Poeci - twórczość, migawki z ich życia (ciekawostki) oraz inspiracje

Artbook
dwa lata temu
Zakładam wątek, który mam cichą nadzieję, będzie miejscem, do którego zajrzymy od czasu do czasu i zainspirujemy się twórczością różnych poetów. Tych dawnych jak i obecnych. To wątek o twórczości i życiu poetów. Wszelkie informacje, inspiracje i wiadomości w tym temacie mile widziane. Piszcie o wszystkim co Was poruszyło, wzruszyło i nadało kierunek w pisaniu wierszy i nie tylko ;-)
Na dobry początek wrzucam, coś, co trochę waży z racji już kilkudziesięciu lat:

Halina Poświatowska czyta swoje wiersze:

Zaciekawiony
dwa lata temu
Tuwim zaczął swoją karierę od skandalu, zupełnie zresztą nieoczekiwanego. Napisał rimbaudowski w stylu wiersz "Wiosna", który przeciwstawia tradycyjne wyobrażenia wesołej pory, podczas której można pójść na spacer do parku, z czysto organicznym wzbudzeniem pożądania i zwierzęcą chucią budzącą się do aktywności wraz z pierwszymi listkami. W jego wierszu "samice" dają się zgwałcić, aby rodzić bękarty. Całość miała trochę turpistyczny charakter, ale bez użycia wulgaryzmów, i wydawała się celować w odarcie wiosny z romantycznych wyobrażeń, w pokazywanie podskórnego ciśnienia tętniącego w tej młodej zieloności.

No i dostało mu się za to. Dla kontekstu - Tuwim był w tym czasie studentem polonistyki na UW, był to marzec 1918, gdy ważyły się jeszcze losy Polski jako niezależnego państwa, toteż jedni już dążyli do odbudowy polskiej kultury, a drudzy wykazywali zachowawczą uległość wobec zaborcy., na dodatek krytycy szybko wyłapali jego żydowskie pochodzenie.

Pierwsze zarzuty dotyczyły więc rozwydrzonej, porzucającej tradycję, niewychowanej młodzieży. Tuwima uznano za symbol zepsutego pokolenia, a jego samego oskarżono o szerzenie pornografii, deprawację panienek i kliniczną manię na temat seksu. Potem odezwały się głosy oburzenia w związku z tym, że pismo w jakim wiersz się ukazał było częściowo finansowane przez uniwersytet; toteż niechętni szkolnictwu w ogóle widzieli w tym świetną okazję aby zaatakować starych profesorów. Swoje dorzucali krytycy udziału Żydów w życiu kulturalnym, zaczęto wtedy po raz pierwszy urabiać prześmiewczy obraz Tuwima, jako plecącego w jidysz prymitywa, który udaje że jest Polakiem. W spór włączyły się czasopisma uległe wobec zaborców, twierdzące że tak wygląda ta młodzież walcząca o niepodległość kraju i w tym momencie wszyscy się rzucili na wszystkich, jakby tylko czekali na okazję aby sobie wzajemnie dowalić.

Gdy burze medialne troszkę ucichły, Tuwim wydał debiutancki tomik "Czyhając na Boga" i trochę chyba skorzystał z rozgłosu, uzyskując całkiem niezłą sprzedaż. Ponowna publikacja wiersza w drugim tomie poetyckim nie wywołała już podobnych reakcji, były to w polskiej literaturze inne czasy, podobnych sposobów szokowania próbowali w tym czasie już różni inni poeci.
Artbook
dwa lata temu
Zaciekawiony to kawał dobrego nawiązania do tekstów Tuwima!

Nie miałem pojęcia, że tak rozpoczął swoją karierę. Kojarzę go z zupełnie innych tekstów, a tu proszę, taka sprawa ;-)

Fajnie, że o tym napisałeś. W zasadzie o to właśnie mi chodzi. Przedstawić tych "naszych" znanych i napisać o nich co nieco z innej strony. Często tej nie znanej.

Dzięki, Dobre i ciekawe informacje! :-)
Zaciekawiony
dwa lata temu
Wielu poetów miało takie nieoczekiwane wyskoki. Gałczyński napisał kiedyś wiersz, będący ponoć zapisem majaków w delirce podczas odwyku, w którym z obrazu na ścianie wychodzi demoniczna wersja Czarnej Madonny i zaczyna gonić bohatera po całym szpitalu. Zgłaszano po tym skargi o obrazie uczuć religijnych.
JamCi
dwa lata temu
Jeśli chodzi o Poświatowska, to jest wspaniałe źródło: Opowieść dla przyjaciela. Jej książka autobiograficzna. Nie ma fragmentów wybranych. Warto całość przeczytać. Pozwala bardzo dużo zrozumieć. Mam ja gdzieś w czeluściach, czytałam bardzo dawno, ale warto.
Enchanteuse
dwa lata temu
Och, dziękuję Zaciekawionemu za ten niezwykle interesujący wtręt. I JamCi. Poświatowską mam na półce od niedawna i ma dla mnie wyjątkowe znaczenie. Myślę, że jej biografia mogłaby być interesująca.
JamCi
dwa lata temu
Zciekawiony toż to wypisz wymaluj przebieg GB na Opowi :-)
No cóż, aż tak sie ludzie od tamtych czasów nie zmienili :-)

Poświatowską kocham od zawsze a książka jest warta przeczytania. Wiele wyjaśnia. I jest dobra sama w sobie.

Artbook interesujace nagranie. Nie znałam go.
Liv12365
dwa lata temu
Mnie zainspirował esej naszej noblistki - Olgi Tokarczuk, który wygłosiła w Szwedzkiej Akademii na Sali Giełd. Tekst świetny, bo porusza wiele ważnych tematów i nieraz zapomnianych, jak sądzę.

Myślę, że każdy szanujący się autor i czytelnik powinien znać treść tego eseju ;)
Pozwólcie zatem, że w ramach tego wątku, przytoczę tu całość z strony:

https://www.tvn24.pl/kultura-styl,8/olga-tokarczuk-wyglosila-przemowe-noblowska,991401.html

Czuły narrator
"1. Pierwsze zdjęcie, jakie świadomie przeżyłam, to zdjęcie mojej matki, jeszcze zanim mnie urodziła. Zdjęcie jest niestety czarno-białe, przez co ginie wiele szczegółów, stając się zaledwie szarymi kształtami. Światło jest miękkie i deszczowe, chyba wiosenne i najpewniej sączy się przez okno, utrzymując pokój w ledwie zauważalnym blasku. Mama siedzi przy starym radiu, takim, które miało zielone oko i dwa pokrętła – jedno do regulowania głośności, drugie do wyszukiwania stacji. To radio stało się potem towarzyszem mojego dzieciństwa i z niego dowiedziałam się o istnieniu kosmosu. Kręcenie ebonitową gałką przesuwało delikatne czułki anten i w ich zasięg trafiały rozmaite stacje – Warszawa, Londyn, Luksemburg albo Paryż. Czasami jednak dźwięk zamierał, jakby pomiędzy Pragą a Nowym Jorkiem, Moskwą a Madrytem czułki anteny natrafiały na czarne dziury. Wtedy przechodził mnie dreszcz. Wierzyłam, że poprzez to radio odzywają się do mnie inne układy słoneczne i galaktyki, które wśród trzasków i szumów wysyłają mi wiadomości, a ja nie umiem ich rozszyfrować. Wpatrując się w to zdjęcie jako kilkuletnia dziewczynka byłam przekonana, że mama szukała mnie, kręcąc gałką radia. Niczym czuły radar penetrowała nieskończone obszary kosmosu próbując dowiedzieć się, kiedy i skąd przybędę. Jej fryzura i ubiór (duży dekolt w łódkę) wskazują, kiedy zrobiono to zdjęcie – to początek lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Patrząca gdzieś poza kadr, nieco zgarbiona kobieta, widzi coś, co nie jest dostępne oglądającemu to zdjęcie. Jako dziecko rozumiałam to tak, że ona patrzy w czas. Na tym zdjęciu nic się nie dzieje, to fotografia stanu, nie procesu. Kobieta jest smutna, zamyślona, jakby nieobecna. Kiedy ją potem pytałam o ten smutek – a robiłam to wiele razy, żeby zawsze usłyszeć to samo – mama odpowiadała, że jest smutna, bo jeszcze się nie urodziłam, a ona już do mnie tęskni. - Jak możesz do mnie tęsknić, skoro mnie jeszcze nie ma? – pytałam. Wiedziałam już, że tęskni się za kimś, kogo się utraciło, że tęsknota jest efektem straty. - Ale może też być odwrotnie – odpowiadała. – Jeżeli się do kogoś tęskni, to on już jest. Ta krótka wymiana zdań gdzieś na zachodniej polskiej prowincji pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku, wymiana zdań między moją mamą i mną, jej małym dzieckiem, utkwiła mi na zawsze w pamięci i dała zapas mocy na całe życie. Wyniosła bowiem moje istnienie poza zwyczajną materialność świata i przypadkowość, poza przyczynę i skutek oraz prawa prawdopodobieństwa. Umieściła je niejako poza czasem, w słodkim pobliżu wieczności. Zrozumiałam moim dziecięcym umysłem, że jest mnie więcej niż sobie do tej pory wyobrażałam. I nawet, jeżeli powiem: "Jestem nieobecna", to i tak na pierwszym miejscu znajduje się: "Jestem" – najważniejsze i najdziwniejsze słowo świata. W ten sposób niereligijna młoda kobieta, moja mama, dała mi coś, co kiedyś nazywano duszą, a więc wyposażyła w najlepszego na świecie czułego narratora.
2. Świat jest tkaniną, którą przędziemy codziennie na wielkich krosnach informacji, dyskusji, filmów, książek, plotek, anegdot. Dziś zasięg pracy tych krosien jest ogromny – za sprawą Internetu prawie każdy może brać udział w tym procesie, odpowiedzialnie i nieodpowiedzialnie, z miłością i nienawiścią, ku dobru i ku złu, dla życia i dla śmierci. Kiedy zmienia się ta opowieść – zmienia się świat. W tym sensie świat jest stworzony ze słów. To, jak myślimy o świecie i – co chyba ważniejsze – jak o nim opowiadamy, ma więc olbrzymie znaczenie. Coś, co się wydarza, a nie zostaje opowiedziane, przestaje istnieć i umiera. Wiedzą o tym bardzo dobrze nie tylko historycy, ale także (a może przede wszystkim) wszelkiej maści politycy i tyrani. Ten, kto ma i snuje opowieść – rządzi. Dziś problem polega – zdaje się – na tym, że nie mamy jeszcze gotowych narracji nie tylko na przyszłość, ale nawet na konkretne "teraz", na ultraszybkie przemiany dzisiejszego świata. Brakuje nam języka, brakuje punktów widzenia, metafor, mitów i nowych baśni. Jesteśmy za to świadkami, jak te nieprzystające, zardzewiałe i anachroniczne stare narracje próbuje się wprzęgnąć do wizji przyszłości, może wychodząc z założenia, że lepsze stare coś niż nowe nic, albo próbując w ten sposób poradzić sobie z ograniczeniem własnych horyzontów. Jednym słowem – brakuje nam nowych sposobów opowiadania o świecie. Żyjemy w rzeczywistości wielogłosowych narracji pierwszoosobowych i zewsząd dochodzi nas wielogłosowy szum. Mówiąc "pierwszoosobowe" mam na myśli ten rodzaj opowieści, który zatacza wąskie kręgi wokół "ja" twórcy, piszącego mniej lub bardziej wprost tylko o sobie i poprzez siebie. Uznaliśmy, że ten rodzaj zindywidualizowanego punktu widzenia, głos z "ja", jest najbardziej naturalny, ludzki, uczciwy, nawet jeżeli rezygnuje z szerszej perspektywy. Opowiadać w tak rozumianej pierwszej osobie to tkać absolutnie niepowtarzalny wzór, jedyny w swoim rodzaju, to mieć jako jednostka poczucie autonomii, być świadomym siebie i swojego losu. To jednak znaczy także budować opozycję: "ja" i "świat", a ta bywa alienująca. Myślę, że narracja prowadzona w pierwszej osobie jest bardzo charakterystyczna dla współczesnej optyki, w której jednostka pełni rolę subiektywnego centrum świata. Cywilizacja Zachodu jest w dużej mierze zbudowana i oparta właśnie na owym odkryciu "ja", które stanowi jedną z najważniejszych miar rzeczywistości. Człowiek jest tu głównym aktorem, a jego osąd – mimo, że jeden z wielu – traktowany jest zawsze z uwagą i powagą. Opowieść snuta w pierwszej osobie wydaje się być jednym z największych odkryć cywilizacji ludzkiej, jest czytana z namaszczeniem i darzona zaufaniem. Ten rodzaj opowieści, kiedy widzimy świat oczami jakiegoś "ja" i słuchamy świata w jego imieniu, buduje więź z narratorem jak żaden inny i każe postawić się w jego niepowtarzalnej pozycji. Nie da się przecenić tego, co pierwszoosobowa narracja zrobiła dla literatury i w ogóle dla ludzkiej cywilizacji – przerobiła opowieść o świecie jako miejscu działań herosów czy bóstw, na które nie mamy wpływu, na naszą indywidualną historię i oddała scenę ludziom takim samym jak my. Na dodatek, z takimi samymi jak my łatwo się zidentyfikować, dzięki czemu pomiędzy narratorem opowieści a czytelnikiem czy słuchaczem rodzi się emocjonalne porozumienie, bazujące na empatii. Ta zaś ze swej natury zbliża i niweluje granice – bardzo łatwo jest zatrzeć w powieści granice między "ja" narratora i "ja" czytelnika, a powieść, która "wciąga" wręcz liczy na to, że granica ta zostanie zniesiona i unieważniona, i to czytelnik, dzięki empatii, stanie się na jakiś czas narratorem. Literatura stała się więc polem wymiany doświadczeń, agorą, gdzie każdy może opowiedzieć swój własny los albo dać głos swojemu alter ego. Jest to przy tym przestrzeń demokratyczna – każdy może się wypowiedzieć, każdy może też dokonać kreacji "głosu, który mówi". Chyba jeszcze nigdy w historii człowieka tak wielu ludzi nie zajmowało się pisaniem i opowiadaniem. Wystarczy spojrzeć na pierwsze z brzegu statystyki. Kiedy odwiedzam targi książki, widzę jak wiele wydawanych książek dotyczy właśnie tego – autorskiego ja. Instynkt ekspresji – może równie silny, jak inne instynkty, które projektują nasze życie – najpełniej objawia się w sztuce. Chcemy być zauważeni, chcemy poczuć się wyjątkowi. Narracje typu: "Opowiem ci moją historię", "Opowiem ci historię mojej rodziny", ewentualnie "Opowiem ci, gdzie byłam" to dziś najpopularniejsze gatunki literackie. Jest to fenomen na wielką skalę także i dlatego, że dzisiaj powszechnie potrafimy posługiwać się pismem i wielu ludzi osiąga tę kiedyś zastrzeżoną dla nielicznych umiejętność wyrażenia siebie samego w słowie i opowieści. Paradoksalnie jednak wygląda to na chór złożony z samych solistów – głosy nakładają się na siebie, rywalizują o uwagę, poruszają po podobnych traktach, ostatecznie wzajemnie się zagłuszając. Wiemy o nich wszystko, jesteśmy w stanie utożsamić się z nimi i przeżyć ich życie jak swoje. Mimo to jednak doświadczenie czytelnicze zaskakująco często jest niekompletne i rozczarowujące, bo okazuje się, że ekspresja autorskiego "ja" nie daje gwarancji uniwersalności. Czego nam brakuje, to – jak się zdaje – paraboliczny wymiar opowieści. Bohater paraboli jest bowiem zarazem sobą, człowiekiem żyjącym w określonych warunkach historycznych czy geograficznych, a jednocześnie wykracza daleko poza ten konkret, stając się Każdym i Wszędzie. Kiedy czytelnik śledzi czyjąś historię opisaną w powieści, może utożsamiać się z losem opisywanej postaci i rozważać jej sytuację jak swoją, w paraboli zaś musi zrezygnować zupełnie ze swojej odrębności i stać się tym Każdym. W tym wymagającym psychologicznie zabiegu parabola, znajdując dla różnych losów wspólny mianownik, uniwersalizuje nasze doświadczenie, a jej niedostateczna obecność jest świadectwem bezradności. Być może, żeby nie utonąć w wielości tytułów i nazwisk zaczęliśmy dzielić ogromne lewiatanowe ciało literatury na gatunki, które traktujemy jak dziedziny w sporcie, a pisarzy i pisarki jak wyspecjalizowanych zawodników. Ogólne skomercjalizowanie rynku literackiego doprowadziło do podziału na branże – odtąd odbywają się targi i festiwale literatury takiej czy siakiej, zupełnie osobno, tworząc klientelę czytelników, którzy chętnie zatrzaskują się w kryminale, fantasy czy science-fiction. Cechą szczególną tej sytuacji jest, że to, co miało jedynie pomóc księgarzom i bibliotekarzom w uporządkowaniu na półkach ogromu wydawanych książek, a czytelnikom pomagało zorientować się w wielkości oferty, stało się abstrakcyjnymi kategoriami, w które już nie tylko wrzuca się zaistniałe dzieło, ale według których zaczynają pisać sami pisarze. Coraz częściej gatunkowe dzieło przypomina foremkę do ciasta, która produkuje bardzo podobne rezultaty, ich przewidywalność uważana jest za cnotę, ich banalność za osiągnięcie. Czytelnik wie, czego ma się spodziewać i dostaje dokładnie to, co chciał. Zawsze intuicyjnie byłam przeciwko takim porządkom, ponieważ prowadzą one do ograniczania wolności pisarskiej, do niechęci wobec eksperymentu i transgresji, która jest istotną cechą tworzenia w ogóle. I zupełnie wykluczają z procesu twórczego wszelką ekscentryczność, bez której nie ma sztuki. Dobra książka nie musi się opowiadać za swoją gatunkową przynależnością. Podział na gatunki jest wynikiem skomercjalizowania całej literatury i efektem traktowania jej jako produktu do sprzedaży z całą filozofią brandu, targetu i tym podobnych wynalazków współczesnego kapitalizmu. Możemy mieć dziś wielką satysfakcję, że jesteśmy świadkami powstania nowego sposobu opowiadania świata, jaki niesie ze sobą serial filmowy, a którego ukrytym zadaniem jest wprowadzić nas w trans. Oczywiście ten sposób opowiadania istniał już w mitach i opowieściach homeryckich, a Herkules, Achilles czy Odyseusz to bez wątpienia pierwsi serialowi bohaterowie. Jednak nigdy wcześniej nie zagarnął on dla siebie tak dużo przestrzeni i nie wpływał tak istotnie na zbiorową wyobraźnię. Pierwsze dwie dekady XXI wieku z pewnością należą do seriali. Ich wpływ na sposoby opowiadania (i przez to też rozumienia) świata jest rewolucyjny. Serial w dzisiejszej postaci nie tylko rozciągnął uczestniczenie w narracji w obrębie czasu, generując jego różne tempa, odnogi i aspekty, ale wniósł także swoje nowe porządki. Ponieważ w wielu przypadkach jego zadaniem jest utrzymanie uwagi widza jak najdłużej – narracja serialowa mnoży wątki, splatając je ze sobą w najbardziej nieprawdopodobny sposób tak bardzo, iż w obliczu bezradności sięga się nawet po stary zabieg narracyjny, skompromitowany kiedyś przez klasyczną operę: "deus ex machina". Wymyślając kolejne odcinki często zmienia się całą psychologię postaci ad hoc, żeby lepiej pasowała do pojawiających się wydarzeń. Postać łagodna i pełna rezerwy na początku zmienia się pod koniec w mściwą i gwałtowną, postać drugoplanowa staje się pierwszoplanową, zaś główny bohater, do której zdążyliśmy się już przywiązać, traci znaczenie lub wręcz znika ku naszej największej konsternacji. Potencjalne zaistnienie kolejnego sezonu stwarza konieczność otwartych zakończeń, w których nie ma szans pojawić się i wybrzmieć do końca owo tajemnicze katharsis, które było przeżyciem wewnętrznej przemiany, spełnienia się, satysfakcją z uczestniczenia w akcie opowieści. Taki rodzaj komplikowania i niekończenia, ciągłego odraczania nagrody, jaką jest katharsis, uzależnia i hipnotyzuje. Fabula interrupta wymyślona dawno temu i znana z opowieści Szeherezady powróciła w serialach w wielkim stylu, zmieniając naszą wrażliwość i niosąc przedziwne psychologiczne skutki, odrywając nas od własnego życia i hipnotyzując niczym używka. Jednocześnie serial wpisuje się w nowy, rozwlekły i nieuporządkowany rytm świata, w jego chaotyczną komunikację, jego niestałość i płynność. Ta forma opowieści chyba najbardziej twórczo szuka dziś nowej formuły. W tym sensie odbywa się w serialu poważna praca nad narracjami przyszłości, nad dopasowaniem opowieści do nowej rzeczywistości. Lecz nade wszystko żyjemy w świecie natłoku informacji sprzecznych ze sobą, wzajemnie się wykluczających, walczących na kły i pazury. Nasi przodkowie wierzyli, że dostęp do wiedzy przyniesie ludziom nie tylko szczęście, dobrobyt, zdrowie i bogactwo, ale stworzy społeczeństwo równe i sprawiedliwe. To, czego według nich brakowało światu to była powszechna mądrość, płynąca z wiedzy. Jan Amos Komenski, wielki pedagog XVII wieku, ukuł termin "pansofia", w którym zawarł idee możliwej omniscjencji, wiedzy uniwersalnej, która pomieści w sobie wszelkie możliwe poznanie. Było to także i przede wszystkim marzenie o wiedzy dostępnej każdemu. Czyż dostęp do informacji o świecie nie zmieni niepiśmiennego chłopa w refleksyjną jednostkę świadomą siebie i świata? Czy wiedza na wyciągnięcie ręki nie sprawi, że ludzie staną się rozważni i mądrze pokierują swoim życiem? Kiedy powstał Internet wydawało się, że idee te będą wreszcie mogły zrealizować się w sposób totalny. Wikipedia, którą podziwiam i wspieram, mogłaby wydać się Komenskiemu, podobnie jak wielu myślicielom tego nurtu, spełnieniem marzeń ludzkości – oto tworzymy i otrzymujemy ogromny zasób wiedzy nieustannie uzupełnianej, odświeżanej i demokratycznie dostępnej, praktycznie z każdego miejsca na Ziemi. Spełnione marzenia często nas rozczarowują. Okazało się, że nie jesteśmy w stanie unieść tego ogromu informacji, która zamiast jednoczyć, uogólniać i uwalniać – różnicuje, dzieli, zamyka w bańkach, tworzy wielość opowieści nieprzystających do siebie albo wręcz wrogich sobie, antagonizujących. Na dodatek Internet, poddany zupełnie bez refleksji procesom rynkowym i oddany graczom-monopolistom, steruje gigantycznymi ilościami danych, które wykorzystywane są całkiem nie "pansoficznie", ku szerokiemu dostępowi do wiedzy, ale przeciwnie, służąc przede wszystkim programowaniu zachowań użytkowników, czego dowiedzieliśmy się po aferze Cambridge Analytica. Zamiast usłyszeć harmonię świata, usłyszeliśmy kakofonię dźwięków, szum nie do zniesienia, w którym rozpaczliwie próbujemy dosłuchać się jakiejś najcichszej melodii, najsłabszego chociaż rytmu. Parafraza szekspirowskiego cytatu jak nigdy pasuje dzisiaj do tej kakofonicznej rzeczywistości: Internet to coraz częściej opowieść idioty pełna wściekłości i wrzasku. Także badania politologów przeczą niestety intuicjom Jana Amosa Komenskiego, opartych na przekonaniu, że im więcej powszechnie dostępnej wiedzy o świecie, tym politycy bardziej posługują się rozsądkiem i podejmują rozważne decyzje. Wygląda na to, że wcale nie jest to taka prosta sprawa. Wiedza może przytłaczać, a jej skomplikowanie i niejednoznaczność, powoduje powstawanie rożnego rodzaju mechanizmów obronnych – od zaprzeczenia i wyparcia, aż po ucieczkę w proste zasady myślenia upraszczającego, ideologicznego, partyjnego. Kategoria fake newsów i fake upów stawia nowe pytania o to, czym jest fikcja. Czytelnicy, którzy wiele razy dali się oszukać, zdezinformować czy wyprowadzić w pole, nabierają powoli specyficznej nerwicowej idiosynkrazji. Reakcją na takie zmęczenie fikcją może być ogromny sukces literatury non-fiction, która w tym wielkim chaosie informacyjnym krzyczy ponad naszymi głowami: "Opowiadam wam prawdę, tylko prawdę". "Moja opowieść oparta jest na faktach!". Fikcja straciła zaufanie czytelników, odkąd kłamstwo stało się niebezpieczną bronią masowego rażenia, nawet jeśli wciąż pozostaje prymitywnym narzędziem. Nader często spotykam się z tym pełnym niedowierzania pytaniem: "Czy to prawda, co pani napisała?" Za każdym razem mam wtedy wrażenie, że wieszczy ono koniec literatury. To niewinne z punktu widzenia czytelnika pytanie, dla pisarskich uszu brzmi naprawdę apokaliptycznie. Cóż mam odpowiedzieć? Jak wytłumaczyć ontologiczny status Hansa Castorpa, Anny Kareniny czy Misia Puchatka? Uważam tego typu czytelniczą ciekawość za cywilizacyjny regres. To upośledzenie umiejętności wielowymiarowego (konkretnego, historycznego, ale i symbolicznego, i mitycznego) uczestniczenia w łańcuchu wydarzeń zwanym naszym życiem. Życie tworzą wydarzenia, lecz dopiero wtedy, gdy potrafimy je zinterpretować, próbować zrozumieć i nadać im sens, zamieniają się one w doświadczenie. Wydarzenia są faktami, ale doświadczenie jest czymś niewyrażalnie innym. To ono, nie zaś wydarzenie, jest materią naszego życia. Doświadczenie jest faktem poddanym interpretacji i umieszczonym w pamięci. Odwołuje się także do pewnej podstawy, jaką mamy w umyśle, do głębokiej struktury znaczeń, na której potrafimy rozpiąć nasze własne życie i przyjrzeć mu się dokładnie. Wierzę, że rolę takiej struktury pełni mit. Mit jak wiadomo nigdy się nie wydarzył, ale dzieje się zawsze. Dziś działa już nie tylko poprzez przygody antycznych herosów, ale przenika do wszechobecnych i jak najbardziej popularnych opowieści współczesnego kina, gier, literatury. Życie mieszkańców Olimpu przeniosło się do Dynastii, a heroiczne czyny bohaterów obsługuje Lara Croft. W tym gorącym podziale na prawdę i fałsz opowieść o naszym doświadczeniu, jaką tworzy literatura, ma swój własny wymiar. Nigdy specjalnie nie entuzjazmowałam się prostym rozgraniczeniem na fiction i non-fiction, chyba, że uznamy je tylko za deklaratywne i uznaniowe. W morzu wielu definicji fikcji, najbardziej podoba mi się ta, która jest jednocześnie najstarsza i pochodzi od Arystotelesa. Fikcja jest zawsze jakimś rodzajem prawdy. Do przekonania trafia mi też rozróżnienie relacji wobec fabuły, której dokonał pisarz i eseista Edward Morgan Forster. Pisał on, że kiedy mówimy "Umarł mąż, a potem umarła żona" – to jest to relacja. Kiedy zaś mówimy "Umarł mąż, a potem ze smutku umarła żona" – to mamy fikcję. Każde fabularyzowanie jest przejściem od pytania – "Co było potem?" do próby jego zrozumienia opartym na naszym ludzkim doświadczeniu: "Dlaczego tak się stało?" Literatura zaczyna się od owego "Dlaczego?", nawet jeśli mielibyśmy na to pytanie odpowiadać bez przerwy zwyczajnym: "Nie wiem". Literatura stawia więc pytania, na które nie da się odpowiedzieć przy pomocy Wikipedii, wykracza bowiem poza same fakty i wydarzenia, odwołując się bezpośrednio do naszego ich doświadczania. Możliwe jest jednak, że powieść i literatura w ogóle stają się na naszych oczach czymś zgoła marginalnym wobec innych sposobów narracji. Że waga obrazu i nowych form bezpośredniego przekazywania doświadczenia – kina, fotografii, virtual reality i augmented reality – stanie się poważną alternatywą dla tradycyjnego czytania. Czytanie jest dość skomplikowanym psychologicznym procesem percepcji. Upraszczając: Najpierw najbardziej nieuchwytna treść jest konceptualizowana i werbalizowana, zamieniana w znaki i symbole, a potem następuje jej "odkodowanie" na powrót z języka na doświadczenie. Wymaga to pewnej kompetencji intelektualnej. A przede wszystkim wymaga uwagi i skupienia, umiejętności coraz rzadszych w dzisiejszym skrajnie rozpraszającym świecie. Ludzkość przeszła długą drogę w sposobach przekazywania i współdzielenia własnego doświadczenia, od oralności, zdanej na żywe słowo i ludzką pamięć, po rewolucję Gutenberga, kiedy opowieść została powszechnie zapośredniczona przez pismo i w ten sposób utrwalona i skodyfikowana oraz możliwa do powielania bez zmian. Największym osiągnięciem tej zmiany był moment, w którym myślenie jako takie utożsamiliśmy z pismem, czyli konkretnym sposobem używania idei, kategorii czy symboli. Dziś – to jasne – stoimy w obliczu podobnie znamiennej rewolucji, kiedy doświadczenie może być przekazywane bezpośrednio, bez pomocy słowa drukowanego. Nie ma już potrzeby prowadzić dziennika podróży, kiedy można fotografować i wysyłać te fotografie za pomocą portali społecznościowych w świat, zaraz i każdemu. Nie ma potrzeby pisać list, skoro łatwiej jest zadzwonić. Po co czytać grube powieści, skoro można zanurzyć się w serialu? Zamiast wyjść na miasto, żeby rozerwać się przyjaciółmi, lepiej zagrać w grę. Sięgnąć po autobiografię? Nie ma sensu, skoro śledzę życie celebrytów na Instagramie i wiem o nich wszystko. To już nawet nie obraz jest dzisiaj największym przeciwnikiem tekstu, jak myśleliśmy jeszcze w XX wieku, martwiąc się wpływem kina i telewizji. To zupełnie inny wymiar doświadczania świata – oddziaływujący bezpośrednio na nasze zmysły.
3. Nie chcę szkicować tu jakiejś całościowej wizji kryzysu opowieści o świecie. Często jednak doskwiera mi poczucie, że światu czegoś brakuje. Że doświadczając go przez szyby ekranów, przez aplikacje, staje się jakiś nierealny, daleki, dwuwymiarowy, dziwnie nieokreślony, mimo że dotarcie do każdej konkretnej informacji jest zdumiewająco łatwe. Męczące "ktoś", "coś", "gdzieś", "kiedyś" może dziś być bardziej niebezpieczne niż wygłaszane z absolutną pewnością bardzo konkretne i określone idee – ziemia jest plaska, szczepionki zabijają, ocieplenie klimatyczne jest bzdurą, a demokracja w wielu krajach nie jest zagrożona. "Gdzieś" toną jacyś ludzie, próbujący przeprawić się przez morze. "Gdzieś" od "jakiegoś" czasu trwa "jakaś" wojna. W natłoku informacji pojedyncze przekazy tracą kontury, rozwiewają się w naszej pamięci i stają się nierealne, znikają. Zalew obrazów przemocy, głupoty, okrucieństwa, mowy nienawiści, rozpaczliwie równoważone są przez wszelkie "dobre wiadomości", ale nie są one w stanie ujarzmić dojmującego wrażenia, które trudno jest nawet zwerbalizować: Coś jest ze światem nie tak. To poczucie, zarezerwowane kiedyś tylko dla neurotycznych poetów, dziś staje się epidemią nieokreśloności, sączącym się zewsząd niepokojem. Literatura jest jedną z niewielu dziedzin, które próbują nas przytrzymać przy konkrecie świata, ponieważ ze swej natury jest zawsze "psychologiczna". Skupia się bowiem na wewnętrznych racjach i motywach postaci, ujawnia ich doświadczenie w żaden inny sposób niedostępne dla drugiego człowieka lub zwyczajnie prowokuje Czytelnika do psychologicznej interpretacji ich zachowań. Tylko literatura jest w stanie pozwolić nam wejść głęboko w życie drugiej istoty, rozumieć jej racje, dzielić jej uczucia, przeżyć jej los. Opowieść zawsze zatacza kręgi wokół sensu. Nawet jeżeli nie wyraża tego wprost, nawet kiedy programowo odżegnuje się od poszukiwania znaczenia, skupiając się na formie, na eksperymencie, kiedy dokonuje formalnej rebelii, poszukując nowych środków wyrazu. Czytając nawet najbardziej behawiorystycznie i oszczędnie napisaną opowieść, nie potrafimy powstrzymać się od pytań: "Dlaczego tak się dzieje?", „Co to znaczy?”, "Jaki jest tego sens?", "Do czego to prowadzi?" Możliwe jest nawet, że nasz umysł wyewoluował ku opowieści jako procesowi nadawania sensu milionom bodźców, które nas otaczają i nawet podczas snu wciąż bezustannie i niezmordowanie snuje swoje narracje. Opowieść jest więc porządkowaniem w czasie nieskończonej ilości informacji, ustalając ich związki z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, odkrywaniem ich powtarzalności i układaniem ich w kategoriach przyczyny i skutku. Biorą w tej pracy udział i rozum, i emocje. Nic dziwnego, że jednym z najwcześniejszych odkryć dokonanych przez opowieści, było fatum, które oprócz tego, że jawiło się zawsze ludziom jako przerażające i nieludzkie, wprowadzało jednak w rzeczywistość porządek i niezmienność.
4. Szanowni Państwo. Kobieta ze zdjęcia, moja mama, która tęskniła do mnie, choć mnie jeszcze było, kilka lat później czytała mi bajki. W jednej z nich, autorstwa Hansa Christiana Andersena, wyrzucony na śmietnik imbryk skarżył się, że okrutnie został potraktowany przez ludzi – pozbyli się go, gdy tylko oberwało mu się ucho. A przecież mógłby jeszcze im służyć, gdyby ludzie nie byli tacy perfekcyjni i wymagający. Wtórowały mu inne popsute przedmioty, snując prawdziwie epickie opowieści ze swojego małego przedmiotowego życia. Będąc dzieckiem słuchałam tej bajki z wypiekami na twarzy i ze łzami w oczach, bo wierzyłam głęboko, że przedmioty mają swoje problemy, uczucia i nawet jakieś życie społeczne, całkiem porównywalne do naszego, ludzkiego. Talerze w kredensie mogły ze sobą rozmawiać, sztućce w szufladzie stanowiły coś w rodzaju rodziny. Podobnie zwierzęta były tajemniczymi, mądrymi i samoświadomymi istotami, z którymi łączyła nas od zawsze duchowa więź i głębokie podobieństwo. Ale i rzeki, lasy, drogi także miały swój byt – były żywymi istotami, które mapują naszą przestrzeń i budują poczucie przynależności, tajemniczy Raumgeist. Żywy był też krajobraz, który nas otaczał, i Słońce i Księżyc i wszystkie ciała niebieskie. Cały widzialny i niewidzialny świat. Kiedy zaczęłam w to wątpić? Poszukuję w swoim życiu jakiegoś momentu, w którym jak za sprawą jednego kliknięcia, wszystko stało się inne, mniej zniuansowane, prostsze. Szept świata umilkł, zastąpiły go hałasy miasta, szmer komputerów, grzmot przelatujących nad głową samolotów i męczący biały szum oceanów informacji. Od jakiegoś momentu w swoim życiu zaczynamy widzieć świat we fragmentach, wszystko osobno, w kawałkach odległych od siebie niczym galaktyki, a rzeczywistość, w jakiej żyjemy w tym nas upewnia: lekarze leczą nas według specjalności, podatki nie mają związku z odśnieżaniem drogi, którą jeździmy do pracy, obiad nijak się ma do wielkich ferm hodowlanych, a nowa bluzka do obskurnych fabryk gdzieś w Azji. Wszystko jest od siebie oddzielone, żyje osobno, bez związku. Żeby łatwiej nam było to znieść dostajemy numery, identyfikatory, karty, toporne plastikowe tożsamości, które próbują nas zredukować do użytkowania jakiejś jednej cząstki tej całości, którą przestaliśmy już dostrzegać. Świat umiera, a my nawet tego nie zauważamy. Nie zauważamy, że świat staje się zbiorem rzeczy i wydarzeń, martwą przestrzenią, w której poruszamy się samotni i zagubieni, miotani czyimiś decyzjami, zniewoleni niezrozumiałym fatum, poczuciem bycia igraszką wielkich sił historii czy przypadku. Nasza duchowość zanika albo staje się powierzchowna i rytualna. Albo po prostu stajemy się wyznawcami prostych sił – fizycznych, społecznych, ekonomicznych, które poruszają nami jakbyśmy byli zombie. I w takim świecie rzeczywiście jesteśmy zombie. Dlatego tęsknię do tamtego świata od imbryka.
5. Całe życie fascynują mnie wzajemne sieci powiązań i wpływów, których najczęściej nie jesteśmy świadomi, lecz odkrywamy je przypadkiem, jako zadziwiające zbiegi okoliczności, zbieżności losu, te wszystkie mosty, śruby, spawy i łączniki, które śledziłam w "Biegunach". Fascynuje mnie kojarzenie faktów, szukanie porządków. W gruncie rzeczy – jestem o tym przekonana – pisarski umysł jest umysłem syntetycznym, który z uporem zbiera wszystkie okruchy, próbując z nich na nowo skleić uniwersum całości. Jak pisać, jak konstruować swoją opowieść, żeby umiała unieść tę wielką konstelacyjną formę świata? Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie jest możliwy powrót do takiej opowieści o świecie, jaką znamy z mitów, baśni i legend, kiedy przekazywana sobie z ust do ust utrzymywała świat w istnieniu. Dziś ta opowieść musiałaby być dużo bardziej wielowymiarowa i skomplikowana. Wiemy przecież rzeczywiście o wiele więcej, znamy niesamowite powiązania rzeczy pozornie odległych. Przyjrzyjmy się pewnemu momentowi w historii świata. Jest to dzień, kiedy od nabrzeża portu Palos w Hiszpanii, 3 sierpnia 1492 roku, odbija nieduża karawela o nazwie "Santa Maria". Dowodzi nią Krzysztof Kolumb. Świeci słońce, po nabrzeżu kręcą się jeszcze marynarze, a robotnicy portowi ładują na statek ostatnie skrzynie z prowiantem. Jest gorąco, ale wiejący z zachodu lekki wietrzyk, ratuje żegnające rodziny przed zasłabnięciem. Mewy przechadzają się uroczyście po rampie, uważnie śledząc poczynania człowieka. Ten moment, który teraz widzimy poprzez czas, doprowadził do śmierci 56 milionów z blisko 60 milionów rdzennych Amerykanów. Ich populacja stanowiła wtedy około 10 procent całej ludności ziemi. Europejczycy nieświadomie przywieźli ze sobą śmiertelne prezenty – choroby i bakterie, na które rodowici mieszkańcy Ameryki nie byli odporni. Do tego doszło bezpardonowe niewolenie i zabijanie. Zagłada trwała lata i zmieniła kraj. Tam, gdzie kiedyś rosła fasola i kukurydza, ziemniaki i pomidory, na nawadnianych w wyrafinowany sposób polach uprawnych, wróciła dzika roślinność. Prawie sześćdziesiąt milionów hektarów uprawnej ziemi z biegiem lat zamieniło się w dżunglę. Roślinność regenerując się, pochłonęła ogromne ilości dwutlenku węgla, przez co osłabł efekt cieplarniany. To zaś obniżyło globalną temperaturę Ziemi. Jest to jedna z wielu naukowych hipotez wyjaśniających nastanie małej epoki lodowej w Europie, która pod koniec XVI wieku przyniosła długotrwałe ochłodzenie klimatu. Mała epoka lodowa odmieniła gospodarkę Europy. W ciągu następnych dekad mroźne i długie zimy, chłodne lata i intensywne opady zmniejszyły wydajność tradycyjnych form rolnictwa. W Europie Zachodniej małe rodzinne gospodarstwa produkujące żywność na własne potrzeby, okazały się niewydajne. Nastąpiły fale głodu i konieczność specjalizacji produkcji. Anglia czy Holandia najbardziej dotknięte ochłodzeniem, nie mogąc wiązać swej gospodarki z rolnictwem, zaczęły rozwijać handel i przemysł. Zagrożenie sztormami skłoniło Holendrów do osuszania polderów i przekształcania stref podmokłych i płytkich stref morskich w ląd. Przesunięcie na południe zasięgu występowania dorsza, katastrofalne dla Skandynawii, okazało się korzystne dla Anglii i Holandii – dzięki temu państwa te zaczęły wyrastać na potęgi morskie i handlowe. Znaczące ochłodzenie szczególnie dotkliwie było odczuwane w krajach skandynawskich. Urwała się łączność z zieloną Grenlandią i Islandią, surowe zimy zmniejszyły zbiory i zapanowały lata głodu i niedostatku. Szwecja zwróciła więc łakomy wzrok na południe wdając się w wojny z Polską (zwłaszcza, że zamarzł Bałtyk, przez co łatwo było się przezeń przeprawić armii) i angażując się w wojnę trzydziestoletnią w Europie. Wysiłki naukowców, próbujących lepiej rozumieć naszą rzeczywistość, ukazują ją jako wzajemnie spójną i gęsto powiązaną sieć wpływów. To już nie tylko słynny "efekt motyla", który jak wiemy polega na tym, że minimalne zmiany w warunkach początkowych jakiegoś procesu, mogą dać w przyszłości kolosalne i nieobliczalne rezultaty, ale nieskończona ilość motyli i ich skrzydeł, ciągle w ruchu. Potężna fala życia, która wędruje poprzez czas. Odkrycie "efektu motyla" kończy według mnie epokę niezachwianej ludzkiej wiary we własną swoją sprawczość, zdolność kontroli, a tym samym poczucie supremacji w świecie. Nie odbiera to człowiekowi jego mocy jako budowniczego, zdobywcy i wynalazcy, uzmysławia jednak, że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż kiedykolwiek mogło się człowiekowi wydawać. I że jest on zaledwie małą cząstką tych procesów. Mamy coraz więcej dowodów na istnienie spektakularnych i czasem bardzo zaskakujących zależności w skali całego globu. Jesteśmy wszyscy – my, rośliny zwierzęta, przedmioty – zanurzeni w jednej przestrzeni, którą rządzą prawa fizyczne. Ta wspólna przestrzeń ma swój kształt, a prawa fizyczne rzeźbią w niej niepoliczalną ilość form nieustannie do siebie nawiązujących. Nasz układ krwionośny przypomina systemy dorzeczy rzek, budowa liścia jest podobna do systemów ludzkiej komunikacji, ruch galaktyk – wir spływającej wody w naszych umywalkach. Rozwój społeczeństw – kolonie bakterii. Mikro i makroskala ukazuje nieskończony system podobieństw. Nasza mowa, myślenie, twórczość nie są czymś abstrakcyjnym i oderwanym od świata, ale kontynuacją na innym poziomie jego nieustannych procesów przemiany.
6. Zastanawiam się tutaj cały czas, czy możliwe jest znalezienie dzisiaj podwalin pod nową opowieść uniwersalną, całościową, niewykluczającą, zakorzenioną w naturze, pełną kontekstów i jednocześnie zrozumiałą. Czy możliwa jest taka opowieść, która wyszłaby poza niekomunikatywne więzienie własnego "ja", odsłoniła większy obszar rzeczywistości i ukazała wzajemne związki? Która umiałaby się zdystansować od udeptanego oczywistego i banalnego centrum "powszechnie podzielanych opinii" i potrafiła spojrzeć na sprawy eks-centrycznie, spoza centrum? Cieszę się, że literatura cudownie zachowała sobie prawo do wszelkich dziwactw, do fantasmagorii, prowokacji, do groteski i wariactwa. Marzą mi się wysokie punkty widzenia i szerokie perspektywy, w których kontekst wykracza daleko poza to, czego moglibyśmy się spodziewać. Marzy mi się język, który potrafi wyrazić najbardziej niejasną intuicję, marzy mi się metafora, która przekracza kulturowe różnice, i w końcu gatunek, który stanie się pojemny i transgresyjny, a jednocześnie ukochają go czytelnicy. Marzy mi się także nowy rodzaj narratora – "czwartoosobowego", który oczywiście nie sprowadza się tylko do jakiegoś konstruktu gramatycznego, ale potrafi zawrzeć w sobie zarówno perspektywę każdej z postaci, jak i umiejętność wykraczania poza horyzont każdej z nich, który widzi więcej i szerzej, który jest w stanie zignorować czas. O tak, jego istnienie jest możliwe. Czy zastanawialiście się kiedyś, kim jest ten cudowny opowiadacz, który w Biblii woła wielkim głosem: "Na początku było słowo"? Który opisuje stworzenie świata, jego pierwszy dzień, kiedy chaos został oddzielony od porządku? Który śledzi serial powstawania kosmosu? Który zna myśli Boga, zna jego wątpliwości i bez drżenia ręki stawia na papierze to niebywałe zdanie: "I uznał Bóg, że to było dobre". Kim jest to, które wie, co sądził Bóg? Wyjąwszy wszelkie wątpliwości teologiczne możemy uznać tę figurę tajemniczego i czułego narratora za cudowną i znamienną. To punkt, perspektywa, z której widzi się wszystko. Widzieć wszystko to uznać ostateczny fakt wzajemnego powiązania rzeczy istniejących w całość, nawet jeżeli te związki nie są jeszcze przez nas poznane. Widzieć wszystko oznacza też zupełnie inny rodzaj odpowiedzialności za świat, ponieważ staje się oczywiste, że każdy gest „tu” jest powiązany z gestem "tam", że decyzja podjęta w jednej części świata poskutkuje efektem w innej jego części, że rozróżnienie na "moje" i "twoje" zaczyna być dyskusyjne. Należałoby więc uczciwie opowiadać tak, żeby uruchomić w umyśle czytelnika zmysł całości, zdolność scalania fragmentów w jeden wzór, odkrywania w drobnicy zdarzeń całych konstelacji. Snuć historię, żeby było jasne, iż wszyscy i wszystko zanurzone jest w jednym wspólnym wyobrażeniu, które za każdym obrotem planety pieczołowicie produkujemy w naszych umysłach. Literatura ma taką moc. Musielibyśmy porzucić te nieskomplikowane kategorie wysokiej i niskiej literatury, popularnej i niszowej, z przymrużeniem oka potraktować podział na gatunki. Zrezygnować z określenia "literatury narodowe", wiedząc dobrze, że kosmos literatury jest jeden niczym idea unus mundus, wspólnej rzeczywistości psychicznej, w której jednoczy się nasze ludzkie doświadczenie, zaś Autor i Czytelnik pełnią równoważną rolę, pierwszy przez to, że tworzy, drugi zaś dzięki temu, że dokonuje nieustannej interpretacji. Może powinniśmy zaufać fragmentowi, jako że fragmenty tworzą konstelacje zdolne opisać więcej i w bardziej złożony sposób, wielowymiarowo. Nasze opowieści mogłyby się w nieskończony sposób odnosić do siebie, a ich bohaterowie wchodzić ze sobą w relacje. Myślę, że czeka nas przedefiniowanie tego, co rozumiemy dziś pod pojęciem realizmu, i poszukiwanie takiego, który pozwoliłby nam przekroczyć granice naszego ego i przeniknąć przez ten szybo-ekran, przez który widzimy świat. Potrzeba rzeczywistości jest dziś przecież obsługiwana przez media, portale społecznościowe, bezpośrednie relacje w internecie. Może to, co nieuchronnie nas czeka, to jakiś neosurrealizm, na nowo rozłożone punkty widzenia, które nie będą się bały zmierzyć z paradoksem i pójdą pod prąd wobec prostego porządku przyczynowo skutkowego. O, tak, nasza rzeczywistość już stała się surrealna. Jestem też pewna, że wiele opowieści domaga się przepisania w nowych intelektualnych kontekstach, inspirując się nowymi teoriami naukowymi. Ale równie ważne wydaje mi się ciągłe nawiązywanie do mitu i całego ludzkiego imaginarium. Taki powrót do zwartych struktur mitologii, mógłby przynieść jakieś poczucie stałości w tym niedookreśleniu, w którym dziś żyjemy. Wierzę, że mity stanowią budulec naszej psyche i nie da się ich zignorować (co najwyżej można być nieświadomym ich wpływu). Zapewne wkrótce pojawi się jakiś geniusz, który będzie mógł skonstruować zupełnie inną, niewyobrażalną dziś jeszcze narrację, w której zmieści się wszystko, co istotne. Taki sposób opowiadania z pewnością nas zmieni, porzucimy stare krepujące perspektywy i otworzymy się na nowe, które przecież istniały gdzieś tu zawsze, ale byliśmy na nie ślepi. W Doktorze Faustusie Tomasz Mann pisał o kompozytorze, który wymyślił nowy rodzaj totalnej muzyki będącej w stanie zmienić ludzkie myślenie. Ale Mann nie opisał tego, na czym miałaby polegać ta muzyka, stworzył tylko wyobrażenie, jak mogłaby ona brzmieć. Może właśnie na tym polega rola artystów – dać przedsmak tego, co mogłoby istnieć i w ten sposób sprawić, że mogłoby ono stać się wyobrażonym. A to, co wyobrażone, jest pierwszym stadium istnienia.
7. Piszę fikcję, ale nigdy nie jest to coś wyssanego z palca. Kiedy piszę, muszę wszystko czuć wewnątrz mnie samej. Muszę przepuścić przez siebie wszystkie istoty i przedmioty obecne w książce, wszystko, co ludzkie i poza ludzkie, żyjące i nieobdarzone życiem. Każdej rzeczy i osobie muszę przyjrzeć się z bliska, z największą powagą i uosobić je we mnie, spersonalizować. Do tego właśnie służy mi czułość – czułość jest bowiem sztuką uosabiania, współodczuwania, a więc nieustannego odnajdowania podobieństw. Tworzenie opowieści jest niekończącym się ożywianiem, nadawaniem istnienia tym wszystkim okruchom świata, jakimi są ludzkie doświadczenia, przeżyte sytuacje, wspomnienia. Czułość personalizuje to wszystko, do czego się odnosi, pozwala dać temu głos, dać przestrzeń i czas do zaistnienia, i ekspresji. To czułość sprawia, że imbryk zaczyna mówić. Czułość jest tą najskromniejszą odmianą miłości. To ten jej rodzaj, który nie pojawia się w pismach ani w ewangeliach, nikt na nią nie przysięga, nikt się nie powołuje. Nie ma swoich emblematów ani symboli, nie prowadzi do zbrodni ani zazdrości. Pojawia się tam, gdzie z uwagą i skupieniem zaglądamy w drugi byt, w to, co nie jest "ja". Czułość jest spontaniczna i bezinteresowna, wykracza daleko poza empatyczne współodczuwanie. Jest raczej świadomym, choć może trochę melancholijnym, współdzieleniem losu. Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu. Czułość dostrzega między nami więzi, podobieństwa i tożsamości. Jest tym trybem patrzenia, które ukazuje świat jako żywy, żyjący, powiązany ze sobą, współpracujący, i od siebie współzależny. Literatura jest właśnie zbudowana na czułości wobec każdego innego od nas bytu. To jest podstawowy psychologiczny mechanizm powieści. Dzięki temu cudownemu narzędziu, najbardziej wyrafinowanemu sposobowi ludzkiej komunikacji, nasze doświadczenie podróżuje poprzez czas i trafia do tych, którzy się jeszcze nie urodzili, a którzy kiedyś sięgną po to, co napisaliśmy, co opowiedzieliśmy o nas samych i o naszym świecie. Nie mam pojęcia, jak będzie wyglądało ich życie, kim będą. Często o nich myślę z poczuciem winy i wstydu. Kryzys klimatyczny i polityczny, w którym dzisiaj próbujemy się odnaleźć i któremu pragniemy się przeciwstawić, ratując świat, nie wziął się znikąd. Często zapominamy, że nie jest to jakieś fatum i zrządzenie losu, ale rezultat bardzo konkretnych posunięć i decyzji ekonomicznych, społecznych i światopoglądowych (w tym religijnych). Chciwość, brak szacunku do natury, egoizm, brak wyobraźni, niekończące się współzawodnictwo, brak odpowiedzialności sprowadziły świat do statusu przedmiotu, który można ciąć na kawałki, używać i niszczyć. Dlatego wierzę, że muszę opowiadać tak, jakby świat był żywą, nieustannie stawającą się na naszych oczach jednością, a my jego – jednocześnie małą i potężną – częścią." (http://www.tvn24.pl)

Źródło: https://www.tvn24.pl/kultura-styl,8/olga-tokarczuk-wyglosila-przemowe-noblowska,991401.html
Liv12365
dwa lata temu
Jak i również link: https://www.youtube.com/watch?time_continue=13&v=VvZAXL28K2E&feature=emb_title
Zaciekawiony
dwa lata temu
Neurotyk
dwa lata temu
Neurotyk
dwa lata temu
Zaciekawiony
dwa lata temu
Pisanie wierszy "a natchnieniu" jest niebezpieczne. Po pierwsze, pod wpływem emocji można nie zauważyć różnych kiksów, a po drugie wena może czasem dość raptownie ulecieć. Coś takiego zdarzyło się angielskiemu romantykowi Samuelowi Coleridge'owi, który pewnego dnia 1797 roku obudził się z gotowym pomysłem.
Coleridge, wraz z Southeyem i Wordsworthem zaliczany do grupy "poetów jezior" był jednym z pierwszych wprowadzających do angielskiej poezji rodzący się dopiero romantyzm. Był znudzony miejskim życiem, które miało odcinać człowieka od prawdy i prostoty natury, ambicje idealistyczne zniszczyła w nim nieudana i ostatecznie wynaturzona w swoje przeciwieństwo Rewolucja Francuska, dlatego wyjechał na północ Anglii, do Krainy Jezior, aby tam oddać się kontemplacji i nowym poszukiwaniom poetyckim.
Nie jest dziś tajemnicą, że słabego zdrowia i cierpiący na migreny poeta tam właśnie uzależnił się od opium, co mogło mieć wpływ na wyobraźnię. Stworzył tam zresztą wiersze uważane za jego najlepsze dokonania - "Rymy o sędziwym marynarzu"; "Christobel"; "Francja" i mający swój początek w opiumowym śnie "Kubla Chan".

Tak więc pogrążony we śnie, być może pogłębionym i ubarwionym opium, poeta zobaczył w nim poemat. Było to przeczucie pokazujące całość, wielką i wielowątkową. Od razu po przebudzeniu rzucił się aby zapisać to co jeszcze pamięta. I tu ujawniła się złośliwość lodu - gdy miał zapisane już około 200 linijek, co stanowiło niewielką część całości, ktoś mu przerwał. Źródła różnie podają, ale najczęściej mówi się o właścicielu domu, który dopytywał się o niezapłacony czynsz. Po zapłaceniu i spławieniu natręta poeta ponownie zasiadł przed karty z piórem i wpadł w rozpacz. Nie pamiętał już co miało być dalej.
Z mozołem odtworzył kilkanaście linijek, ale czując, że "to nie jest to", zanotował drobne urywki z dalszych, mających pojawić się dużo dalej części, ale nie był w stanie powrócić do stanu, w jakim zaczął pisać. Poemat, który uważał w tym czasie za swoje najlepsze dzieło, przepadł w mrokach pamięci.

"W Xanadu Kubla Chan rozkazu mocą
Pałac rozkoszy wzniósł wspaniały
Gdzie rzeka Alph swe święte wody toczy
W grot głębi, gdzie się gubią ludzkie oczy
Ku morzu, które słońca nie zaznało.
Ziemi dwakroć mil pięć bogatej płodami
Otoczył krąg wyniosły murów z wieżycami.
W środku strumienie kręte na ogród blask lały
Gdzie kwitły mnogie drzewa kadzidlane
I odwieczne jak wzgórza lasy otaczały
Rozsłonecznione polany. (...)"
Przekład - Ludwik Dorn

Wiersz "Kubla Chan" opublikowano dopiero po upływie 20 lat na gorącą prośbę Byrona, uważany jest dziś za jedno z najciekawszych dzieł romantycznych. Szkoda więc, że nie został ukończony. Zasadnicza fabuła oplata się wokół postaci historycznej, Chana, który podbił Chiny, ale już na początku rozpada się na trzy wątki. Na początku obserwujemy, jak to Chan przybywa do krainy Xanadu, aby zbudować wspaniały zamek, potem jednak punkt widzenia schodzi pod ziemię, gdzie przez lodowe jaskinie pędzi niepowstrzymana rzeka, krusząca skały swym pędem i wytryskująca na powierzchnię wysoką fontanną; po czym przyglądamy się abisyńskiej dziewczynie grającej na cymbałach tak pięknie, że jej muzykę pragnął wpleść w swój pałac Chan, który...
No i tu się urywa.

Wiersz napisano został nie do końca regularnie - w ramach metrum jambiczego przeważają wersy pięcio i czterostopowe, niektóre mieszczą tylko trzy stopy metryczne, rym pojawia się swobodnie, w różnych odstępach. Brzmienie miejscami jest podbite aliteracją.
Maurycy Lesniewski
dwa lata temu
Kiedy przyszli...

Martin Niemöller, 1892-1984
(niemiecki pastor luterański; wiersz napisany w obozie w Dachau w 1942 r.)
Po polsku:

Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem.
Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą.
Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem.
Nie byłem przecież socjaldemokratą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem.
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.

W oryginale (po niemiecku):

Als die Nazis die Kommunisten holten, habe ich geschwiegen; ich war ja kein Kommunist.
Als sie die Sozialdemokraten einsperrten, habe ich geschwiegen;
ich war ja kein Sozialdemokrat.
Als sie die Gewerkschafter holten, habe ich nicht protestiert;
ich war ja kein Gewerkschafter.
Als sie mich holten, gab es keinen mehr, der protestieren konnte.
bogumil1
dwa lata temu
Ha ha ha głupi cytat starego szwabskiego komucha. Gdyby najpierw przyszli po Ciebie myślisz, że ci wszyscy Żydzi, socjaldemokraci, związkowcy i inna swołocz by protestowała?
bogumil1
dwa lata temu
Err-protestowali.
iNick
dwa lata temu
bogumil1, Dlatego ja ścigam Bogumiłów, zanim zaczną przychodzić po kogokolwiek. Szkoda, że do innych ciężko dociera, to co wyniknie z przyzwoleń i pogłaskiwania. "Dobry Bogumił" - wiara w iluzję.
iNick
dwa lata temu
Myślę, że coś się potwierdza po raz enty.
Freya
dwa lata temu
Ciekawe są posty Zaciekawionego & Leśniewskiego.

A więc upośledzenia są nie tylko genetyczną wariacją lecz także formatywną możliwością.
Pranie mózgu czy wotherboaring zakazany ?
AlaOlaUla
dwa lata temu
Który skrzywdziłeś

Który skrzywdziłeś człowieka prostego
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego,

Choćby przed tobą wszyscy się skłonili
Cnotę i mądrość tobie przypisując,
Złote medale na twoją cześć kując,
Radzi że jeszcze jeden dzień przeżyli,

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta
Możesz go zabić - narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy.

Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy
I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.

_
Czesław Miłosz (Washington D.C., 1950)

Część postów została ukryta (74)

Zaloguj się, aby przeglądać cały wątek

Agnes07
miesiąc temu
Proszę :)
kigja
miesiąc temu
Błogosławiona zapałka

Błogosławiona
która spłonęła, wzniecając ogień.
Błogosławiony ogień, który płonie
w sekretnej sile serca.
Błogosławione serce, które ma moc,
by je honor zatrzymał.
Błogosławiona zapałka,
która spłonęła, wzniecając ogień.

Hannah Szenes
Węgierska poetka pochodzenia żydowskiego, rozstrzelana w 1944r. za nie ujawnienie szczegółów misji.
kigja
miesiąc temu
Wczorajszemu

Ufa­łeś: na nie­bo jak na stru­nę mięk­ko zło­żysz dłoń,
mu­zy­kę po­dasz ustom, uto­czysz do­tknię­ciem,
łu­kiem wier­sza wy­so­kie księ­ży­co­we tło
wpro­wa­dzisz w bez­miar do­lin –
Mo­dli­twę noc­nych cie­ni roz­wie­sisz jak wię­cierz
na słod­kich oczach dzie­wann i szu­mach to­po­lich.

Ufa­łeś: trze­pot pta­ków roz­sie­jesz ziar­ni­sty,
roz­le­głą pier­sią uj­miesz ho­ry­zon­ty, w któ­rych świat
pły­wa mały jak z dzie­ciń­stwa okrę­cik.

Klech­da z omsza­łych lat
– świ­ty w klech­dzie po­wie­wa­ły krwa­we –
do snu ko­ły­sa­ła dzie­ci.

Taką klech­dą prze­ła­mał się dzień
wal­czą­cej
War­sza­wy.

Wte­dy –
roz­wio­dły się nad mia­stem or­na­men­ty łun
na zło­tych kol­cach wie­życ i beł­ko­cie Wi­sły,

mu­zy­ka – lecz nie nie­ba – krą­ży­ła jak sen,
dziś wiesz:
to sko­wyt strza­łów na bru­kach się wił,
ota­czał, cho­dził wo­kół jak zbłą­ka­ny zwierz.

A to­bie – dni wczo­raj­sze w oczach nie osty­gły,
ufa­łeś…
Księ­życ sier­pem zmru­żo­ne rzę­sy ko­sił,
wśród krzy­ży zwi­jał świa­tła pur­pu­ro­wą nit­kę;
żoł­nie­rze nie­śli drżą­ce, spo­kor­nia­łe oczy
na sfru­wa­ją­cą po­wie­trzem
bia­łą Nike.

Fa­lo­wał spo­kój w cie­płej dar­ni,
kie­dy mło­dzi ple­ca­mi wspar­ci o wiecz­ność
od­cho­dzi­li w głę­bo­kie po­sła­nia.
Więc na­kry­ły ich ob­ło­ki po­dob­ne ku­li­stym mle­czom
i wiatr, któ­re­muś wie­rzył – skła­dał po­ca­łun­ki umar­łym.

Nie wie­dzia­łeś, że dłoń, któ­rą uczy­łeś śpie­wać,
po­tra­fi nie­na­wi­dzić i pię­ścią gru­bieć peł­ną,
gnie­wu uno­sić ża­giew –
Ufa­łeś. Nie uko­ił two­ich ust śpiew drze­wa
i oczu blask nie za­jął pod ko­pu­łą heł­mu,
i ser­ca nie na­sy­cił krzyk wbi­ty na ba­gnet.

Dzień roz­brój z woni sia­na. San­da­ły zie­lo­ne
niech zo­sta­wi przed pro­giem, na któ­rym go cze­kasz –
odej­mij pust­kę oczom, gdy w smut­ku za­to­ną,
i nie daj mó­wić wia­trom o li­lio­wych zmierz­chach.
Bo kła­mią. Bo śpie­wa­ją go­re­ją­cą lawą,
że zno­wu dłoń na nie­bo jak na stru­nę zło­żysz,
mu­zy­kę po­dasz ustom –

Dzi­siaj –
w pia­skach cmen­ta­rzy
po­wię­dły echa strza­łów,
wi­ru­je błę­kit ni­ski jak wczo­raj ła­ska­wy,
jak lu­stro.

Każ tra­wie, by mil­cza­ła. Jej śpiew cię za­dła­wi,
spo­wi­je watą wzru­szeń i ci­śnie w nie­pa­mięć.
Nim ock­niesz się, już ser­ce za­gu­bisz w ob­ra­zie
i dło­nie w prze­ra­że­niu mil­czą­co za­ła­miesz.

Dzi­siaj
ina­czej zie­mię wi­tać!
Wie­rzy­łeś: sło­wi­czym pie­niem wier­szy po­pły­nie sła­wa har­da
i wzej­dzie w barw­nych tę­czach, obu­dzi się w mi­tach.

Nie tak.

Na­zbyt dusz­no jest sło­wom na war­gach
cio­sa­nym z łun i żalu o wa­dze ka­mie­nia –
My­śla­łeś: bę­dzie pro­ściej.
A tu sło­wa, śpiew­ne sło­wa trze­ba za­mie­niać,
by go­dzi­ły jak oszczep.

***

Święty kucharz od Hipciego

Święty kucharz od Hipciego
Wszyscy święci, hej, do stołu!
W niebie uczta: polskie flaczki
wprost z rynsztoków
Kilińskiego!
Salcesonów misa pełna,
Świeże, chrupkie
Pachną trupkiem:
To z Przedmurza!
Do godów, święci, do godów,
Przegryźcie Chrystusem
Narodów!

Tadeusz Gajcy
- zginął 16 VIII 1944 razem ze Zdzisławem Leonem Stroińskim w wysadzonej przez Niemców kamienicy przy ul. Przejazd 1/3, walcząc w grupie szturmowo‑wypadowej por. Ryszarda (Jerzego Bondarowskiego). Przy jego zwłokach znaleziono powstańczy wiersz "Święty kucharz od Hipciego".
kigja
3 tygodnie temu
Kiedy przyszli...

Martin Niemöller, 1892-1984
(niemiecki pastor luterański; wiersz napisany w obozie w Dachau w 1942 r.)

Po polsku:

Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem.
Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą.
Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem.
Nie byłem przecież socjaldemokratą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem.
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.

W oryginale (po niemiecku):

Als die Nazis die Juden holten, habe ich nicht protestiert; ich war ja kein Jude.
Als sie die Kommunisten holten, habe ich geschwiegen; ich war ja kein Kommunist.
Als sie die Sozialdemokraten einsperrten, habe ich geschwiegen;
ich war ja kein Sozialdemokrat.
Als sie die Gewerkschafter holten, habe ich nicht protestiert;
ich war ja kein Gewerkschafter.
Als sie mich holten, gab es keinen mehr, der protestieren konnte.

Tekst angielski:

First they came for the Jews and I did not speak out because I was not a Jew.
Then they came for the Communists and I did not speak out
because I was not a Communist.
Then they came for the trade unionists and I did not speak out
because I was not a trade unionist.
Then they came for me and there was no one left to speak out for me.
Patriota
3 tygodnie temu
Ha, ha, ale on głupi i naiwny ten pastor, myśli że by protestowali Żydzi, albo komuchy gdyby przyszli najpierw po pastora. Jeszcze by się cieszyli.
Pastorów ewangelickich raczej rzadko ruszali, chyba że był jednocześnie komuchem. Księży katolickich za to z pasją rozstrzeliwali lub zamykali do obozów, szczególnie tych z terenów podbitych.
IgaIga
3 tygodnie temu
Patriota - Ty tak serio?
Patriota
3 tygodnie temu
Nie, na żarty. Myślisz, że Żydzi albo komuniści by pastorze płakali?
Patriota
3 tygodnie temu
err po pastorze
pansowa
3 tygodnie temu
Ale idiota...
Tjeri
3 tygodnie temu
Kigja, ten wiersz wykorzystał Turski w swojej przemowie w Oświęcimiu. W prostych słowach w sedno o obojętności. Dziś, kiedy neofaszyści (jak wiadomo kto) znów rozsiewają zło, powinniśmy się wsłuchać w te słowa.
pansowa
3 tygodnie temu
Ten kretyn i tak nie rozumie przesłania tego wiersza.
Tego naziola zaślepiają słowa komuniści, socjaldemokraci, czy Żydzi.
Tjeri
3 tygodnie temu
Nie ma co się żołądkować. On tylko przekazuje "przekaz dnia".
Patriota
3 tygodnie temu
Pytałam się Tjeri, czym jest lewak. Zakutym łbem, bo nie rozumie prostego przekazu. Wystarczy popatrzeć jak dziś reagują lewacy i Żydzi na jakąkolwiek wpadkę katolickiego księdza. Mściwą satysfakcją. No ale do kurzyć móżdżków to nie dociera, tylko wyzywać potrafią.
pansowa
3 tygodnie temu
Idiota...
pansowa
3 tygodnie temu
I znowu oszukujesz katoliku zasrany.
To Tjeri ciebie o to pytała.
Jak tam konie w Janowie? :)))
Patriota
3 tygodnie temu
A dobrze, naziści i bolszewicy przyczynili się do jej rozkwitu.
pansowa
3 tygodnie temu
Idiota...
Patriota
3 tygodnie temu
Nie musisz się tak intensywnie promować. Wszyscy wiedzą, kim jesteś i w jakim ośrodku to leczysz. Szkoda, że bez rezultatów😆😆😆
pansowa
3 tygodnie temu
Idiota...
IgaIga
3 tygodnie temu
A jak reagują katoliccy księża? I za co tak nienawidzą Żydów Ci podający się za wzór katolickich cnót?
IgaIga
3 tygodnie temu
A Jezus to w jakiej rodzinie przyszedł na świat? Nie w Żydowskiej?
kigja
3 tygodnie temu
Rany, ludzie, dlaczego tu spamujecie?!

:(
Patriota
3 tygodnie temu
Jaki masz dowód że księża katoliccy nienawidzą Żydów, Iga? Nic mi nie wiadomo na ten temat. Po co piszesz w ogóle takie głupoty. Wręcz bezkrytyczna żydofila panuje w tym środowisku powiedziałbym.
pansowa
3 tygodnie temu
Dobrze, że mamy tu naziola i bezkrytycznego bałwochwalcę czarnych.
IgaIga
3 tygodnie temu
Nie napisałam, że księża. Napisałam, że Ci wszyscy przykładni i miłosierni katolicy.
IgaIga
3 tygodnie temu
kigja - my spamujemy na temat. W obronie przesłania wiersza.
kigja
3 tygodnie temu
Aaaa!
Tylko bezrozumny człowiek nie jest w stanie pojąć przesłania. Kto nim jest? Każdy widzi.
Patriota
3 tygodnie temu
Tak jest, spamujemy, żeby udowodnić głupotę tego przesłania.
Na jednym z portali podano, że pali się polski kościół w Kijowie.

Jeden z komentarzy: To dobrze.

Identycznie by komuniści zareagowali na aresztowanie tego pastora, gdyby to na niego pierwszego padło. Więc przesłane wiersza jest wyjątkowo bzdurne.
IgaIga
3 tygodnie temu
A to, że ktoś jest świnią, to wystarczający powód do tego żebyś i Ty chrumkał?
pansowa
3 tygodnie temu
I tak jest to niech chrumka.
Za dobrze znamy oszołoma.
Patriota
3 tygodnie temu
Iga, ale to nie jest tylko jeden taki komentarz. Tak reagują wszyscy lewacy. Identycznie by zareagowali komuniści i Żydzi, a oni byli skomunizowani. Jeśli ten pastor, który jak czytałem autentycznie walczył z hitleryzmem, postawił się obok krwiożerczych komunistów to chyba coś mu się jednak pomyliło.
Zaciekawiony
3 tygodnie temu
"czym jest lewak. Zakutym łbem, bo nie rozumie prostego przekazu"
W takim razie jesteś Lewakiem.
Zaciekawiony
3 tygodnie temu
To do czego doszło na końcu było wynikiem tego, że pozwalano władzy prześladować kolejne grupy społeczne i uciszać krytyków. Po odsianiu kolejnych i kolejnych "wrogów" okazało się, że władza jest wroga też wobec "zwykłych ludzi".
Patriota
3 tygodnie temu
No chyba tobie trudno zrozumieć najprostszy przekaz, pastora nie aresztowali z racji jego funkcji w kościele protestanckim, ale dlatego, że był aktywnym konspiratorem antyhitlerowskim. Zwykłych ludzi żadna dyktatura z reguły nie aresztuje, poza jedną, bolszewicką, lewacką, która opiera się na paranoi i podejrzeniach. Hitler akurat wiedział kogo aresztuje, a byli to wrogowie państwa, jako takiego, a nie tylko Hitlera. Gdyby bolszewia objęła tam władzę pewnie w samych Niemczech byłyby miliony trupów, bez wojny. Podobnie zresztą jak w Hiszpanii. Zanim Franko ich nie uciszył zdołali już dokonać spektakularnych ludobójstw i zniszczeń. W II RP akurat propaganda lewacka była również zakazana, a co bezczelniejsi przywódcy siedzieli w więzieniach, m.in. stary obecnego rednacza gejzety wybiórczej. Teraz jego synuś działa.
Zaciekawiony
3 tygodnie temu
Nadal pokazujesz, że nie rozumiesz wiersza. Na końcu można dodać "ludzie nie reagowali, gdy przyszli po mnie, bo nie spiskowali przeciw władzy" i ciągnąć to dalej i dalej.
pansowa
3 tygodnie temu
I nie zrozumie.
Mózgu toto nie ma, wyczucia zero, a stopień pierdolca na jednym zagadnieniu - skrajny.
Patriota
3 tygodnie temu
Zaciekawiony, toć ci tłumaczę jak krowie na wygonie, że jakby nie spiskował przeciw władzy, to by po niego nie przyszli. A po komunistów że przyszli to powinien się cieszyć, bo oni palili kościoły, mordowali duchownych, nawet pastorów i popów, więc gdyby to oni dostali się do władzy to by rozprawili się z kościołem z definicji, a nie tylko z pastorem, który jawnie występował przeciw władzy. Proste, ale widzę, że nie dla Ciebie. Z logiką się pewnie rozminąłeś o kilometr.
Patriota
3 tygodnie temu
Pastorzy nie siedzieli masowo w więzieniach za Hitlera, póki co.
pansowa
3 tygodnie temu
I w dalszym ciągu nie wie o co chodzi.
Ale tłuk.
Zaciekawiony
3 tygodnie temu
On się domyśla, ale nie chce przyznać, bo to by oznaczało że może prześladowanie żydów i Komunistą w hitlerowskich Niemczech było złe, a dla niego było inaczej.
pansowa
3 tygodnie temu
Chyba masz rację zaciekawiony, ale stopień blokady, durnoty i zideologizowania humanizmu u pacjenta jest niesamowity.
Patriota
3 tygodnie temu
Zaciekawiony, a cóż w tym dziwnego, że tępił agenturę sowiecką?
pansowa
3 tygodnie temu
Głupek
Zaciekawiony
3 tygodnie temu
Czyli mówisz, że utworzenie obozów koncentracyjnych było słuszne? Bo to była jego metoda walki z kolejnymi grupami, z którymi było mu nie po drodze.
Patriota
3 tygodnie temu
Zaciekawiony, akurat jeśli chodzi o Niemcy, to nie były jakieś kolejne grupy, tylko jedna grupa grupa - komuniści. A Żydzi w większości byli skomunizowani. Szczególnie ci najbogatsi i najbiedniejsi. Więc to była jedna i ta sam grupa. Spójrz jaka grupa tworzyła naszą polską partię socjalistyczną (PPS) przed jej podziałem, Żydów było tam multum, po podziale oni utworzyli komunizującą SKPiL, Piłsudski się od nich odciął. W Niemczech było pod tym względem gorzej. To byli de facto zwolennicy i współpracownicy Stalina, czyli żydokokomuny sowieckiej. Bo nie przypominam sobie żadnej innej grupy w Niemczech, którą Hitler jeszcze by zwalczał. Identycznie zrobił Stalin, całą "opozycję" faktyczną i rzekomą zamknął w gułagach. A czym były gułagi, jak nie sowieckimi obozami koncentracyjnymi, albo obozami zagłady.
pansowa
3 tygodnie temu
Czyli de facto naziol popiera ideę obozów koncentracyjnych.
Trudno się dziwić.
A kwestia kto jest wrogiem ustali władza.
Zaciekawiony
3 tygodnie temu
Zwalczał homoseksualistów, Świadków Jehowy, Romów. Do grupy "więźniów politycznych" trafiali też krytycy systemu, którym nie podobało się dowolne zarządzenie Hitlera. Zaczęło się to jeszcze w 1933 roku. Zostało wydane "rozporządzenie o ochronie państwa" w ramach którego zaczęto wtrącać do więzień bez wyroków członków pewnych grup. Lista była w miarę upływu czasu rozszerzana. Zaczynała się od członków mniejszościowej partii Centrum, która była wtedy opozycją, członkowie Bawarskiej Partii Ludowej, dalej komuniścii monarchiści. Potem socjaldemokraci. Potem literaci, dziennikarze, członkowie organizacji katolickich i protestanckich, które wyrażały sprzeciw wobec tym aresztowaniom. Potem ustawę rozszerzono, i można było zostać aresztowanym za opowiedzenie dowcipu o Hitlerze. Następnie zaczęto aresztować osoby "aspołeczne" czyli włóczęgów, kryminalistów, kobiety po aborcji, gejów, prostytutki, kobiety na które doniesiono, że źle się prowadzą. Podstawą aresztowania by też pacyfizm. W 1935 można było być aresztowanym za samo bycie Romem lub Sinti.
Patriota
2 tygodnie temu
Homoseksualizm był prawnie w Niemczech zakazany od nie wiadomo kiedy. Właśnie przeczytałem przy okazji czytania o poczcie, że w Polsce nie był już penalizowany, a na terenie Wolnego Miasta już był, bo choć prawnie nie należało do Rzeszy. Więc nie zwalaj winy na Hitlera, bo homoseksualiści w Niemczech zawsze byli penalizowani jeszcze w czasach cesarstwa. Nie byli więc więźniami politycznymi. A poza tym całe wyższe dowództwo S.A. było podobno homoseksualne. Więc to rzekome zwalczanie było wybiórcze. A te grupy literatów, dziennikarzy łączyło to że komunizowały, więc de fakto była to wspólna grupa z komunistami.
Patriota
2 tygodnie temu
Według amerykańskiego historyka Brayna Marka Rugga co najmniej 21 generałów, siedmiu admirałów, jeden feldmarszałek oraz... jeden pułkownik Waffen-SS było Żydami, a zwykłych żołnierzy żydowskich były dziesiątki tysięcy, wielu służyło dobrowolnie. Żydzi mogli więc robić karierę w armii i innych branżach.
pansowa
2 tygodnie temu
Ciekawe do jakiego stopnia posuniesz się w swojej durnocie.
Idąc tropem tak popieprzonej logiki to Holokaust miał miejsce, bo Żydzi nie chcieli robić kariery w nazistowskich Niemczech i 6 milionów z nich było komunistami.
Aleś ty palant.

Zaloguj się, aby wziąć udział w dyskusji