niepoprawnie.
Ale jestem.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania