Fragment - Proroctwo Ognia Świtu

Wrzątek powoli wypełniał wannę, gdy on wybierał kosmetyki.

Postawił na ciepłe zapachy. Korzenie, drewno, dym, jabłka, cynamon, ewentualnie chwilami jakiś jaśmin. Konwalie majowe. Szampony, odżywki, olejki, było tam wszystko, a lustro wyśmiewało się z niego, gdy wreszcie się rozebrał i zobaczył jak wielką i podrażnioną wysypkę ma na nogach.

Znalazł pod zlewem maść na alergię i postawił ją wśród reszty kosmetyków, decydując się nie patrzeć na lustro. Nie lubił patrzeć na własną skórę, na twarz, na ciało. Zatopił się we wrzątku i syknął przez zęby, gdy zanurzył ręce i palące nogi.

Wykręcił się w agonii i zatrzasnął szczękę.

Idealnie.

Jego skóra syczała w gorącu, a on był o sekundę od odgryzienia sobie języka, starając się nie wydawać w bólu żadnych dźwięków. Bandaż powoli osunął się z jego ochydnych, rozoranych dłoni. Wyrzucił go na ziemię i wlał do wody olejek zapachowy, olejek na leczenie ran i trochę płynu, żeby piana zakryła ciało.

Wanna była na tyle duża, by pomieścić dziesięć osób. Woda parowała, lustro zakryło się całkowicie – to również było to, co kochał we wrzątku – nie dość, że przypominał o słabościach, że dawał karę za grzechy, to w dodatku zakrywał wszystko, co złe.

Zanurzył głowę w wodzie i nalał na rękę trochę jaśminowego szamponu.

Małym strumieniem wrzątek dolewał się wciąż do wody, by ta nie traciła temperatury. Dokładnie zeskrobał ze skóry wszystko, co na nim było. Wszystkie winy i żale, wszystkie uczucia, a na ręce do przedramion wylał alkohol klaryfikujący i dezynfekujący.

Wykręcił kark do góry i złapał krawędź wanny.

Jego ręce były tak ohydne. Mięso i kości. Reszta ciała spalona i zabliźniona, nieregularna, brzydka. Był brzydki. Czuł jak tusz tatuaża na plecach podgrzewa się od wody – poprosił artystę, żeby tatuaż został zrobiony nagrzewającym się tuszem, by zawsze, gdy będzie używał ognia, czuł wagę tego, co stracił.

Trzy razy nałożył jeszcze na głowę szampon, trzy razy zeskrobał ją paznokciami, połamanymi i ostrymi. Przestał dopiero, gdy zaczęła mu z włosów i rąk skapywać krew. Odżyka. Ciało również umył jeszcze raz, ostrzej.

I jeszcze raz, i jeszcze raz.

Aż czerwona od gorąca skóra stała się szkarłatno-złota od szorowania. Woda zaczynała parzyć czymś więcej niż temperaturą, to było odpowiednie, dobre, bo na to przecież zasłużył. Poparzyłeś Ovaine i resztę ogniem. Teraz ty płoniesz, śmieciu. Myślał, myślał, myślał.

Myślał za mało, bo był głupi, bo istniał Zyran, który był silny, Merikh, który był odważny, Magali, który był męski. A on był głupi, bo myślał, że Ovaine umiałaby go kiedyś pokochać, gdy on nie kochał nawet siebie.

Wyszedł z wody, ociekając krwią, płatami skóry i wodą, wrzątkiem, winą.

Lustro pokazywało jedynie parę. Wziął na dłonie balsam wymieszany z olejkiem, kremem na alergie i czymś na blizny. Potem olejek na włosy. Potem coś jeszcze i coś jeszcze, aż skóra przestała być aż tak szkarłatna. Chłodniejszą wodą zmył z włosów krew, z szyi. Umył twarz mydełkiem ziołowym.

Skrzywił się, bo para opuściła lustro.

Rzucił na nie ręcznik. Nie mógł nakładać teraz munduru, wszystko musiało się wchłonąć. Obwiązał większy ręcznik nisko wokół bioder, a drugi przerzucił sobie wokół rozdrapanej szyi. Przynajmniej Ovaine spała. Było późno, sam powinien iść spać – najpierw musiał iść do pielęgniarki, żeby opatrzyła mu znowu ohydne ręce, bo był ohydny.

Resztki olejku lśniły na jego skórze, kilka kropelek płynęło torsem. Walczył z odkluczeniem drzwi przez ból i śliskość pozostałości skóry na palcach.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Szczepan wczoraj o 14:47
    Prawdziwy talent.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania