Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Gdy człowiek nie wiedział jeszcze, że istnieje opór materii
Babcia Hiacynta siedziała, jak zwykle zresztą, na ławeczce. Lubiła ten skrawek wiejskiej przestrzeni, który jakoś uchował się od ingerencji ludzkiej myśli i ludzkiej materii. Cielsko asfaltu, które rozległo się nieopodal jej podwórka i wtopiło w teren, było łatwo przejezdne dla ludzi, którzy nie pragną żadnego, innego sensu, niż toksyczne poczucie podziwu ze strony społeczeństwa. Wewnętrzne wartości, jakim nadano miana cnót, przybrały egocentryczną, materialną postać podziwu i uwielbienia.
Toksyczny podziw ze strony społeczeństwa, który uzależnia charakter człowieka od materii, zdawał się wyrastać ponad wszelkie, przyziemne sprawy, oderwane od samej materii. Rozległe myśli, które dławią w zalążku chęć zerwania relacji ze światem w postaci, jaką świat teraz hołduje, akceptuje i promuje, spowiły coś na pozór pajęczej sieci, w którą wpadają zagubione spojrzenia, by ujrzeć materię.
Niegdyś, gdy życie jeszcze kusiło w swój życiowy sposób, a późność nocy dawała przestrzeń ku temu, by oddać się w objęcia ruchliwego miasta, jak oddać namiętność w ramiona mężczyzn, który również znali tylko materię i opór, a ponad wszystko pragnęli ten opór zniszczyć, wejść w materię i przejąć nad nią kontrolę. Pragnęli, by materia stała się pryzmatem, przez który społeczeństwa postrzegają siebie nawzajem, w takie, późne noce, gdy kroki były jeszcze pełne świeżej energii z racji wieku. Pewne siebie z racji braku doświadczenia, które zastępowała niezachwiana, idealistyczna buńczuczność młodzieńczego ducha, w takie to noce świat zdawał się, iż stoi otworem, ukazuje swoje bogactwo ludziom młodym i mruga zalotnie światłami latarni i neonów.
Długie, nocne spacery i miejska autostrada wrażeń. Odgłosy i śmiechy, a ponad wszystkim beztroski jeszcze umysł, który zamiast rozumieć naturę rzeczy, wolał wierzyć we własną rozumność, jako coś, co może przeciwstawić się samej naturze i nadać jej zupełnie nowy sens. Młody umysł, który nie poznał jeszcze materii w sposób, w jaki poznali ją ludzie starsi, ponieważ nie zdawał sobie sprawy z tego, jak dotkliwe jest to poznanie i jak głębokie piętno materia odciśnie na człowieku. Młody człowiek nie wierzył jeszcze w materię, chociaż była obecna na każdym kroku, nie wierzył, a jednak to materii pragnął najmocniej, nasycenia tkanek ogromem wrażeń i przeżyć. Zdawać się mogło, iż oto młody człowiek przenika materię i rozumie ten świat na wskroś, do bólu, okazało się, iż jedyne, co młody człowiek robi, to plądruje samego siebie przez samą właśnie materię.
Teraz jednak widok błotnistego podwórka, które po deszczu zamienia się w bajorko, a z którego to słowa śmieją się czasem dzieci, gdy na moment oderwą oczy od wyświetlaczy telefonów, by powiedzieć coś w niezrozumiałym języku, w którym słychać tylko resztki ojczystej mowy; teraz jednak widok błotnistego podwórka, na którym praktycznie nie było już trawy, a po którym chadzały jeszcze kury, chociaż mówiło się o tym, że dzieje się to nielegalnie, wywołał u babci Hiacynty dziwnego rodzaju tęsknotę, z którą patrzyła w stronę ogromnego lustra.
Lustro to zdawało się rosnąć ponad lasem. Lustro to było ponoć schronieniem dla lasu. Babcia Hiacynta wiedziała jednak, iż nie jest to lustro ochronne, a lustro ekspansywne. Las przecież usechł. Opadły liście, ptaki uciekły, zwierzyna ruszyła głębiej, nawet trawy, pomimo sporej ilości deszczu, są bardziej pożółkłe. Lustrzany dach, który ustawiono nad lasem, by mógł się nim opiekować, był jego strażnikiem, do tego surowym, strażnikiem więziennym. Liście rzadko widywały słońce — to było zarezerwowane dla lustra. Lustro stało w sposób majestatyczny i dumny, a promienie słońca, które nań uderzyły, oślepiały chwilami do tego stopnia, iż człowiek obawiał się, że jego oczy spłoną.
Przy każdym niemal domu znajdował się sporych rozmiarów zegar. Zegar ten dokładnie odliczał, w którym momencie rozgrzane promienie słońca rozciągną swe cielsko po podwórku. Był to złożony mechanizm, który pod uwagę brać musiał zachmurzenie, porę roku, by w precyzyjny sposób ostrzec domowników przed chwilą, w której ognisty promień światła, biały, rozgrzany płomień prześlizgnie się po podwórku, rozgrzeje asfalt i strawi roślinność, która próbuje wydostać się spod jarzma ogromnego lustra. By zapewnić bezpieczeństwo podróżnym, asfaltowe drogi zawsze znajdowały się pod lustrem, a lustro natomiast zdawało się powoli oplatać planetę.
Wtedy również, gdy zegar wysyłał ostrzeżenie poprzez aplikację mobilną do każdego, połączonego z lustrem domownika, należało uciekać czym prędzej do środka. Gdyby któreś ze zwierząt pozostało na podwórku, umarłoby, a raczej zostało upieczone. Podobnie z ludźmi. Inteligentne domy, które stanowiły schronienie dla ludzi, samodzielnie zasuwały mosiężne rolety, by ochronić w ten sposób wnętrza pomieszczeń przed intensywnym blaskiem promieni słońca.
Nikt nigdy nie pytał, dlaczego promienie odbite od lustra w ten właśnie sposób przechadzają się po tym, skromnym mieście, które zdawało się być jak spierzchnięte od słońca usta. Starsi ludzie, jak babcia Hiacynta ledwo pamiętali, że istniał jakiś świat przed lustrem lub po prostu — nie chcieli go pamiętać. Coraz częściej zresztą to, co pamiętali starsi, było tylko wymysłem i nikt nie wierzył, by istniał jakikolwiek świat poza takim, jak istnieje teraz, bo nikt innego świata nie znał. A jeśli ktoś znał, oznaczać to musiało, iż majaczył. Jeśli ktoś ze starszych wspominał nagle, że istniały kiedyś trawy w miejscach bez luster i lustra wcale nie istniały, każdy wiedział, że taki człowiek zmyśla i starcze wizje traktował jako swego rodzaju przywidzenia, zagrywki ze strony podeszłego w wieku umysłu, w którym prawda miesza się ze złudzeniem, tworzy wizje niemalże senne, w które ludzie starsi wierzą, ponieważ, podobnie jak dzieci, mają trudności z rozgraniczeniem tego, co jest realne, a co nigdy nie było prawdą, a wyłącznie złudzeniem. Dlatego ludzie starsi, którzy cokolwiek pamiętali, bali się o tym mówić.
Jakieś ogromne cielsko zaklęło pod nosek:
— Kurew mać twoje obesrana, w pizdę indyka i pizdę pizdy, co za śromiędź pierdolony zapuścił podwórze do tego stopnia, by człowiek, jak wieprz, co nóż, tonął w tym bagnie — mówił sam do siebie tutejszy Kolaborant, człowiek, który niejako odpowiadał za wieś i mieszkańców. Hiacynta miała niejasne skojarzenia, że Kolaborant był czymś wrogim ludziom i wcale nie niósł pomocy, był raczej człowiekiem, który swoje stanowisko piastował poprzez umiejętność uśmiechania się do ludzi, do których warto się uśmiechać i gardzenia ludźmi, do których uśmiechać się nie warto, bo są w niczym pomocni.
Jego ogromne cielsko, chociaż ogrom ten wynikał przede wszystkim z masy ciała, którą to właśnie masę pierwszej kolejności powinien winić za to, iż brodził w bajorze, jak wieprz, brnęło powoli przez błotnisty teren. I jakby Hiacynta zastanowiła się na moment, czym były wieprze. Miała wrażenie, iż słowo to jest jej bliskie i ma nawet coś na wzór zapachu, smaku, odległego skojarzenia, nie potrafiła sobie jednak przypomnieć, czym były wieprze, skąd pochodziły i jaką funkcję pełniły. Tymczasem Kolaborant, którego łysa, czerwona głowa coraz mocniej pulsowała przez wysiłek, jaki wkładał w przejście bajora, zdradzała również nie co inne, a wkurwienie, które było Kolaborantowi towarzystwem przy okazji każdej, fizycznej aktywności. Całej sprawy nie ułatwiał także zbiornik z tlenem, który dzierżył na plecach. Zbiornik, niezależnie od tego, by akurat miał mieć jakiś użytek, zawsze zdobił mokre od potu, rozlazłe jak ciepła, kremowa masa do ciasta plecy.
Był to materialny powód do dumy, dlatego Kolaborant z dumą też nosił swój zbiornik jak odznakę, jawny dowód przynależności do elit, które mogły pozwolić sobie na przenośny zbiornik tlenu. Co prawda, zbiorniki były dostępne w każdym domu, jednak przenośne to był rarytas. Hiacyntę rozśmieszył ten wyraz, nie była pewna, czy cokolwiek z tego, co sobie myśli ma jakikolwiek sens, ale do momentu, w którym nikt jej nie zaglądał w głowę, mówiła sobie wszystko. Kolaborant dosłyszał ni to śmiech, ni chichot, zaczerwienił się tym mocniej, wnioskując, iż jest obiektem drwiny od jakieś leciwej babeczki, która stanowi nic więcej, jak relikt przeszłości. Dlatego wypiął pierś i z uśmiechem lista spojrzał w jej stronę, a następnie, o wiele szybciej i chętniej pokonał ostatnie, kilkanaście metrów, jakie dzieliły go od ławeczki, którą zajmowała babcia Hiacynta.
— Dzień dobry, pani Hiacynto — krzyknął energicznie, mocno, na tyle mocno i na tyle energicznie, aż na chwilę mocno się zgarbił, przypomniawszy sobie obecność 240 kg masy tłuszczowej, którą ktoś, zdaje się zawiesił na jego szkielecie, jak wiesza się dostojne ubranie, jednak dostojeństwo to było raczej awangardowym przejawem mody, niż faktycznym urokiem, który ma cokolwiek wspólnego z estetyką. Musiał na moment oprzeć ręce o kolana, wziąć dwa, głębokie wdechy czystego tlenu, który trzymał w zbiorniku na plecach, posapał tak jeszcze chwilę, otarł krople potu z czoła, spojrzał na zegar, jakby w obawie przed tym, że za późno wyszedł ze swojego domu, by zdążyć do niego wrócić, nim promień słońca rozświetli podwórko, miał jeszcze jednak spory zapas, dlatego wyprostował się spokojnie i spojrzał na babcię Hiacyntę, która patrzyła na niego ze zdziwieniem podobnym do zdziwienia głupkowatego dziecka.
— Pani Hiacynto, ostrzegałem, mówiłem, prosiłem, błagałem, starałem się dopomóc, niestety, pani Hiacynto, nakaz dekuracji jest nakazem państwowym, którego celem jest troska o bezpieczeństwo społeczeństwa. Kury, pani Hiacynto to szkodniki, to pasożyty, które wygrzebują z ziemi nienarodzoną roślinność, a nawet żywią się mięsem robaczym, a nawet robaczywym. Odchody kurze zagrażają urodzajowi gleby. Kurze odchody, pani Hiacynto, mają wysoki poziom zakwaszenia, sporą ilość amoniaków, amoniaczków, kwaśników i bardzo prosty eksperyment udowadnia, iż kurza kupa jest wielce szkodliwa dla naturalnego ekosystemu. Wystarczy kurzą kupę pozostawić na kawałku metalu, by ten w niedługim czasie zaczął rdzewieć, a to oznacza — tracić swoje właściwości. Jest to nauka ogólnodostępna, widać jednak, pani Hiacynto, pani w latach młodzieńczych chyba raczyła stronić od rzetelnej, naukowej, fachowej wiedzy, którą dobrodziejstwo oświaty ofiarowuje ludziom, by dać im głębszą wiedzę i świadomość, na temat świata.
Kury, pani Hiacynto to nosiciele wielu, niebezpiecznych dla człowieka chorób, a choroby te, wiele, wiele lat temu, dały o sobie znać na światową skalę, co niemalże zakończyło się upadek ludzkiego istnienia. Tych, kilka sztuk, które żyją na pani podwórku, żyje tutaj nielegalnie i zobligowana jest pani oddać je we ręce władzy lub samodzielnie życia pozbawić. Babcia Hiacynta słuchała tego z pewnym poruszeniem. Nic, co mówił Kolaborant nie miało odzwierciedlenia w jej wiedzy, ani pamięci. Nic. Wstała tylko na równe nogi i zaczęła krzyczeć:
— Rosół! Rosół! Kukuryku! Rosół! Rosół! Gdak, gdak, gdak! Rosół! Rosół!
By w pełni opisać to, co pojawiło się na twarzy Kolaboranta, należy użyć emocjonalnego zwrotu: kurwa, ja pierdolę z domieszką rezygnacji i pewną dozą prymitywnej wyrozumiałości dla człowieka, któremu próbuje się przekazać logiczną informację, ten jednak ma ogromne problemy z ich przetwarzaniem z racji wieku, co jest niczym więcej, jak formą upośledzenia.
— Już dobrze, dobrze, sama zabiję — rzuciła babcia Hiacynta, po czym usiadła na swoim miejscu i jęła rozprawiać wewnętrznie nad tym, co to takiego jest właściwie rosół i dlaczego tak silnie kojarzy się z kurą.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania